-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimęskietyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Na dzisiaj zawiesił jednak swoje plany. Jego relacja ze Sierrą znacząco się zmieniła po ich ostatnim wieczorze. Spędzili go bardziej jak para niż po prostu dwójka osób która lubi ze sobą sypiać. Magnus sam nie wiedział jak powinien to traktować. Czy rzeczywiście chciał od niej czegoś więcej niż po prostu dobrej zabawy? Miał kilkanaście dni by sobie to przetrawić, przemyśleć, a przede wszystkim zatęsknić. Bo rzeczywiście za nią zatęsknił. Nie tylko za seksem, który był do tej pory pewną kotwicą dla ich relacji. Łapał się na tym, że brakowało mu jej obecności. Tego jak się z niego czasami nabijała, jak się droczyła. To, że nigdy nie wiedział kiedy pojawi się jako część jego dnia było całkiem ekscytujące i po prostu miło spędzało się z nią czas. Nawet na takich pierdołach jak oglądanie dennych programów na netflixie. Coś, co robił rzadko z kimkolwiek. Było między nimi nieco bardziej intymnie. Prosiła go by na nią zaczekał, więc zaczekał. Użył swoich kontaktów by dowiedzieć się kiedy dokładnie wracała.
Na razie przestał myśleć o tym co może tak naprawdę ich łączyć. Miał ochotę odpocząć od swojego polowania, a zrobić coś miłego dla niej. Zdecydował, że tym razem to on ją zaskoczy. Może nie był jakimś szczególnie wybitnym kucharzem, ale uważał, że całkiem dobrze przyrządza mięso. Zamierzał zatem przygotować dla niej kolację niespodziankę w jej własnych czterech kątach. Chociaż klucze miał przez cały ten czas nie zdecydował się wcześniej ich używać.
Zrobił więc zakupy, przekręcił klucz w drzwiach i wszedł do przedsionka zapalając światło. Dom robił pewne wrażenie. Rynek nieruchomości jest czymś, co doskonale znał, więc był w stanie dość dokładnie określić ile takie cztery ściany mogły kosztować. Musiała całkiem dobrze zarabiać. Cokolwiek robiła, bo do tej pory tak naprawdę nie miał o tym pojęcia. A raczej miał mgliste pojęcie, aczkolwiek nawet gdyby próbowała mu tłumaczyć pewnie by nie zrozumiał. Nie było żadną tajemnicą, że nie był szczególnie elektronicznie utalentowany.
Przeszedł do kuchni, rozłożył zakupy na wyspie kuchennej i poczuł jak włoski na jego karku stają dęba. Znał to uczucie. Zagrożenie. Nawet jeśli był już na emeryturze, tego jednego nie wyzbył się w pełni. Na swoje szczęście bo inaczej właśnie miałby wbity nóż w plecy. Zamiast tego ten wylądował wbity w blat. Magnus zrobił unik, ale nie będąc już tak sprawnym jak kiedyś rozbił się o kuchenną szafkę i musiał zrobić przewrót zanim dźwignął się na równe nogi. Instynkt wziął górę. Stanął w pozycji obronnej, ułożył dłonie na wysokości klatki piersiowej i zamarł czekając na ruch swojego przeciwnika. Kilka uników gdy tamten próbował go pchnąć swoim nożem. W końcu znalazł moment, w którym mógł skrócić dystans, złapać go w pasie i robiąc suplex przerzucić go przez kuchenną wyspę. Nie tracił czasu i sięgnął po własny zestaw noży, który leżał na tej samej wyspie. Mając swój oręż w dłoni czuł się całkowicie pewnie. Gdy tamten dźwigał się na równe nogi Magnus już do niego wypadał. Walka na noże była zazwyczaj zakończona szybko. W jednym momencie. Magnus był specjalistą mniejszych cięć w strategicznych miejscach. Podcinając stawy, tętnice, męcząc swojego przeciwnika. Zanim sam o tym wiedział już był właściwie martwy. Ciśnienie krwi nagle spadało, mięśnie robiły się wiotkie. W tym momencie Grimstad wbił nóż w serce napastnika, od razu go przekręcając. Walka była skończona.
Dopiero teraz wiele dźwięków, bodźców oraz myśli zaczynało wracać. Adrenalina nadal buzowała w jego żyłach. Puścił nieboszczyka na podłogę, uniósł wzrok, a w drzwiach stałą Sierra. Zamarł. Po raz pierwszy w swojej karierze rzeczywiście zamarł. Powinien ją zabić? Powinien. Poskromił swój odruch. Wiedział, że gdyby rzucił tym nożem prawdopodobnie by trafił. Zamiast tego po prostu patrzył na nią tym chłodnym spojrzeniem, które powoli miękło. Z bezlitosnego, chłodnego zabójcy do Magnusa, którego do tej pory znała. Co oczywiście kontrastowało z zakrwawioną koszulą, podartą marynarką i narzędziem zbrodni w ręce.
Sierra Valencia
-
Who do you think you're fooling? Baby it's all or nothingnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Lot był długi, męczący, a ostatnie kilkanaście godzin ciągnęło się jak jedna, niekończąca się walka. Była obolała. Każdy krok ciągnął za sobą tępy ból żeber. Jedno z nich najpewniej było tylko solidnie stłuczone, ale przy głębszym oddechu promieniowało aż do pleców. Lewy bok pulsował, jakby ktoś zostawił tam rozgrzany kawałek metalu.
Dolna warga była rozcięta i napuchnięta — czuła, jak skóra napina się przy każdym ruchu ust, a krew co chwilę zbierała się na nowo, nie pozwalając ranie się zamknąć. Łuk brwiowy ciągnął od świeżych szwów, które zrobiła szybko, sprawnie i bez szczególnej troski o estetykę. Wyglądała mało korzystnie i tak się czuła.
Palce zacisnęła mocniej na rączce walizki, kiedy weszła głębiej do środka. W głowie miała tylko jedną myśl — spokój. Cisza. Prysznic. Może sen. On obok, skoro spełnił jej prośbę i pojawił się u niej, co wnioskowała po zapalonym świetle.
Czuła, że coś jest nie tak. Poznała zapach krwi już w korytarzu.
Wchodziła powoli. Miała na sobie jego koszulę, która była na nią odrobinę za duża, zsunięta lekko z jednego ramienia. Materiał przylegał do skóry w miejscach, gdzie była spocona i zmęczona podróżą. Jeansy ciągnęły przy udzie, gdzie zaczynał wychodzić kolejny siniak, a trampki były przykurzone, jakby przeszła w nich więcej, niż planowała.
Po drodze z lotniska układała sobie w głowie, co mu powie. Wylądowała finalnie w Birmingham i mogła wiarygodnie przedstawić historię o bójce w barze. Trochę ją poobijali, nic wielkiego. Wiedział, że jest charakterna i było to do niej bardzo podobne. Wygodne kłamstwo .
Potem przyszła ta druga myśl, że może powinna powiedzieć mu wszystko. Całą prawdę. Nie miała nic do stracenia. Nikogo, kto mógłby zostać użyty przeciwko niej. Żadnego życia, które ktoś mógłby jej rozmontować. On był jej jedynym słabym punktem.
W końcu miała przed oczami całą otwartą przestrzeń swojego domu.
Zatrzymała się w progu jak wryta, ale tylko na ułamek sekundy — tyle, ile zajęło jej zrozumienie, co właśnie widzi.
Krew. Nóż. Ciało. Magnus.
Kuchnia była w stanie, który mówił wszystko bez słów. Jedno z krzeseł było przewrócone, leżało na boku kilka metrów dalej, jakby ktoś odrzucił je przy próbie uniknięcia ciosu. Na podłodze ciągnęły się nieregularne smugi krwi — niektóre rozmazane, jakby ktoś próbował utrzymać równowagę, inne bardziej punktowe, tam, gdzie ostrze weszło głębiej.
Na wyspie kuchennej wbity nóż, dokładnie tam, gdzie ktoś ewidentnie chybił. Kilka kropli krwi na blacie, rozbryzg przy krawędzi. Szafka z boku miała świeże wgniecenie.
Jej ciało zareagowało automatycznie.
Dłoń sama sięgnęła do szuflady przy wejściu. Metal był chłodny i znajomy. Wyciągnęła pistolet szybkim, wyćwiczonym ruchem, kciukiem odbezpieczając go jeszcze zanim uniosła broń. Tłumik zamigotał matowo w świetle, kiedy wycelowała prosto w Magnusa.
Nie drgnęła. Oddychała płytko, kontrolowanie, choć każde wciągnięcie powietrza ciągnęło boleśnie po żebrach. Materiał koszuli ocierał się o skórę w miejscach, gdzie zaczynały wychodzić kolejne siniaki. Krew z rozciętej wargi znów spłynęła cienką strużką, skapując gdzieś na koszulę. Nie starła jej.
Patrzyła na niego. Nie tak jak wcześniej — tylko naprawdę. Nie jak na faceta, z którym dzieliła łóżko, kanapę i kawałek wieczoru. Patrzyła na niego jak na zagrożenie, a palec na spuście nawet jej nie drgnął.
Jej spojrzenie przesunęło się na moment po ciele na podłodze. Oceniała ofiarę i już widziała, że punkty, linie i cięcia nie były przypadkowe. To nie była samoobrona, a profesjonalny sposób na szybkie pozbycie się ofiary.
Zmrużyła lekko oczy, wracając do niego spojrzeniem. Zrobiła jeden krok do przodu. Poczuła ból przechodzący falą przez żebra, ale nie dała po sobie niczego poznać.
Koszula, którą miała na sobie — jego koszula — opinała się lekko na jej ramionach, przyklejona miejscami do skóry.
– Powiedz mi… – zaczęła, przechylając lekko głowę, wciąż celując w niego bez cienia wahania – czy to mój gość?
Na moment jej spojrzenie znów uciekło do trupa na drewnianej podłodze. Coś w jego sylwetce było znajome. Wydawało jej się, że go znała albo kogoś bardzo podobnego.
Z powrotem skupiła wzrok na Magnusie. Coś w niej pękło — może to wyobrażenie, które sobie o nim zbudowała, może ta cienka granica między tylko seksem a czymś, czego nie chciała nazwać.
Nie pozwoliła, żeby było to widać, więc uśmiechnęła się krzywo.
– Bo jeśli tak – uniosła minimalnie brew, a w jej głosie pojawiła się ta znajoma, zaczepna nuta, która teraz brzmiała bardziej jak ostrze – dziękuję za uratowanie dupy.
Zrobiła kolejny krok, skracając dystans. Niewiele. Tyle, żeby pokazać, że się nie cofa.
– Jednak – dodała ciszej, już bez uśmiechu – chyba powinnam zacząć zadawać niewygodne pytania. - Miała na myśli profesjonalny sposób w jaki został zamordowany.
Palec dalej spoczywał na spuście, stabilnie i w pełnej gotowości. Nie drgało w niej nic, mimo że jej ciało było napięte i zmęczone. Pełna gotowość, była do tego latami szkolona.
Patrzyła mu prosto w oczy.
– Chcesz mi coś powiedzieć?
Magnus Grimstad
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimęskietyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Dopiero teraz był w stanie przyjrzeć jej się nieco bliżej. Poznawał swoją koszulę. Przyzwyczajenie brało górę. Zauważył rany na jej twarzy. To jak brała nieco płytsze oddechy. W jaki sposób robiła kolejne kroki. Z automatu szukał wszystkich słabych stron swojej przeciwniczki bo tak, jego instynkt rejestrował ją jako wroga. Jeden już leżał u jego stóp. Instynkt mówił, że powinna do niego dołączyć. Zaczął łączyć wszystkie kropki. Jej wyjazdy. To jak trzymała broń świadczyło o tym, że nie robiła tego tylko i wyłącznie w samoobronie. Zmrużył nieco powieki nie mogąc z jakiegoś powodu połączyć tej Sierry, która mierzyła do niego bronią z tą, która tak chętnie mu się oddawała. Z tą, która jeszcze kilkanaście dni temu oglądała z nim Love Never Lies. W tym wszystkim dość ironiczny był fakt, że najwyraźniej dobrało się dwóch morderców. Nie widział innej możliwości. Nie po tym co właśnie zobaczył.
- Nie ma za co dziękować, to nie było intencjonalne. - wziął głębszy wdech i zaczął się rozluźniać - Był dość słaby jeśli nie sprawdził tej szafki. - jego spojrzenie wyraźnie się ociepliło.
Poskromił już swój instynkt, swoje przyzwyczajenia. Przestał widzieć w niej zagrożenie, nawet jeśli właśnie celowała w niego bronią. Nie był to pierwszy raz, ani nie będzie pewnie ostatni. Akurat to nie robiło na nim większego wrażenia.
- Witaj w domu kochanie? - uniósł wyżej dłonie pokazując, że nie ma innej broni, uśmiechnął się do niej zaczepnie i wzruszył ramionami - Podchodzisz za blisko. Widzisz, że radzę sobie z nożem, broń daje Ci przewagę dystansu. Im bliżej podchodzisz tym większą szansę mam trafić. Ty oczywiście też, ale jeśli nie trafisz mnie w głowę albo klatkę, a we mnie dalej buzuje adrenalina, ciebie o wiele bardziej zaboli ta wymiana, a mnie da absolutną przewagę. - powiedział jakby uczył młodsze pokolenie swojego fachu - Teraz odłożę nóż, a Ty postaraj się nie odstrzelić mi ucha. - spojrzał na nią jeszcze przez chwilę zanim podszedł powoli do blatu i odłożył tam swoje narzędzie.
Spojrzał na to pobojowisko, które zrobili w jej kuchni. Zaczynał również odczuwać skutki tej małej potyczki. Zaczynał doskwierać mu bark. Pewnie miał wielkiego siniaka na plecach. Szczypało go w kilku miejscach na rękach oraz czuł coś ciepłego na szyi, więc tam pewnie też krwawił. Mógł się założyć, że za chwilę odezwie się pewnie jeszcze jego kolano.
- Które niewygodne pytanie będzie pierwsze? - odwrócił się powoli w jej stronę bez gwałtownych ruchów unosząc na nią wzrok.
Sierra Valencia
-
Who do you think you're fooling? Baby it's all or nothingnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Pokręciła lekko głową, parskając pod nosem krótkim, zmęczonym śmiechem.
– Słucham wykładu czy walczę o życie? – mruknęła, nie odrywając od niego wzroku. – Bo jeśli to pierwsze, to trochę późno na szkolenie, staruszku.
Przechyliła minimalnie głowę, celując wciąż stabilnie, jakby sprawdzała go pod innym kątem.
– A co do odstrzeliwania… – dodała ciszej, z cieniem uśmiechu, który nie sięgał oczu – ucho to akurat najmniej interesujący cel.
Na moment zawiesiła spojrzenie niżej, tylko na ułamek sekundy, zanim wróciła do jego twarzy.
– Mam lepsze pomysły.
Przez kilka długich sekund nic się nie wydarzyło. Sierra stała naprzeciw niego nieruchomo, z napięciem rozpiętym gdzieś między ramionami a palcami, które jeszcze chwilę wcześniej zaciskały się na spuście.
Jego ruch — powolne odłożenie noża — nie uszedł jej uwadze. Obserwowała każdy centymetr tej drogi, każdy drobny gest, jakby szukała w nim potknięcia.
Wzięła oddech i aż syknęła z bólu. Pierdolone żebra.
Bez słowa opuściła broń.
Ruch był kontrolowany, ale nie miękki. Odłożyła pistolet na blat, bliżej siebie niż jego, nadal chciała zaznaczyć granicę.
Przez chwilę patrzyła na niego uważnie, po czym uniosła wolno ręce i bez pośpiechu podciągnęła materiał koszuli wyżej, odsłaniając brzuch. Chciała pokazać, że za paskiem też nic się nie uchowało. Chociaż pewnie to siniaki bardziej rzuciły mu się w oczy.
Zaczynały wychodzić wyraźniej — ciemniejsze plamy ciągnące się wzdłuż żeber, jedno miejsce wyraźnie opuchnięte. Skóra napięła się przy tym ruchu, a ona sama aż wciągnęła powietrze.
– Nie mam nic więcej – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała chropowatość zmęczenia. – Reszta jest zbyt ciasna, żeby cokolwiek tam upchnąć.
Puściła koszulę, pozwalając jej opaść z powrotem na ciało. Materiał przykleił się miejscami ponownie do skóry.
Patrzyła na niego jeszcze chwilę. Dłużej, niż było to komfortowe. Jakby próbowała dopasować dwie wersje tej samej osoby — tę sprzed kilku dni i tę stojącą teraz przed nią, z krwią na rękach.
– Siadaj – rzuciła w końcu, wskazując lekko głową na wyspę kuchenną. Ton nie był prośbą. – Zanim rozniesiemy to po całym domu.
Rozejrzała się jeszcze raz, oceniając straty, i z bólu nie miała nawet siły westchnąć. Chciała tylko spokojnego wieczoru po powrocie i co?
– Maldita mierda – mruknęła do siebie w swoim ojczystym języku.
Odwróciła się, czując, jak przy tym ruchu coś ciągnie ją pod żebrami. Tym razem nie udało jej się tego całkowicie ukryć — napięcie przemknęło przez barki, a krok na moment stracił płynność.
Wspięła się na palce, żeby wyciągnąć wojskową apteczkę, która mogłaby robić za mini wersję szpitala. Techniczna, czarna skrzynka z matowym logiem AFEUR. Dorwała to już po przyjeździe do Kanady, bo niczego nie ceniła sobie bardziej niż zawartości tego pudła.
Zdjęła koszulę, której nie chciała już bardziej brudzić, i przewiesiła ją przez oparcie krzesła, zostając tylko w jasnym, koronkowym staniku. Oparła dłonie obok zlewu, a jej głowa opadła na sekundę.
Umyła dłonie i starała się ogarnąć swoją wargę, ale wiedziała, że to w tym momencie syzyfowa praca.
Przesunęła apteczkę na blacie, bliżej niego, i oparła się o krawędź wyspy, jakby potrzebowała tego punktu podparcia bardziej, niż chciała przyznać.
Przez moment milczała, otwierając pudełko i wyciągając co trzeba.
– Mimo wszystko chyba ja wyglądam dzisiaj gorzej – rzuciła ciszej, zerkając na jego szyję i ręce.
Jej ruchy były konkretne. Sięgnęła w jego stronę, ale zatrzymała dłoń tuż przed kontaktem — zostawiając mu przestrzeń na decyzję.
Spojrzenie podniosła na jego oczy. Tym razem nie było w nim tylko chłodu. Coś się w nim mieszało — czujność, zmęczenie, cień czegoś bardziej osobistego.
– Zróbmy tak – powiedziała w końcu spokojniej, ale z wyraźną twardością pod spodem. – Prawda za prawdę. Pytanie za pytanie.
Przechyliła lekko głowę, obserwując go uważnie.
– Ty odpowiadasz mi szczerze, ja odpowiadam tobie. Bez ściemy. Bez wersji „łatwiejszej do przełknięcia”. Najgorsze gówno, jakie jest, ma wypłynąć.
Jej palce zacisnęły się lekko na gazie.
– Bo mam wrażenie – dodała ciszej, niemal bez cienia uśmiechu – że właśnie oboje patrzymy w lustro.
Na moment zamilkła wpatrując się w jego oczy, które w tym momencie były tak znajome i jednocześnie tak nieznajome.
– Więc… – uniosła lekko brew – Dlaczego tak dobrze znasz się na zabijaniu? - Skinieniem głowy wskazała na trupa na podłodze. – Bo te cięcia i dźgnięcia to jebany majstersztyk. - Usilnie ukrywała szacunek i podziw w swoim głosie.
Magnus Grimstad
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimęskietyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przyłapała go w takim momencie, że wszystkie maski mogły już opaść. Nie było najmniejszego sensu próbować teraz ukrywać to, kim naprawdę był. Doskonale widziała efekty jego doświadczenia. W tym momencie to nawet zabawne, że robili w tym samym fachu. Pewnie całą sytuację powinien brać bardziej na poważnie, zachowywać się właśnie... Zachowawczo. Jednak nie czuł się w tej chwili zagrożony. Już dawno temu pogodził się z myślą, że któregoś dnia umrze. Najprawdopodobniej właśnie z rąk innego kontraktowego zabójcy. Był na to gotowy w każdej chwili. To nie tak, że spieszyło mu się na drugą stronę. Po prostu w jego doświadczeniu sama świadomość tego, że w którymś momencie życia umrzemy całkowicie odbierało moc temu zdarzeniu. Pozwalało cieszyć się życiem bez zbędnego bagażu. Może dlatego tak chętnie wszedł w relację z nią. Dlatego mógł zachowywać się tak nonszalancko w momencie kiedy mierzyła do niego z broni. To po prostu część życia.
Docenił gest, który wykonała w jego stronę pokazując mu, że nie ma innej broni. Jego spojrzenie skupiło się bardziej na obrażeniach niż temu co mogła mieć pod spodem. Cisnęło mu się na usta coś o tym, że nie poprosiła go o to samo, co znów było według niego błędem, ale wyobrażał sobie, że wtedy naprawdę zaczęła by do niego strzelać. Trzeba wiedzieć kiedy w końcu można zluzować z życiowymi lekcjami.
- To prawda, jesteś całkiem ciasna. - nie mógł sobie odpuścić tej okazji nawet jeśli było to trochę infantylne z jego strony czuł, że doceni tę docinkę.
Na jego usta wpełzł delikatny cień uśmiechu. Sam zaczął ściągać swoją porwaną i poszarpaną marynarkę przy okazji odprowadzając ją wzrokiem po kuchni.
- Spokojnie, posprzątam po sobie. - stwierdził podwijając rękawy swojej koszuli chcąc ocenić jak głębokie są nacięcia na jego przedramionach.
Na szczęście żadne nie wyglądały jakby potrzebowały szwów.
- Wyglądasz jakbyś potrzebowała tej apteczki bardziej niż ja. - zebrał apteczkę z blatu i powoli obszedł wyspę podchodząc bliżej niej.
Jego własne obrażenia zdawały się być raczej powierzchowne. Większość krwi zdążyła już wsiąknąć w materiał jego ubrań więc też nieszczególnie brudził już jej kuchnię.
Sam przełamał tę barierę dotyku biorąc jej twarz w swoje dłonie i przyglądając się tej rozciętej wardze oraz szukając innych obrażeń na jej twarzy.
- Naprawdę musimy bawić się teraz w gierki? - zapytał z pewnym przekąsem wydając się teraz trochę zmęczony - Za moich czasów to się po prostu nazywała rozmowa, wiesz? - spojrzał na nią z pewnym politowaniem, ale szybko zabrał się za oględziny jej stanu fizycznego poza jej twarzą.
Zdecydowanie nie podobało mu się to, co widział. Nie było to coś niecodziennego, był do tego przyzwyczajony, ale wzbierała w nim pewna złość na myśl o tym, że ktoś podniósł rękę na Sierrę. Nie dało się uciec od pewnych uczuć, nawet w tym świecie.
- Pewnie dlatego, że byłem przez kilkanaście lat płatnym zabójcą. - powiedział to bardzo rzeczowo nachylając się i delikatnie przesuwając opuszkami palców po jej żebrach sprawdzając jej reakcję - Rzuciłem to też już ponad dekadę temu trochę po narodzinach mojej córki. - dodał w końcu się prostując i spoglądając na nią z góry - A jeśli pytasz o moje zdolności z nożem to jestem synem myśliwego. Wiem jak oporządzać zwierzynę. - bo tym była dla niego ofiara, zawsze tylko zwierzyną.
Nie widział większego sensu w ukrywaniu tego kim był. Było już na to o wiele za późno. Chciał też znać jej historię, aczkolwiek w tej chwili były ważniejsze rzeczy. Był po prostu pragmatyczny.
- O sobie powiesz mi później. Idź wziąć prysznic, jak masz coś w apteczce na zatamowanie krwawienia użyj tego. Ewentualnie ałun może pomóc. Ja ogarnę ten bajzel. Mam jeszcze kontakty. - to nie była prośba, mówił to z całkowitą pewnością siebie.
Wiedział jak pozbyć się ciała, a ona kręcąca się tutaj tylko narobi więcej bałaganu. Znów - pragmatyzm.
- Może nawet uda się uratować kolację. - spojrzał na porozrzucane warzywa po kuchni oraz mięso na blacie.
Czekało go cholernie dużo pracy, ale prościej było jak zrobi to sam.
Sierra Valencia
-
Who do you think you're fooling? Baby it's all or nothingnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Parsknęła cicho, ale tym razem nie było w tym nic z rozbawienia.
– Przeciągasz strunę – stwierdziła, unosząc lekko brew.
Czyżby wkurwianie jej miało być jego nowym ulubionym sportem?
Jego kolejna uwaga sprawiła, że jej spojrzenie na ułamek sekundy pociemniało. Prychnęła rozbawiona i nawet od powstrzymywanego śmiechu zatrzęsły jej się ramiona. Znalazł sobie idealny moment do żartów. Zdecydowała się tego jednak nie skomentować.
Jej spojrzenie jeszcze przez chwilę na nim spoczywało — twarde, czujne — zanim przesunęła je na krew na podłodze. Jak będzie miała parkiet do wymiany, to chyba kupi nowy dom.
Wpatrywała się w trupa. Widok jak każdy inny, ale jej głowa próbowała ogarnąć, kim był ten człowiek. Oprócz tego, że mordę miał znajomą.
Stała przez moment nieruchomo, kiedy jego dłonie znalazły się na jej twarzy. Nie cofnęła się od razu — bardziej z zaskoczenia niż zgody — ale coś w niej drgnęło, napięło się pod skórą jak struna przeciągnięta za mocno.
Jeszcze chwilę temu mierzyła do niego z broni, a teraz pozwalała mu się dotknąć. Czemu czuła, że to błąd? A może nie powinna mu ufać, może właśnie usypiał jej czujność?
Jego słowa docierały do niej powoli, jakby musiały przebić się przez zmęczenie i pulsujący ból. Płatny zabójca. Córka. Skoro była córka, to pewnie też żona. Dziesięć lat.
Informacje układały się w jakąś historię, ale nie przynosiły żadnego ukojenia. Wręcz przeciwnie — coś w niej się zamknęło, jakby nagle przypomniała sobie, że nie powinna tu stać tak blisko.
Kiedy jego palce przesunęły się po jej żebrach, syknęła cicho i instynktownie odsunęła się o pół kroku, wyrywając się z tego kontaktu. Tym razem świadomie.
– Nie rób tego – powiedziała krótko, ciszej niż wcześniej, ale z wyraźną granicą w głosie. – Nie teraz.
Oparła się mocniej o blat, szukając stabilności i ulgi w trzymaniu ciała w pionie. Wiedziała już, że na pewno przez całą noc będzie miała gorączkę. Walka organizmu o dojście do siebie będzie sroga, a ona wtedy traciła siłę.
Nie wiedziała jednak, czy w momencie takiej słabości ma przy sobie wroga, czy sojusznika. Nie śpieszyło jej się na tamten świat, a teraz straciła do niego zaufanie. Nawet jeżeli nie czuła zagrożenia.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Już nie tak otwarcie jak wcześniej. Nie było w tym spojrzeniu tej samej ciekawości, tej iskry.
Zastąpiła ją chłodniejsza kalkulacja. Chciała mieć pewność co do niego, ale wiedziała, że jakby się starała, nie będzie jej miała nigdy.
Za szybko. Za szybko się odsłoniła. Za szybko pozwoliła mu wejść do swojego życia. Za szybko przestała traktować go jak potencjalne zagrożenie.
Głupia.
Jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś obok niego, w przestrzeń. Walczyła z myślami.
– Prysznic… – odezwała się w końcu, jakby przypominając sobie, że coś mówił. Ze zmęczenia niezbyt wiele do niej teraz docierało.
Przeniosła wzrok z powrotem na niego.
– Korytarzem w prawo. Drugie drzwi. Ręczniki masz w szafce obok wanny. – Poinstruowała go krótko i rzeczowo.
Odwróciła się lekko, sięgając po kolejne rzeczy z apteczki — bardziej żeby zająć ręce niż dlatego, że naprawdę ich potrzebowała w tej sekundzie.
– A w garderobie… – dodała po chwili, już nie patrząc na niego – powinna jeszcze wisieć twoja koszula. Ta czarna. Przywłaszczyłam ją sobie.
Kącik jej ust drgnął minimalnie, bo czuła zmęczenie w każdej komórce ciała.
Powoli podniosła wzrok.
– Nie potrzebuję niańki – dorzuciła spokojnie. – Jak powiedziałeś, zajmiesz się tym… – skinęła lekko głową w stronę ciała – więc się tym zajmij.
Zamilkła na moment, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Finalnie jednak tylko pokiwała głową i odprowadziła go wzrokiem, kiedy zniknął w korytarzu.
Oparła się o wyspę, zostając sama z ciszą, krwią i pytaniami, które kręciły jej się w głowie.
Stwierdziła, że ogarnie to gówno chociaż z wierzchu. Usprzątała, co mogła. Zakupy wróciły na blat, pistolet do szuflady. Ogarnęła krew, wyniosła zniszczone krzesło do garażu — uważając przy tym, żeby nie robić większego bałaganu.
Słyszała wodę pod prysznicem i przez chwilę zastanawiała się, czy do niego dołączyć, ale odpuściła. Potrzebowała wanny, więc zajmie łazienkę, jak on z niej wyjdzie.
Poszła do gabinetu, szukając tej jednej rzeczy, która mogła teraz wiele wyjaśnić. Wiedziała, że pudło z jej przeszłością gdzieś tu będzie.
Znalazła teczkę, której szukała, ale na razie zostawiła ją na biurku.
Słyszała, że Magnus jest już w kuchni, więc sama w końcu poszła do łazienki i wylądowała w wannie. Woda, którą nalała, była letnia - prawie zimna.
Przez moment siedziała z podciągniętymi kolanami, o które opierała policzek, i starała się schować wszystkie myśli do jakiejś szuflady, tak żeby ich teraz nie mielić.
Po kilkunastu minutach zanurzyła się cała, wstrzymała oddech, zamknęła oczy i schowała głowę pod wodą. Potrafiła długo wytrzymać, więc leżała tak, dopóki płuca, domagające się tlenu, nie zaczęły boleć już tak, że nie była w stanie wytrzymać. Ten moment groził omdleniem, a to mogłoby skończyć się utopieniem w wannie.
Uniosła głowę, biorąc gwałtownie powietrze, i w końcu zdecydowała się ogarnąć do końca i wyjść.
Wsunęła na siebie T-shirt i materiałowe spodenki, zabezpieczyła wargę przed lustrem i nawet łyknęła coś przeciwbólowego, co trzymała w łazience. Mokre włosy związała na czubku głowy i przez moment wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze.
Czuła się tak, jak wyglądała. Okropnie.
W końcu wyszła z łazienki i zgarnęła z gabinetu teczkę, którą położyła na kuchennej wyspie. Było na niej jej pierwotne imię i nazwisko: Veronica Moreno Rojas.
Sama wspięła się na stołek i oparła pięty o siedzisko. Objęła swoje nogi i oparła głowę na kolanach, siedząc w tej mało wygodnej, ale kojącej pozycji.
Zaczęła go po prostu obserwować.
Magnus Grimstad