33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Wydawał się nieobecny - zupełnie, jakby deszcz słów cicho spływał osuwając się po krawędzi jego świadomości, zupełnie, jakby zgaszone węgle jego źrenic stopiły się z niewyraźną, mętną akwarelą wieczoru, zupełnie, jakby nie czuł potrzeby, aby w tej chwili mówić, mimo, że presja całej, dziejącej się sytuacji próbowała wywołać go do złożenia niezbędnej odpowiedzi. Milczał jak oskarżony który nie próbuje się przyznać do wykroczenia ani jemu zaprzeczyć, milczał, tak jak osoba której na niczym teraz naprawdę nie zależy. Nigdy nie czuł potrzeby, że miałby kogoś nawrócić. Nie skrywał w sobie tęsknoty, by ktokolwiek podzielał jego sposób patrzenia w jakim umieszczał świat. Jej przekaz bez przerwy tlił się, atakując go żarem swoich głosek. Poczuł, jak go parzyły. Co teraz? Napięcie niemal bez przerwy szurało po jego gardle. Co teraz? Co miałby jej odpowiedzieć?
- Heh. Gadanie - parsknął jedynie, patrząc na swoje ręce, na łuk przyciętych paznokci. Był dużo prędzej z m ę c z o n y tym wszystkim niż poirytowany. Nie gniewał się na kobietę, choć wiedział, że nie ma najmniejszego zamiaru wdawać się z nią w dyskusję. Powiedziała, co myśli, a on z kolei nie czuł w sobie takiego obowiązku. Nie wiedział, co mogła odczuć osoba w momencie, gdy umierała. Nikt nie mógł tego określić.
- Myślałem, że rozmawiamy o czymś zupełnie innym - ośmielił się później wytknąć. Tak, doskonale wiedział, wszystko zależało od roli, od osoby, od czasu i od różnych wydarzeń. Kątem spojrzenia znów uchwycił jej twarz. Znajdowała się bliżej, przekraczając dzielącą ich odległość. Dystans był bardzo miękki i wydawał się w tym momencie być iluzją. W nocy, takiej jak ta, nic nie wydawało się przeszkadzać, nawet fantazje dotyczące zadanych, ziejących boleścią ran. Nie - nieznajoma pod tym określonym względem nie była wynaturzeniem. Miała w sobie coś znacznie bardziej niespotykanego - była szczera, nie bojąc się mówić tego co bardzo często ukrywało się w głowach innych ludzi. Otwartość, z jaką to okazała, była
fascynująca.
- Idąc tym tropem, będziesz w stanie nadać wszystkiemu jakąś wartość - nawet śmieciowi na chodniku, dopowiedział złośliwie w swoich myślach. Zrozumiał nagle, jak wszystko jest ulotne i zależne. Czuł, że utknęli jako ludzie w więzieniu wyjątkowości, w przeświadczeniu, że wszystko ma swoją głębię, że wszystko ma mnogość znaczeń. Sam został wytresowany do tego stopnia że niczego już teraz nie podważał. Nie umiał nawet zrozumieć, jaką odgrywał rolę, rozumiał tylko, że mógł być bliżej niż inni, bliżej człowieczeństwa w tej prostej, surowej formie.
- Pozostaje pytanie - kontur jego warg zadrżał, rozniecając kolejny, zwinny, przekorny grymas - co tak naprawdę ma znaczenie? - jego głos przebijał się zdecydowanie wyraźniej niż poprzednio. Jej piękne słowa pozostały słowami, ale on potrzebował czegoś więcej. Potrzebował wartości. Powiedz mi ostatecznie co z tego jednak wynika. Powiedz mi znacznie więcej.
- Plama krwi? Czyjaś radość? Żałoba? Jesteśmy - odczekał - niezwykle samolubni - twierdząc, że to, co czujemy, może mieć jakiś wpływ. Satysfakcja mordercy, przykrość lekarza czy smutek osób bliskich. Wszechświat w tej jednej chwili
nawet się nie zająknął.

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogłaby mu podziękować za to milczenie, gdyby miała w sobie trochę więcej z przyjaznej osoby. Ceniła sobie ciszę i nie lubiła rozmów. Zmuszanie ją do tego było jak powolne wbijanie noża w ciało i stopniowe upuszczanie krwi; energia opuszczała jej ciało w sposób przeraźliwie fizyczny. Zaczynała boleć ją głowa i chciała się wycofać, ale coś zatrzymywało ją w miejscu. To był ten typ niewidocznej gołym okiem siły, która uziemiała i ograniczała ruch. Odnosiła wrażenie, że wrosła w ziemię, że została do niej przywiązana ciężkimi łańcuchami. Chciała udowodnić swoją rację mimo tego, że nie miała ochoty na prowadzenie rozmowy, która do niczego nie prowadziła. Cóż miała poczynić w tym momencie? Naturalnie wolałaby wrócić do domu, zasłonić okna i usiąść na łóżku — chociażby po to, żeby powpatrywać się w ścianę po przeciwnej stronie pokoju, na której każdego wieczora dostrzegała ruchome linie, układające się codziennie w inne kształty. Wiedziała, że to złudzenie optyczne wywołała gra światła i cieni. Srebrna łuna wpadająca do pokoju przez przerwy między fałdami rolety, która zasłaniała okno, bawiła się z wyobraźnią Cameron i przysparzała jej rozrywki. Lubiła uświadamiać sobie, jak nudne życie miała od opuszczenia oddziału zamkniętego, skoro bawiło ją patrzenie w ścianę.
Nie sprawiaj problemów, Isobel.
Psychiatra powtarzał jej to naprawdę często, dodając, że nie powinna wystawiać się na bodźce uruchamiające mechanizmy zmiany. Rozmowa o śmierci i wizualizowanie w głowie tych wszystkich wizji i uczuć, o których mówiła, wywoływało nieprzyjemny ból głowy i ucisk w żołądku. Miała ochotę się porzygać, bynajmniej nie z obrzydzenia. Uczucie, z którym się mierzyła, nazwałaby czystą tęsknotą, za czymś nieosiągalnym. Jakby tęskniła za kimś bliskim, do kogo zdążyła się przez te kilka lat wspólnej egzystencji w tych popierdolonym świecie przyzwyczaić. Naprawdę nienawidziła świata. Marzyła o wielkim końcu, który nie wymagałby od niej żadnej decyzji. O chwili, w której wszystko nagle ucichłoby pod ciężarem czegoś większego od człowieka. O ogniu rozlewającym się po horyzoncie, o niebie pozbawionym świateł, o miastach znikających jedno po drugim, aż nie zostałoby nic, co mogłoby od niej czegokolwiek zażądać. Żadnych rozmów. Żadnych pytań. Żadnego przypominania, że powinna próbować, funkcjonować, wychodzić do ludzi i zachowywać się tak, jakby życie było czymś, za co należało być wdzięcznym. Marzyła o świecie pozbawionym ludzi, ponieważ ludzie byli jego najgorszą częścią. Zostawiali po sobie bałagan, oczekiwania, wspomnienia i rany, których potem kazali ci dotykać, żeby sprawdzić, czy jeszcze bolą. Przypominali jej nieustannie, że powinna coś czuć, nawet jeśli jedyne, na co miała ochotę, to przestać czuć cokolwiek. Każdy człowiek był kolejnym źródłem dźwięku w miejscu, w którym Cameron od dawna rozpaczliwie potrzebowała ciszy.
Dlatego fantazjowała o końcu wszystkiego z niepokojącym spokojem.
O wielkim pożarze, który przeorałby miasta i zostawił po sobie tylko czarne szkielety budynków. O ulicach, na których nie byłoby samochodów, krzyków ani śmiechu. O oknach, za którymi nie paliłoby się już ani jedno światło. Pustce tak perfekcyjnej, że pod jej ciężarem zniknęłyby nawet myśli. Wizja świata pozbawionego wszystkiego, co żywe wydawała jej się dużo piękniejsza, niż przywitanie kolejnego, zwyczajnego dnia. Nie rozumiała, dlaczego ludzie tak cholernie bali się końca. Być może, bo wciąż mieli coś do stracenia. Sama niejednokrotnie powtarzała sobie, że ktoś, kto już dawno stracił wszystko i nie ma w życiu żadnego celu, jest cholernie niebezpieczny. Wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość, prędzej czy później zaczynało uwierać. Przywiązanie bolało, nadzieja rozczarowywała, a szczęście było tylko krótką przerwą pomiędzy jednym nieszczęściem a drugim. Nawet wspomnienia, choć początkowo wydawały się czymś przyjemnym, po czasie zamieniały się w ciężar, którego nie można było nigdzie odłożyć.
Więc co miało prawdziwą wartość? Czy życie było wartościowe? Czy śmierć była duża lepsza, bo zabierała ze sobą cierpienie i nienawiść? Zdaniem Isobel śmierć była fascynująca, bo potrafiła zakończyć czyjś świat, tak naprawdę wcale go nie kończąc. Bo przecież samochody wciąż jeździły. Miasto nagle nie stawało w żałobie, bo kogoś zabrakło. Fale wciąż rozbijały się o klify. Słońce wschodziło.
— Naprawdę nie lubię ludzi. Każdy z nas uważa, że jego sposób patrzenia jest tym właściwym. W sumie i tak nic nie rozumiemy, bo jesteśmy na to za głupi. Nie wiem, co ma znaczenie, prawdopodobnie nic. Bo nawet jeśli dla nas coś ma znaczenie, to dla świata i innych jest niczym, a to oznacza, że tak naprawdę nie ma znaczenia, tylko nam się wydaje, że jakieś ma — odpłynęła od tematu? Odrobinę. Zignorowała większość jego słów, by wyciągnąć wnioski, które nie były niczym odkrywczym. Po prostu była szczera.
— A skoro nic nie ma wartości ani znaczenia, to mam ochotę na drugiego szluga, szota wódki i może przelotny seks z zupełnie obcym typem — wzruszyła ramionami, zaciskając dłonie wsunięte wcześniej do kieszeni i uniosła ponownie wzrok na ciemnowłosego; wyczekująco, pytająco. Składała mu ofertę nie do odrzucenia, a tak jej się przynajmniej wydawało. Mijała jakiś obskurnie wyglądający budynek, który na zewnątrz przypominał mocną melinę. Pewnie tam chodzili nocami ludzie szukający wrażeń.

Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”