Magnus był problemem.
Nie takim, który rozwiązuje się kulą, nożem albo zniknięciem z mapy. Był problemem znacznie gorszego gatunku, bo nie dało się go zamknąć w prostych kategoriach celu, zagrożenia lub narzędzia.
Patrzyła na niego i widziała wszystko naraz. Mężczyznę, który bez wahania potrafi wbić nóż w serce, i człowieka, który spędził przy niej całą noc, pilnując, żeby była bezpieczna. Był kimś, kto mógłby zabić ją szybciej, niż ona zdążyłaby sięgnąć po broń, i jednocześnie kimś, przy kim potrafiła zasnąć głęboko i bez czujności.
Chciała go w swoim życiu. To była najprostsza i najbardziej niewygodna prawda.
Uwielbiała sposób, w jaki na nią patrzył, kiedy wiedziała, że nie musi przy nim zakładać maski. Potrafił być obok i wiedzieć, kiedy nie zadawać pytań, a kiedy wchodzić głębiej. Przy nim nie musiała być cały czas napięta jak struna — przynajmniej wcześniej.
Chciała go i dobrze wiedziała, że nie może. Nawet jeżeli on poradziłby sobie z gównem, które mogła za sobą przyciągnąć, to jego córka nie. Tak samo jak była żona.
Sierra nie miała w zwyczaju zostawiać za sobą ofiar ubocznych.
Gdyby przez nią coś stało się dziewczynie, która w jej wyobraźni miała jego oczy, nie potrafiłaby z tym żyć. Dlatego wybrała samotność. Nie miała przyjaciół, ludzi — nikogo, kto mógłby zostać użyty przeciwko niej.
Patrząc na Magnusa, wiedziała, że powinna zrobić z nim dokładnie to samo. Odciąć go i pozwolić mu odejść, nim będzie za późno.
Egoistycznie nie potrafiła jednak tego zakończyć.
–
Nauczę cię, czołgi są gorsze od ciężarówek – sama się zaśmiała, czując, jak przez jej żebra przechodzi fala bólu.
–
Masz więcej doświadczenia niż ja i jeszcze nie trafiłeś na żadnego matoła, który był cwaniakiem, sądzącym, że skoro jestem kobietą, to poradzi sobie ze mną bez najmniejszego problemu? Przepraszam, Magnus, ale męskie ego jest dla waszej płci największą zgubą.
Wzruszyła delikatnie ramionami, wiedząc, że jaśniej nie musi mu przedstawiać swoich przemyśleń. Niektórzy zachowywali się, jakby wybierali się na ustawkę po meczu lub barową bójkę, a mieli więcej doświadczenia niż ona.
Zmarszczyła brwi, słysząc o służbach specjalnych, i próbowała rozbudzić w głowie jakieś skojarzenia, ale nic z tego. Zero powiązań z nią, które przyszłyby jej na myśl.
Zaśmiała się, opierając głowę o ścianę, i przez moment patrzyła w sufit.
–
Brzmimy jak bohaterowie Johna Wicka, moje życie nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.
Prychnęła, bo nie sądziła, że kiedykolwiek będzie tu, gdzie jest. Czasami nie miała pojęcia, jak to się stało.
–
Nie każę ci wybierać. Są granice, których się nie dotyka… nawet w naszym świecie.
Sama na jego miejscu zawsze wybrałaby własne dziecko, nie musiał jej się tłumaczyć z tego wyboru.
–
Nie powinniśmy sobie ufać. To najrozsądniejsza opcja. Ale wiesz co? Wczoraj widziałam cię w najgorszej możliwej wersji… a mimo to nadal tu jestem. I ty też jesteś. Więc może to nie jest kwestia zaufania, tylko wyboru. I może… na razie wystarczy, że oboje wybieramy, żeby nie zrobić sobie krzywdy. - Patrzyła mu w oczy, mówiąc to. Wierzyła w to, na pewno w tym momencie. Chociaż jeszcze wczoraj nie była tego taka pewna. Może ta naiwność będzie jej zgubą. Trudno — chciała zaryzykować.
Zamruczała cicho w odpowiedzi na śniadanie, delikatnie kiwając głową. Jego dłoń przesunęła się po jej włosach i policzku… i nic. Żadnego spięcia. Żadnego odruchowego cofnięcia. Ciało nie zareagowało tak, jak jeszcze wczoraj. Była zaskoczona własną reakcją, ale posłała mu tylko ciągle zaspany uśmiech i zamknęła na moment oczy, kiedy wyszedł z sypialni.
Została jeszcze chwilę w łóżku, dając ciału jeszcze chwilę regeneracji, ale nie przedłużała tego momentu. Podniosła się w końcu i ignorowała tępy ból pod żebrami, by zaraz ruszyć prosto do łazienki.
Prysznic był szybki. Letnia woda, minimum ruchów, żadnego przeciągania. Mechanicznie. Jak wszystko, co robiła, kiedy była zmęczona.
Sięgnęła po tabletki, połknęła jedną bez zastanowienia i przez sekundę oparła dłonie o umywalkę, patrząc w lustro. Trzeba było się zebrać do kupy.
Wróciła do sypialni, wciągnęła na siebie jeansy i koszulę — standardowy, ulubiony zestaw. Materiał ułożył się znajomo na skórze.
Do kuchni weszła cicho i na bosaka. Zatrzymała się, nim weszła głębiej do pomieszczenia. Magnus stał przy blacie, skupiony na czymś banalnym — jedzeniu.
Jego ruchy były spokojne, kontrolowane. Każdy gest miał sens, żadnego chaosu. Nawet tutaj nie było w nim przypadku.
Jebana maszyna.
Pozwoliła sobie na to, żeby przez dłuższą chwilę obserwować go bez słowa. Praca ramion i pleców, napinające się mięśnie, pewne ruchy dłoni, które nie raz lądowały na jej ciele. Dlaczego on w jej kuchni był takim normalnym, wręcz naturalnym widokiem?
Zagryzła dolną wargę, walcząc z myślami, a kiedy przyłapał ją na gapieniu się, uniosła tylko dłonie w geście poddania i zgarnęła jedzenie i widelec, siadając przy wyspie.
Pokiwała głową z uznaniem, bo nigdy wcześniej nie jadła niczego, co mógł jej ugotować. Ona spieprzyłaby nawet jajecznicę.
A potem, zupełnie bez zapowiedzi, spojrzała na niego i zapytała z rozbawieniem:
–
Zawsze jesteś taki idealny rano… czy to wersja demo?
Jakby to było najważniejsze pytanie tego poranka. Jakby jeszcze kilka godzin wcześniej nie trzymał w dłoni noża, a ona broni.
Magnus Grimstad