-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Każde zdanie, które wypowiadał, odbierało jej kolejną iluzję, kolejną możliwość ucieczki, kolejne usprawiedliwienie, które jeszcze przed chwilą próbowała znaleźć. Wolała własne błędy, własne pomyłki, własną naiwność, wszystko, co mogłoby sprawić, że to ona była winna, że to ona przesadziła, że to ona dopowiedziała sobie coś, czego nie było. Wolałaby przepraszać, błagać, odwracać sytuację, niż stać tutaj i przyjmować prawdę, której nie dało się już podważyć.
Rhys Madden ją okłamał. Nie w jednym momencie, nie jednym słowem, lecz konsekwentnie, metodycznie, krok po kroku, prowadząc ją dokładnie tam, gdzie chciał.
Kręciła głową powoli, niemal niezauważalnie, jakby ten drobny ruch mógł cokolwiek zatrzymać, jakby mógł wyciszyć to, co słyszała. Jakby mogła cofnąć się do miejsca, w którym jeszcze nie wiedziała, w którym wszystko było prostsze, czystsze i mniej bolesne. Chciała tam wrócić. Do tej wersji świata, w której mogła go kochać bezwarunkowo, bez strachu, bez pytań i ciężaru, który teraz rozlewał się w jej klatce piersiowej jak zimny ołów.
Do miejsca, w którym jego spojrzenie coś znaczyło, a nie było kolejną częścią układanki, którą właśnie składała z przerażającą precyzją. Nie chciała tego świata, w którym jej serce wciąż należało do niego, mimo że wszystko krzyczało, że nie powinno.
Myśli pędziły, rozrywały ją od środka, nie dając chwili wytchnienia. Nie potrafiła oddzielić tego, co właściwe, od tego, co czuła. Nie wiedziała, gdzie kończy się obowiązek, a gdzie zaczyna zdrada. Nie wiedziała, czy powinna go zniszczyć, czy ratować, czy uciekać, czy zostać i patrzeć, jak wszystko się rozpada. Nie wiedziała już n i c.
Drżenie nasiliło się, rozlało po całym jej ciele, zdradzając to, czego nie chciała pokazać. Poczuł je na pewno pod palcami, którymi trzymał jej podbródek, zmuszając ją do konfrontacji, na którą nie była gotowa. Nie wyrwała się, nie cofnęła. Stała nieruchomo, jakby każdy ruch mógł sprawić, że to wszystko stanie się jeszcze bardziej realne.
Walczyła z łzami, które cisnęły się pod powieki, z tą jedną granicą, której nie chciała przekroczyć. Bo wiedziała, że jeśli pęknie, nie będzie już odwrotu. - Oszukałeś mnie - wyszeptała w końcu, ledwie słyszalnie, jakby te słowa ważyły więcej, niż była w stanie unieść. Nie otworzyła oczu, nie miała odwagi zobaczyć go w tej wersji, którą sam przed nią odsłonił. - Z d r a d z i ł e ś jakbym nic nie znaczyła - jej dłoń uniosła się powoli, niepewnie, odnajdując jego nadgarstek. Dotyk był słaby, pozbawiony siły, nie wiedziała, czy chce się uwolnić, czy po prostu go dotknąć.
- Odejdziesz albo ja to zrobię - dodała ciszej, a w jej głosie zabrzmiało coś, czego wcześniej tam nie było. Nie groźba, nie gniew. P r o ś b a. - Odejdziesz albo pociągnę cię na dno - wtedy otworzyła oczy. Powoli, z wysiłkiem, jakby unosiła ciężar, który przygniatał ją od środka. Spojrzenie było inne niż wszystko, co widział wcześniej; zamglone, rozbite, a jednocześnie boleśnie świadome. Zbliżyła się, nieznacznie, jakby przyciągana czymś, czego nie potrafiła powstrzymać. Ich usta dzielił ułamek przestrzeni, który przestał mieć znaczenie. Dotknęła go, lekko i niepewnie, sprawdzając, czy to też było kłamstwo.
Pocałunek był krótki, złamany, pełen tęsknoty, która nie miała prawa istnieć.
- Zniszczę cię, Rhys - szepnęła w jego usta, a jej oddech zadrżał, mieszając groźbę z czymś bardziej bolesnym. - Będziesz błagał, żeby Carbone dopadł cię pierwszy, przysięgam - jej czoło niemal dotknęło jego, gdy wspięła się na palce, głos osunął się jeszcze niżej, jakby brakowało jej sił, by utrzymać go na powierzchni.
Pierwsza łza wyrwała się spod powieki, powoli, bez pośpiechu, sunąc po jej policzku jak dowód czegoś, co właśnie umarło. W tej jednej chwili straciła wszystko, co budowała - wiarę, że można ufać, pewność, że rozróżnia dobro od zła i tę jedną, naiwną część siebie, która wierzyła, że miłość w y s t a r c z y. - Dlaczego pozwoliłeś żebym się w tobie zakochała? - to pytanie zawisło między nimi cięższe niż wszystkie oskarżenia.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedział, że przekroczyli granicę, za którą nie było już powrotu. Że jego stopy znalazły się na krawędzi przepaści, że ruszyły do przodu, prosto w pustkę, od której nie było żadnej ucieczki. Wiedział, że każde z jego słów było zupełnie innego rodzaju ciosem - że uderzało wprost w jej serce, w jej duszę, w miłość, którą do niego żywiła. Rany, które zostawiały jego wyznania były głębokie, znaczyły jej łagodność, dobro, jej poczucie sprawiedliwości, a może nawet wiarę we własny osąd. Wiedział, że blizny, które zostawią, będą głębokie, że płynąca z nich krew nie ustanie ani dziś, ani jutro, ani nawet za rok.
Ale po raz pierwszy to p o c z u ł.
Poczuł, jak łamała się pod wpływem jego wyznań. Jak jej spojrzenie z wściekłego robiło się zdezorientowane, później oszołomione, zaszklone od łez, które usiłowały znaleźć ujście - aż wreszcie nieobecne. Jak jej podbródek drżał w jego dłoni, tak, jak drżało całe jej ciało, jakby odrzucało prawdę, która po raz pierwszy spłynęła z jego ust.
Wierzył, że jego serce pod wpływem czasu przekształciło się w kruszec, którego codzienność nie była w tanie złamać. Że blizny pozostawione po tym, co było wcześniej, utwardziły jego tkanki i, niczym prawdziwe, pozbawiły je czucia. A jednak gdy widział, jak Margo rozpada się w jego dłoniach, jak zamyka oczy byle tylko go nie widzieć, jak chwyta za jego nadgarstek, jak gdyby podporę w tej przepaści, do której ich doprowadził, coś w jego wnętrzu również zaczęło się łamać.
- Chciałbym, żeby to było tak proste - odpowiedział, cicho, złość uleciała natychmiast z jego słów i jak ogień, który przemknął przez las wypalając go do gołej ziemi, zostawiła jedynie pustkę i pył, który czuł na języku, który wysuszał jego gardło.
Jego serce, jego żałosne, rozbite serce drgnęło gdy kobiece usta musnęły jego własne w tym desperackim geście, jakby usiłowała sprawdzić ich smak, teraz, gdy poznała smak f a ł s z u, który z nich spływał.
Jakby chciała sprawdzić, czy chociaż to było prawdziwe.
- Nie chciałem tego - szepnął, gdy jej groźby odbiły się od tego kamienia, w który przekształciło się jego ciało. Wiedział, że jego słowa były puste, nie zmieniały tego wszystkiego, co zrobił - nie pragnął jej przebaczenia, na które nie zasługiwał. Pragnął, by zrozumiała - nie tylko to, co było w nim złe, ale też to, co nim kierowało. - Próbowałem trzymać się od ciebie z dala. Próbowałem cię ostrzec.
Jego dłonie bezwiednie skierowały się do niej, ujęły jej twarz, po raz
- Chciałbym powiedzieć, że tego żałuję. - krótkie, s z c z e re wydobyło się z jego ust gdy patrzył na jej twarz, uniesioną w górę, rozbitą na tysiące kawałków - jego dłonie ujmujące kobiece policzki jakby próbował powstrzymać ją przed całkowitym rozpadem, trzymać te kawałki w jednym miejscu. - Ale nie potrafię.
Złość wypaliła go do cna, pozostawiając wyłącznie migoczący w zielonym spojrzeniu ból. Ból, z którym oderwał wzrok od jej oczu, przeniósł go na jej poskręcane włosy, których zapach i faktura wyryły się w jego podświadomości już na zawsze.
- To nigdy nie miało się udać - przyznał, odgarniając jeden z kosmyków za jej ucho, w tym geście, który miał coś w sobie z prawdziwego pożegnania. - Ale nie byłem wystarczająco silny by z ciebie zrezygnować.
Przyciągnął jej twarz bliżej siebie, delikatnie, ostrożnie - samemu pochylając się, by musnąć ustami jej czoło w desperacko czułym geście.
- Wiem, że to zrobisz - odezwał się cicho, wspominając jej słowa, obietnicę pożogi i z n i s z c z e n i a. - Jesteś moją karą, Margo Mercer.
margo mercer