-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Co w tym takiego zaskakującego? 一 Uniósł lekko brew, porozumiewawczym spojrzeniem dając mu do zrozumienia, że w temacie pierwszych randek nie był przecież jedyną osobą w towarzystwie. 一 Zdziwiłbyś się jak ciężko w tych czasach o gapowatego nerda w okularach, świat zszedł na psy.
Ciężkie glany rozdeptywały na płasko zaspy, gdy idąc przodem torował mu drogę przez niezadbany parking pełen pułapek w postaci zaimprowizowanych lodowisk po kilku godzinach temperatur na plusie i kopczyków śniegu, reagując i obracając się tylko gdy słyszał pytanie lub pobrzękiwanie puszki z landrynkami.
Kolejną niespodzianką, jaką zaoferował mu ten dzień było z lekka obce, poddrapujące go od środka uczucie, którego rozpoznanie zajęło mu więcej czasu niż powinno, a jakiego nie uświadczył od miesięcy. Lat, być może.
Ekscytacja dodawała mu nowej lekkości, dokładała sprężystości krokom, tuszowała zmęczenie, które pomimo porządnie przespanej nocy zdawało się zamieszkiwać już jego kości.
一 Idziemy oglądać rybki 一 przytaknął, szukając po kieszeniach czegoś, co finalnie okazał się trzymać w tej wewnętrznej w płaszczu. Telefon ginął mu za każdym razem kiedy go potrzebował i zazwyczaj po paru minutach Mei orientował się, że trzymał go w ręce przez cały czas. 一 Spodobały ci się zdjęcia z Okinawy, to była pierwsza rzecz jaka przyszła mi do głowy.
Nie znał Toronto zbyt dobrze. Pomimo że urodził się w tym mieście i przez pierwsze kilka lat nie zabierano go dalej jak do Montrealu, gdzie poznawał The FILMharmonique Orchestra od podszewki zanim jeszcze nauczył się tabliczki mnożenia, Lian nie miał okazji na prawidłowe wgryzienie się w to miejsce i wciąż czuł się w nim jak turysta. Tylko Tripadvisor ratował go przed kiepskimi knajpami, a późnymi wieczorami, kiedy bezsenność wypychała go poza próg, snuł się bez celu przez ulice, których nazw nie pamiętał i przeskakiwał przez ogrodzenia parków, których nie rozpoznawał.
一 Znasz to miejsce? 一 Na chwilę oderwał wzrok od ekranu; udało mu się znaleźć ich wejściówki na mailu, bo magicznie zniknęły mu z elektronicznego portfela. 一 Kurwa, mogłem jednak rozważyć Okinawę.
Brzmiało to jednocześnie jak żart i w tym samym stopniu jak coś, co Lian naprawdę mógłby przemyśleć i prawdopodobnie dojrzeć do decyzji o zakupie dwóch biletów lotniczych po prostu. Z drugiej strony, wiedząc z własnego, wciąż świeżego doświadczenia ile trwał ten lot, musiałby rzeczywiście porwać Moore'a na dłużej niż jedno popołudnie.
一 Winogronowe są najlepsze, ale w Japonii mają wiosenną edycję z białą brzoskwinią, więc powiedziałbym, że to ścisła czołówka.
Dobrnęli do atrium przy wejściu, zostawiając w progu inwazyjnie jasne światło dnia odbijające się od śniegu, Lian z ulgą przywitał ciemność temperowaną sztucznym, niebieskim światłem i kawałek dalej okazał wejściówki przy okienku. Dostali dwa kompletne foldery z mapą i broszurkę informacyjną, rekomendację kafejki z tematycznym, stylizowanym na oceaniczne menu oraz aż nazbyt dokładną instrukcję jak nie ominąć sklepu z pamiątkami, który czekał na nich na końcu trasy. Po zerknięciu na mapę ciężko było zrozumieć jak w ogóle można było go przeoczyć, skoro należało przejść przez jego środek aby w ogóle wyjść z powrotem do głównego lobby.
Otworzył usta chcąc zapytać, czy Daniel wolałby najpierw obejrzeć faunę czy bardziej interesowała go morska flora, ale wówczas wyobrażenie Moore'a próbującego zaciągnąć się papierosem doprowadziło do zmiany priorytetów.
Lian wydał z siebie jakiś zduszony, przypominający ni to śmiech ni szczeknięcie dźwięk.
一 Jak rozumiem to był twój przebłysk młodzieńczego buntu? Wybacz, kompletnie nie widzę cię z papierosem w ręku. Prędzej... zaczekaj, pokażę ci coś.
Na moment przystanął w pół kroku, cofnął się i wystukał w telefonie krótkie wyszukanie, wyglądające niemal identycznie jak nazwa, pod którą zapisał Daniela na liście swoich kontaktów. Spojrzał na niego z ukosa, znów na ekran i raz jeszcze w stronę Moore'a mrużąc oczy, jakby porównywał dwa podobne obrazy usiłując dopatrzeć się jakichkolwiek różnic.
Search: 汤圆
W końcu czując, że i tak pastwił się nad nim zbyt długo, obszedł go jeszcze raz dookoła korzystając z całych dwudziestu centymetrów przewagi by Daniel nie zaznajomił się zbyt szybko z wynikami, ale zlitował się i zmiękł na widok znajomej podkówki.
Obrócił telefon w jego stronę pozwalając, by Moore na własną rękę i w swoim tempie zapoznał się z tym, z czym kojarzył mu się najbardziej.
一 Tak cię zapisałem. Widzisz to, co nie?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wycieczka szkolna, ale to było jakoś... ni-nie wiem, kilka lat temu. Czyli nie do końca znam - zapewnił od razu by ten za bardzo nie pożałował swojego wyboru miejsca. Zdaniem Daniela było perfekcyjne i byłoby nawet jakby bywał tam co tydzień. - Płaszczki były fajne, tyle pamiętam. Mam stąd orlenia cętkowanego na lodówce - pochwalił się z lekkim uśmiechem, wciskając paznokieć w szczelinę pod wieczkiem puszki z cukierkami. Pośród magnesów zdobiących lodówkę w jego domu rodzinnym znajdowała się pamiątka, na którą wyłuskał swoje kieszonkowe podczas poprzedniej wizyty, przedstawiająca płaszczkę na błękitnym tle, z nazwą oceanarium wypisaną dużymi literami tam, gdzie powinno znajdować się dno zbiornika. Najwidoczniej i tak były za małe, jako że pomimo patrzenia na magnes kilka razy dziennie, samo istnienie tego miejsca wypadło mu z głowy aż do teraz. Aktualnie nie miał okazji szczególnie tych braków nadrobić, podsuwając zaparowane okulary na czubek głowy i robiąc sobie z nich tymczasową opaskę, przez co prawie wpadł w plecy Liana, kiedy ten zatrzymał się by ogarnąć kwestię biletów.
- Bywasz tam często? W Japonii w sensie. Brzmi jakbyś bywał - podpytał, jeszcze zanim zabrał się za przeglądanie swojej mapki, zerkając na mężczyznę z czystym zainteresowaniem tematyką tak odległego kraju, do którego nigdy nie miał okazji się udać. Rodzinne wakacje wyrzuciły go już między innymi na Hawaje, do Hiszpanii, Włoch i Indii, natomiast Azja Wschodnia była dla niego kompletnie nieznanymi rejonami, podczas gdy mężczyzna wspominał o sezonowych japońskich cukierkach jakby latał tam na regularne zakupy by uzupełnić braki w słodyczach.
- Okay... I no, nie buntu, bardziej... ciekawości? Chcia-chciałem sprawdzić o co to wielkie ha-halo... Co? - upewnił się po drugiej serii spojrzeń przerzuconej między sobą a ekranem telefonu, nerwowo przestępując z nogi na nogę i wyrównując broszurę by trzymać ją wygodniej pod puszką landrynek. Zagryzł policzek od środka, podświadomie kurcząc się w sobie i zerkając na Mei'a z równie zbitą miną co w garażu, podczas gdy ten robił sobie wkoło niego obchód. Tym razem jednak zadziałało to dostatecznie by dostał możliwość rzucenia okiem na jego telefon. Oczywiście po tym jak już ponownie zsunął na wpół odparowane okulary na nos.
- Widzę... jajka? Nie, bułki? - mruknął z jeszcze większym niezrozumieniem niż gdy wyświetlacz był przed nim ukrywany. - Dobra, pe-pewnie też nie bułki, ale co mają... Zapisałeś mnie tak? - z opóźnieniem wyłapał wyznanie, odbijające mu się na twarzy zagubieniem i całkowitym brakiem zrozumienia względem tego, co Lian próbował mu przekazać. - Jak to się wymawia? - dopytał jeszcze, zerkając na nazwę dania, do którego właśnie był porównywany. Wyglądało ładnie, nawet powiedziałby, że uroczo, jak miękkie kulki... Och. - Och - wyrwało mu się wraz ze świeżymi kolorami wybijającymi na policzkach. Nie mógł powiedzieć by sam to widział, za nic nie wpadłby na to porównanie gdyby Lian dosłownie nie postawił mu go przed nosem, jednak i tak rozlało się ciepłem w jego wnętrzu. - Ni-nie wiem czy powinno mi to schlebiać czy wręcz przeciwnie - przyznał wprost, chociaż uniesione kąciki ust świadczyły, że w żadną stronę nie brał tego za bardzo na poważnie.
Z odzyskanym zmysłem wzroku był w stanie lepiej rozejrzeć się po swoim otoczeniu, nawet jeśli jeden osobnik stale przyciągał jego uwagę samą egzystencją, co znacząco utrudniało rekonesans. Przyswoił rozległe lobby, wdzięczny za brak tłumów jaki kojarzył mu się z takimi miejscami, wyłapując wejście na lokalną wystawę żyjątek zamieszkujących kanadyjskie wody, od której wedle strzałek powinni zacząć zwiedzanie.
- Ooch, może mają łososie. Widziałeś jak łososie się zmieniają na okres godowy? Kolor, kształt, wszystko. Trochę przerażające w sumie, ale ciekawe jak ten... no, jak ten cały proces wygląda.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Jego edukacja przebiegała nieco inną ścieżką niż ta konwencjonalna. Okres wczesnoszkolny opierał się o homeschooling, więc przez lata nie nauczył się jak we właściwy sposób nawiązywać stabilne relacje z rówieśnikami. Widywał inne dzieciaki albo na koncertach albo podczas podróży, czy to samolotem czy pociągiem, jednak nigdy nie potrafił przekroczyć bariery pierwszego kroku i wycofywał się nie wiedząc o czym ani jak przeprowadzić najprostszą rozmowę. Późniejsze lata przyniosły bardzo nieregularny tryb nauki na własną rękę, w książkach upatrywał głównie odskoczni od chaosu jakim w ówczesnym czasie było jego życie i większość treści przyswoił przez to bardzo powierzchownie. Zdaniem Sereny nie potrzebował wyższego wykształcenia, czemu wtórowała jego matka. Ukończył zaledwie kurs korespondencyjny i prześlizgnął się jakoś przez egzaminy na studia, głównie z uwagi na ich praktyczny charakter i temat trzymający się jedynej rzeczy, na jakiej się znał.
一 Czym jest orleń? 一 zapytał w końcu, jako że nie dawało mu to spokoju, a nie chciał sprawdzać wszystkiego w internecie. 一 Po nazwie domyślam się, że jest... w paski.
Bo dokładnie to oznaczało słowo cętkowany.
Kilka loczków dziko wyrwało się Danielowi zza ucha i Lian miał tak przemożną chęć zawrócić je palcami z powrotem na miejsce, że aż ścisnęło go w środku, mimo to nie wyszedł do niego z żadnym gestem. Wątpił, całym sobą zresztą, żeby był w stanie utrzymać się na dystans do końca dnia, ale nie chciał od razu wyskakiwać do niego z rękami. Utkwił jedynie spojrzenie w kołyszących mu się koło skroni sprężynkach tak, jakby mógł przesunąć je siłą woli.
一 Średnio ze dwa, może trzy razy do roku? Nie będę kłamał, Konsāto Hōlu ma fantastyczną akustykę i po prostu lubię Kyoto. Okinawę zresztą też, nie będę faworyzował.
Dopiero w ostatnich latach, gdy umowa z The Right Note przestała obowiązywać go w pełnym wymiarze zaczął przedłużać swoje pobyty w miejscach, w których grał. Dawał sobie kilka dni na poznanie z grubsza klimatu i tempa w jakim poruszało się miasto, zapędzał się w boczne uliczki odbiegające od głównego, polecanego przez internetowe poradniki nurtu i chętnie gubił się na obrzeżach, o ile w ogóle udawało mu się do nich dotrzeć.
Chwila poświęcona na kaprys dziecinnej przepychanki i krążenie nad sfrustrowanym Danielem była warta reakcji, chociaż z początku nie potrafił zrozumieć jak ten mógł pomyśleć o jajkach. Mrugnął zaskoczony, sam jeszcze raz spojrzał na wyświetlacz i zmarszczył brwi.
一 Jakie bułki? To są... takie ryżowe kluski? Ciastka, jeśli wolisz. Bardzo sprężyste i miękkie, lubię ich strukturę 一 wyjaśnił na tyle łopatologicznie na ile był w stanie. 一 Osobiście uwielbiam.
Miał pełną świadomość tego, że przyznanie się do swojej słabości względem niepozornych kulek w tym kontekście, zwłaszcza, gdy pochylał się wspierając dłońmi na kolanach i wisiał mu prawie nad tą zaróżowioną twarzą, wybrzmi co najmniej dwuznacznie. Właściwie to taki był zamiar.
一 Och, chcesz połamać sobie język? Odważnie 一 skwitował z oczywistą, choć niekrzywdzącą złośliwością słyszalną w sfingowanym podziwie. Uśmiechnął się cienko, wciąż zgięty w pół zmrużył sympatycznie oczy, mimo że cała jego poza zdawała się krzyczeć, że to wszystko było zgrabnym fortelem. Wiedział, że Daniel nie będzie w stanie wymówić nazwy prawidłowo od razu, był też absolutnie pewien, że jemu samemu sprawi to o wiele większą przyjemność niż natychmiastowy sukces.
一 Tang-yu-an. G jest praktycznie nieme, Y bezdźwięczne, ale musisz odpowiednio... nie nie, zupełnie nie tak, czekaj.
Od dawna szukał okazji, pewnikiem nawet gdyby Moore jakimś cudem ułożył usta jak należało, Lian i tak postanowiłby go skorygować. Widząc zbyt okrągły kształt chwycił go palcami jednej ręki za policzki i ścisnął je z niskim, schowanym za zamkniętymi wargami śmiechem, mruczanym i bez wątpienia - pełnym osobistej satysfakcji. Tak jak się spodziewał, Daniel był rozkosznie miękki, pyzaty i ciastowaty w tym najbardziej właściwym sensie.
Ciemne szarości pod oczami na chwilę złagodniały, gdy Lian z ciekawością doszukał się jego spojrzenia, wyraźnie oczekując, aż Moore wyda z siebie wreszcie jakiś dźwięk.
一 Pomyśl o ciastku. Ma brzmieć mięciutko.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Uh, tak... Do-dokładnie, tylko... krótkie. I okrągłe - przyznał, posyłając mężczyźnie wesoły uśmiech z entuzjastycznymi iskierkami w oczach. - To taka płaszczka, ogromna, majestatyczna, bardzo długi ogon i białe plamki. Zresztą zobaczysz, pokażę ci, powinni je chyba wciąż mieć, co nie..? Jedną stąd pamiętam, pływała blisko szyby, może ją rozpoznam. Chyba... Ile mogą żyć płaszczki? - mruknął, rzucając to pytanie bardziej w eter niż oczekując faktycznej liczby, rozważając na ile realna była możliwość spotkania ponownie tych samych osobników po kilku latach. Wyłapując wzrok Liana utkwiony gdzieś na boku swojej twarzy, instynktownie podniósł rękę by poprawić włosy, nawet nie do końca świadom, że te wcześniej się poruszyły. Przez długie lata przyzwyczaił się do ich uporu by żyć własnym życiem i dopóki nie przekraczały akceptowalnych granic utrudniania mu codzienności, pozwalał im latać gdzie chcą.
Lekka zmarszczka pojawiła się między brwiami na wytłumaczenie tajemniczych ciastek, z dodatkowym dysonansem wychodzącym z podrzuconej sugestii by porównał je do samego siebie. Słowa Mei'a uderzały z opóźnieniem, każde kolejne coraz bardziej intensywnie wstrząsające jego nieśmiałością i brakiem najmniejszego pojęcia jak przyjąć tak nietypowe komplementy. Ostatecznie zgadywał, że właśnie tak miał je rozumieć, nawet jeśli porównanie do kluski początkowo wywołało sprzeczne emocje. Złapał z nim niespodziewany kontakt wzrokowy, co okazało się dużo większym zagrożeniem, gdy Lian zdecydował się zawisnąć na jego wysokości, i ponownie uciekł spojrzeniem niżej, na czubki jego butów, wypuszczając nerwowy śmiech. Nie potrafił objąć umysłem, ani tym bardziej ująć w słowa, tego jak bardzo chciałby całkowicie zniwelować dzielący ich dystans, tym bardziej nie posiadając dość odwagi by wyrazić to wprost. Wciąż ledwo wierzył z fakt, że mężczyzna chciał z nim spędzać czas, wszystko ponad to stale wydawało się daleko poza jego zasięgiem.
Pożałował pytania o wymowę w momencie, gdy faktycznie ją usłyszał. Zmrużył oczy, powtarzając sylaby w głowie parokrotnie zanim w ogóle spróbował je powtórzyć. Jego nauka języków obcych zamykała się na obowiązkowych podstawach francuskiego w szkole i łacińskich wstawkach w książkach naukowych, a chociaż chętnie oglądał seriale i słuchał muzyki z całego świata, nic z tego nie zostawało z nim na dłużej.
- Tan... T-tang... nie... Ta-tan-uan..? - rzucił, zbyt dosłownie biorąc sobie jego wskazówki. Zanim zdążył poprosić o powtórzenie słowa wolniej jeszcze raz, albo pięć, miał na twarzy palce Liana i wszystkie procesy myślowe w jego głowie gwałtownie stanęły. Z walącym sercem, płytkim oddechem i paraliżem całego ciała wpatrywał się w twarz znajdującą się tuż przed swoją, niezdolny do zorientowania się w sytuacji i całkowicie zapominając o tym, co tak właściwie do tego doprowadziło. Tym razem kontakt złapany z ciemnymi tęczówkami miał na niego odmienny efekt od zwyczajowego, zamiast wywołać w nim chęć ucieczki, znalazł w jego spojrzeniu coś, co dało radę zaoferować mu skrawki spokoju i ściągnąć ze skraju paniki. Zapomniał o bożym świecie, z sercem w gardle i mięknącymi kolanami słuchając polecenia, które przypomniało mu o próbie niepołamania sobie języka na nowych głoskach.
- Tang-yuan - wyrzucił z siebie na wydechu, miękko i prawie bezdźwięcznie, jakby dzielili jakiś sekret w rozległym holu przy kasach miejskiego oceanarium. Fala ciepła rozchodząca się w jego ciele nie miała nic wspólnego z nadmiernym ogrzewaniem w budynku, podobnie z kolorem sięgającym mu po uszy i ginącym pod kołnierzykiem koszuli, i chociaż wiedział doskonale, że złapany w ten sposób przez jakiegokolwiek innego znajomego już dawno opędzałby się ze sfingowaną urazą, aktualnie stał jak zaklęty pod intensywnym spojrzeniem, całkowicie podatny na jego widzimisię.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Nie jest tak, że im większe zwierzę tym dłuższy cykl życiowy? 一 napomknął ogólnikowo, nie mając bladego pojęcia jakiego wieku zwykle dożywały stworzenia oceaniczne. Pamiętał natomiast, że kiedyś scrollując bezmyślnie głupoty dogrzebał się do szokującej informacji, wedle której przeciętny opos dobijał do góra trzech lat.
Udało mu się wyrzucić z głowy sympatyczne dydelfowate, jego miejsce zajęła oburzona kluska, która na własną rękę próbowała zmierzyć się z obco brzmiącym słowem, kompletnie mijając się z prawidłową wymową. Mei skrzywił się z politowaniem, na poprawę sytuacji nie wpłynęły nawet jego palce korygujące odpowiedni kształt, w jaki powinny ułożyć się usta Daniela.
W odpowiedzi uśmiechnął się tak, jakby jego całkowitą niezdolność do utrafienia przynajmniej w okolice celu uznał za fakt, z jakim należało się w sposób dorosły pogodzić.
一 Naprawdę nie wiem czemu obrażasz w tym momencie moją matkę, ale się zgadzam 一 odszeptał mu wciąż ledwie kilka centymetrów od jego twarzy. Pomimo, że oczy naturalnie miał czarne i w tym zakresie nic nie miało prawa ulec zmianie, zdawało się, że nagła wesołość potrafiła je w jakiś sposób rozjaśnić. 一 Żartowałem. Nie jest tragicznie, ale popracujemy nad tym jeszcze.
Puścił, choć niechętnie, na odchodne ostatni raz nacisnął na oba policzki po czym odetchnął ciężko, dając w ten sposób upust rozczuleniu jakie rozmiękczało go beznadziejnie od środka. Brzmiało to trochę tak, jakby zaznaczał, że wcale z nim jeszcze nie skończył i w najbliższym czasie należało się spodziewać czegoś podobnego.
一 To co, płaszczki? Chętnie zobaczyłbym kryl. I może krewetki, słyszałem, że mają różnobarwne warianty i można hodować je w akwarium. Widziałeś kiedyś rawki?
Z obiema dłońmi wsuniętymi w obszerne kieszenie płaszcza posnuł się noga za nogą do przodu, zostawiając na chwilę Daniela w tyle. Zatrzymał się zaraz obok zbiornika z rozrysowaną mapką obszaru w jakim występował gatunek i rzucił pod nosem jakieś krótkie ach.
一 Znalazłem twoje łososie. Ciekawe, do tej pory oglądałem je głównie na talerzu.
Długie, połyskujące srebrnymi łuskami ryby opływały akwarium i czasami podskubywały coś przy brzegu, niezbyt zainteresowane tym, że są oglądane. Lian natomiast właśnie odkrył jak przyjemny był dźwięk wydawany przez filtry. Określił na wyczucie, że był to szum różowy, a więc jeden z tych, które lubił najbardziej.
一 Słyszysz? 一 zapytał, gdy Daniel dołączył do niego przy łososiach. 一 To głupie, ale mógłbym słuchać godzinami. Czasami przy czymś takim na słuchawkach spędzam cały lot, lepsze to niż współpasażerowie. Ty też, czy to tylko ja?
Mechaniczny, niemal jednostajny dźwięk łatwo stawał się tłem gdy nie poświęcało się mu uwagi, co zdaniem Liana stanowiło jego wyjątkową zaletę. Ludzki głos niestety zwykle nie posiadał tak cudownej charakterystyki.
Chcąc dać mu więcej czasu na wczytanie się w tabliczkę (którą sam tylko pobieżnie obrzucił wzrokiem) i nawiązanie przyjaznych kontaktów z łososiami Mei przystanął sobie z boku, pozornie również przyglądając się rybom, ale głównie zerkał w stronę Daniela czerpiąc większą satysfakcję z obserwowania jego entuzjazmu. Tak, jakby samo przebywanie w odpowiedniej odległości mogło wystarczyć - Lian nie wykluczał tej opcji. W końcu na samym początku gdy się poznali i przez jakiś czas, gdy funkcjonowali za pomocą rozmów prowadzonych przez płot i komunikator, myślał, że tyle byłoby w sam raz i że nie potrzebował więcej. Przypominało to stanie w pełnym słońcu po długim przebywaniu pod chłodnym zadaszeniem i nie potrafił skłamać nawet przed sobą, że nie ciążył do tego ciepła instynktownie.
W pewnym momencie stracił jednak czujność, bo Daniel obrócił się, a on nie zdążył rejterować spojrzeniem w inną stronę. Zorientował się gdy na twarzy Moore'a pojawiło się coś, co odebrał jako niezadane pytanie.
一 Zauważyłem, że bardzo ładnie wyglądasz w niebieskim świetle 一 wytłumaczył się gładko, bez mrugnięcia powieką, może dlatego, że wcale nie kłamał. Daniel rzeczywiście korzystnie prezentował się opływając w błękity i refleksy rzucane przez rozkołysaną wodę, a to, że zagapił się z nieco innego powodu Lian ominął szerokim łukiem niedopowiedzenia. 一 Idziemy dalej, czy łososie mają ci coś jeszcze do powiedzenia?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- To te-też jakieś krewetki? - podpytał, łapiąc się zmiany tematu od swoich nieudolnych prób odnalezienia się w chińskich sylabach, i wędrując za Lianem w stronę zbiornika z łososiami. Niespodziewana lekcja językowa dała radę odwrócić jego uwagę od wyliczania faktów o morskiej faunie, o które nikt nie pytał, niemniej jego entuzjazm nie ostygł i pochylił się na wysokość połyskującej ryby przepływającej blisko dna akwarium.
- Hm? - mruknął, nie do końca pewny o czym właśnie rozmawiali. Nie słyszał zbyt wiele, przynajmniej nie od razu, a dopiero po chwili milczenia zaczął wyłapywać mniej inwazyjne dźwięki dopływające zza szyby. - W sensie woda czy... szum? - upewnił się, marszcząc nos w skupieniu, szukając co jeszcze mogło mu umknąć na pierwszy rzut oka. Czy raczej ucha. - Loty zwykle przesypiam, ale niektóre szumy pomagają na głowę. Albo to sobie wmawiam. Tak czy siak czasem działa - przyznał, lekko wzruszając ramionami z uśmiechem, w pełni akceptując możliwość oszukiwania samego siebie. Nie w tym jednym temacie, a w niektórych kwestiach miał to opracowane do perfekcji. - I to nie jest... głupie. Jak to lubisz to nie może być głupie - zaprzeczył, gdy w pełni dotarło do niego to jak Lian zaczął temat. Jeśli wyciągnął coś pozytywnego z lat znajdowania się na dole łańcucha pokarmowego, to fakt, że znajdował się tam niezależnie od tego co robił. Równie dobrze mógł się przy tym dobrze bawić, a przynajmniej nie przejmować się zdaniem innych na temat tego, co sprawiało mu radość. W praktyce wciąż czasem z tym kulał i łapał się na zbędnym tłumaczeniu swoich zainteresowań i uczuć, ale teorię miał dopracowaną do perfekcji.
Nieświadomy śledzących go oczu stał jak zaklęty przed szybką, próbując doczytać do końca tabliczkę informacyjną ze stałym rozproszeniem w formie śmigających w krańcach jego pola widzenia ogonów. Bezgłośnie powtórzył nazwę naukową, układając usta w kształt głosek, dwukrotnie doczytał szczegóły dotyczące typowych wymiarów i skontrolował je z osobnikami jakie miał przed sobą, a dopiero chęć powtórzenia jednej z wypisanych ciekawostek Lianowi wyciągnęła go z chwilowego transu. Złapał z nim kontakt wzrokowy i zamiast wyrzucić z siebie to co miał, dał mu przestrzeń na wyjaśnienie czego od niego chciał - w końcu raczej nie patrzyłby na niego tak całkowicie bez powodu.
Komplement wystarczył by połowa zebranych chwilę wcześniej informacji wyfrunęła mu z głowy. Speszony pochylił głowę i uciekł wzrokiem z powrotem w stronę zbiornika z nieśmiałym uśmiechem, pozwalając by loki opadły mu twarz jak bezpieczna kurtyna, przez brak najmniejszego pojęcia co powinien ze sobą zrobić, ani co powiedzieć. Zapytany o dalszą drogę zamiast od razu ruszyć się z miejsca, pochylił się jeszcze raz bliżej tego samego osobnika, który uparcie poszukiwał czegoś na dnie i został tak na kilka sekund z pełnym skupieniem na twarzy.
- Kazał przekazać, że ba-bardzo łatwo się tu zgubić - poinformował mężczyznę, podnosząc się z powrotem do pionu, i spojrzał na niego kątem oka, kontrolnie, jakby szukał przeciwskazań. Zagryzając nerwowo policzek wyciągnął w jego stronę rękę i zaoferował mu nieco drżącą, wolną dłoń, w której nie ściskał broszurki z mapką, a wzrokiem odbił w dół, jakby bał się zobaczyć efekt swojej niemej propozycji. Oglądanie ryb, koralowców, płaszczek i innych morskich żyjątek między żywą zielenią i kojącymi błękitami było niewątpliwie przyjemnym zajęciem, jednak przede wszystkim był tam dla jednej konkretnej osoby, od której naprawdę nie chciał więcej trzymać się na dystans.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Właśnie podobno nie 一 mruknął nie do końca przekonany, przez moment patrząc przed siebie ze zmarszczonymi brwiami, jakby nad czymś się zastanawiał, jednak myśl uciekała mu złośliwie. 一 Ale dla mnie wygląda jak krewetka, więc jest krewetką.
Nie wątpił, że tkwił w błędzie i że Moore byłby w stanie go z niego wyprowadzić co najmniej kilkoma naukowymi argumentami wyciągniętymi z pamięci na poczekaniu, albo wnikliwszym przestudiowaniem tabliczki obok akwarium, gdyby stanęli obok. Lian już jakiś czas temu rozpoznał sytuację i wiedział, że z nich dwóch to Daniel był tym, który potrafił opisać świat z perspektywy dydaktycznej, dlatego zamiast wchodzić z nim w dyskusje raczej zarzucał tematem-wabikiem, ogólnikowo i zaczepnie, aby podrażnić jego wewnętrzną potrzebę wyjaśniania i doczekać się entuzjastycznego wykładu.
一 Jedno i drugie 一 przyznał po krótkiej chwili nasłuchiwania; rzeczywiście, dopiero teraz w ogólnym szumie rozpoznał również ukrytą warstwę szemrania wszechobecnej wody. 一 Jak pomaga, to nie może być głupie 一 sparafrazował pod koniec podsumowanie Daniela, pozwalając by płytki uśmiech dopowiedział resztę.
Nie przeszkadzał mu w cichej obserwacji pływającego blisko przedniej szyby akwarium łososia, który chwalił się i prężył połyskując srebrną łuską, zupełnie jakby pozował. Przez moment zastanawiał się natomiast czy ryby zdawały sobie sprawę i czy czuły różnicę pomiędzy przebywaniem w środowisku naturalnym a sztucznym zbiorniku, a jeśli tak, czy wolałyby w nim pozostać.
On sam w niektóre dni żałował, ale tej soboty nie pomyślał o tym ani razu.
Zamiast tego wysłuchał informacji o zwyczajach godowych łososi, mimo że sam czytał o tym chwilę wcześniej. Jeżeli Daniel by sobie tego zażyczył, mógł mu ją recytować przez pół dnia, tak długo jak miałby tylko ochotę, bo na tym etapie Lian był gotów zgodzić się na bardzo wiele, byle utrzymać jego dobry nastrój na tym poziomie.
一 Wierzę na słowo, doktorze Dolittle 一 odparł pozorując powagę, oraz najwidoczniej z planem pociągnięcia tej gry trochę dalej otworzył usta, zamknął je jednak na widok wyciągniętej ku sobie dłoni i płocho uciekającego spojrzenia Moore'a. Zawahał się tylko raz, raczej z jakiegoś wewnętrznie prowadzonego sporu niż z kwestii tak błahych jak zewnętrzne, bo nawet się nie rozejrzał. Tylko jego spojrzenie zmieniło nieco ton, pojawiło się w nim pełne zastanowienia zdumienie, miało ono jednak bardzo krótki żywot. Zastąpiła je ulga, ramiona również odrobinę mu opadły i zanim Daniel zdążyłby odczytać jego opieszałość jako odmowę, wyjął rękę z kieszeni i chwycił go za dłoń zamykając ją całkowicie w swojej. Rękaw płaszcza ukrył palce, które po chwili szukania właściwej pozycji i miejsca splotły się ze sobą na próbę - udaną, bo Lian nie podjął kolejnych - natomiast pojawiła się wątpliwość, czy dysproporcja pomiędzy temperaturą ich ciał nie okaże się dla Moore'a odstraszająca na dłuższą metę. Lian wyraźnie nie był przyzwyczajony, bo zamiast poczęstować go jakimś elokwentnym, pewnym siebie komentarzem po prostu zamilkł w konsternacji patrząc tylko na ich ręce.
To, że z czasem ciepło dłoni Daniela zaczęło migrować w głąb jego skostniałych palców uderzyło go z taką siłą, że kiedy zorientował się po pary krokach miał wrażenie, jakby ktoś strzelił go łokciem w żołądek. Jak dotąd taką skuteczność uzyskiwały jedynie małe ogrzewacze wielorazowego użytku, które czasami łamał w pół i pakował sobie do rękawiczek lub kieszeni.
一 Jak znajdziemy krewetki przekażesz im, że są przepyszne.
Jego kciuk raz czy dwa zatoczył półokrąg na wierzchu dłoni Daniela zanim zachłannie ścisnął ją mocniej, tak by nie musieć tłumaczyć mu na głos, że w związku ze swoim pomysłem musiał na jakiś czas pożegnać się ze swobodą ruchu.
一 Co mamy dalej?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zimno ci? - upewnił się z przebitką zmartwienia, zerkając w dół by dać mu znać co ma na myśli. Kiedy odbierał od niego puszkę cukierków jeszcze na zewnątrz i dotknął w przelocie jego skóry, uznał to jeszcze za działanie kanadyjskiej zimy, jednak od wejścia do budynku z działającym ogrzewaniem minęło już dość czasu by Daniel zdążył zapomnieć o krótkim spacerze przez zaspy od równie rozgrzanego samochodu. - Mogłeś mówić, by-bym... - złapał cię za rękę wcześniej, dopowiedział sobie mentalnie, jako że jego nagły zastrzyk odwagi wykończył się w połowie zdania. Aktualnie i tak pobijał własne rekordy i na ten moment wyraźnie mu się to opłacało, jednak nie oczekiwał od siebie zbyt wiele. Z wesoło bijącym sercem złapał z nim równe tempo spaceru między rozświetlonymi zbiornikami, korzystając z okazji, czy teraz już nawet potrzeby, by iść tuż przy jego boku, a z każdym ruchem palców na własnej skórze i mocniejszym chwytem motyle w jego brzuchu zrywały się do lotu. Miał wrażenie, że lada moment pofrunie razem z nimi i tylko ręka Liana kotwiczyła go na ziemi.
Nawet rozpierająca go radość nie była w stanie powstrzymać na wpół urażonego i niedowierzającego spojrzenia, jakie wymierzył w niego na następne polecenie.
- Chy-chyba już wiem czemu z tobą nie rozmawiają - przyznał, ponownie patrząc przed siebie by zminimalizować szansę potknięcia się o niespodziewane obiekty albo ludzi na swojej drodze, chociaż chwycił jego dłoń nieco mocniej, jakby dla pewności, że pomimo drobnych przytyków nie straci tego przywileju. - I zaczynam mieć wrażenie, że przyszedłeś tu szukać pomysłu na obiad - zauważył pewien schemat w tym, jak Lian kategoryzował wodne zwierzątka, jakie planowali oglądać. Zaczynał obawiać się tego, co mógł usłyszeć przy zbiorniku ze swoimi ukochanymi płaszczkami.
- Och, hm, moment - mruknął, po chwili zawieszenia podłapując rolę nawigatora i manewrując wolną dłonią by obrócić trzymaną mapkę do wygodnej, pionowej orientacji. Podniósł ją do twarzy i zmrużył oczy by rozczytać się w małych literkach legendy, w pełni naturalnie zakładając, że może zaufać mężczyźnie by prowadził go prosto i nie dał mu zabić się na prostej drodze przez oceanarium. - Na wprost mamy... las glonów pacyficznych, potem schody, a... na dole powinny być krewetki. I nie-krewetki. Rawki? - upewnił się czy dobrze zapamiętał nazwę i opuścił mapkę, by wrócić do oglądania spokojnie pływających wkoło ryb. Oraz Liana, raz na jakiś czas gdy ukradkiem zerkał w górę, jakby musiał upewniać się, że ten dalej tam jest, zupełnie jakby nie czuł jego dłoni w swojej przez cały ten czas. Spanikowana czerwień, która oblała go jeszcze przy kasach, dała radę popuścić dostatecznie by Daniel przestał przypominać dojrzałego pomidora, a przyprószenie różu osiadło na jego kościach policzkowych, skąd zdaje się nie planowało się dalej ruszać.
- O, patrz, rozgwiazdy! - rzucił entuzjastycznie i pociągnął Mei'a za rękę bliżej rozległej, szklanej tuby, sięgającej od niższego piętra aż po sufit. Między wodorostami w kolorach od brązów po jasną, żywą zieleń, kręciły się różnokolorowe ryby, włącznie z małymi, zaledwie metrowymi rekinami, oraz przyklejonymi do szybki rozgwiazdami. Jedna z nich znajdowała się prawie na wysokości twarzy Liana i Daniel wspiął się na palce by spróbować przyjrzeć jej się z bliska.
Lian Mei