30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Parsknęła cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem, a na jej usta wypłynął ten uśmiech, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy łapała jego tok myślenia i bez większego wysiłku wchodziła w tę samą grę. Wiedziała dokładnie co robił i że na to liczył. - Faktycznie brzmi s t r a s z n i e - podjęła w tym samym tonie, przeciągając słowa z wyraźną przesadą. - W życiu nie zaprosiłabym cię na spacer. Jeszcze ktoś mógłby nas razem zobaczyć - przekrzywiając głowę, dodała z udawanym oburzeniem. - Cała moja reputacja ległaby w gruzach - westchnęła teatralnie, jakby sama myśl była dla niej nie do zniesienia. - Naprawdę, Madden, trochę powagi.
Mimo słów, mimo tego lekkiego tonu, nie cofnęła się ani o krok. Jej dłoń pozostała w jego uścisku, ciepła, spokojna, jakby ten kontakt był czymś naturalnym i oczywistym. Czuła go obok, jego obecność, ciężar spojrzenia, to skupienie, które wciąż próbował utrzymać gdzieś pomiędzy drogą a nią.
I to powinno jej wystarczyć, a jednak nie wystarczyło.
To było ledwie muśnięcie; ułamek sekundy, w którym coś przesunęło się nieznacznie pod powierzchnią. Myśl, która pojawiła się nagle i równie szybko powinna była zniknąć, a zamiast tego zostawiła po sobie ślad.
Bo nie odpowiedział.
Nie przytaknął, nie zaprzeczył. Nie odniósł się do tego jednego pytania, które, choć rzucone niby lekko, nie było wcale tak niewinne, jak mogło się wydawać.
Przez moment patrzyła przed siebie, ale jej wzrok nie rejestrował już drogi. Zbyt dobrze znała siebie, żeby nie zauważyć tej zmiany, tego drobnego napięcia, które osiadło gdzieś głęboko, tuż pod mostkiem. Wiedziała, że już dawno przekroczyli granicę zza której nie było prostego powrotu; że to nie była już tylko gra, nie tylko chwile wyrwane pomiędzy zmianami, nie tylko coś, co można było zamknąć i zostawić za sobą bez konsekwencji.
Ten moment m i n ą ł.
Odwróciła głowę w jego stronę, a na jej ustach znów pojawił się uśmiech, miękki, spokojniejszy niż wcześniej, bo świadomie zdecydowała się go utrzymać, mimo tej jednej myśli, która zdążyła już zdążyć się zakorzenić. - Zróbmy to - wzruszyła delikatnie ramieniem, jakby to była najprostsza decyzja na świecie. - Zatrzymajmy się gdzieś na noc. Pierwszy hotel, który pojawi się na trasie, to będzie nasze miejsce - na moment zamilkła, ale jej spojrzenie nie odsunęło się od niego ani na sekundę.
Zanim zdołała zrezygnować, odezwała się znowu: - Powiedz mi coś szczerze - dodała po chwili, ciszej, choć w jej głosie nie było wahania. - Co właściwie jest między nami, Rhys? - nie było w tym pytaniu oskarżenia ani presji, nie było napięcia, które mogłoby zamienić je w początek kolejnej kłótni. Była w nim za to szczerość, której wcześniej unikali - oboje, konsekwentnie, jakby nazwanie tego, co się między nimi działo, miało nadać temu ciężar, którego nie byli pewni czy chcą unieść.
A jednak padło.
I choć jej twarz pozostała spokojna, a uśmiech nie zniknął całkowicie, gdzieś głęboko poczuła to znajome, ciche napięcie, osiadające ciężko na dnie żołądka; nie z lęku przed odpowiedzią, ale z pełnej świadomości, że tym razem nie będzie już miejsca na półśrodki.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”