-
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Nieprawda? – powtórzył cicho, a w jego głosie nie było już złości, tylko dobijająca rezygnacja. – Więc powiedz mi, jak mam nazwać te wszystkie sytuacje? Te powroty nad ranem, kiedy szukałaś moich dłoni, bo świat wokół wirował zbyt mocno? Myślisz, że byłem tylko incydentem, gdy zabawa się kończyła? – zapytał, zniżając głos do szeptu. – To nie była zabawa, przynajmniej nie dla mnie. Każdy twój uśmiech, każdy gest... byłem tak głodny ciebie, że brałem wszystko bez pytania. - Jego spojrzenie zsunęło się na jej usta, a potem szybko wróciło do jej oczu, jakby chciał sprawdzić, czy ona w ogóle rozumie wagę swoich czynów. – Nie miej pretensji, że w końcu wpadłem. Miałaś być moją najlepszą przyjaciółką, a stałaś się kimś, kto najlepiej na świecie potrafi mnie niszczyć.
Noe nie cofnął się ani o milimetr. Pozwolił jej wejść w swoją przestrzeń, poczuł na skórze jej oddech, który parzył niemal tak samo, jak jej słowa. Gdy wspomniała o "tym jedynym", jego szczęka zacisnęła się mocno, i pobielały mu kłykcie na blacie, którego kurczowo się trzymał.
– Oszukuj się dalej, jeśli tak ci wygodniej – wycedził przez zęby, a jego wzrok, choć pełen furii, rzeczywiście nie potrafił przestać błądzić po jej twarzy, zatrzymując się na ustach. – Sześć lat temu brałem to, co dawałaś, bo myślałem, że to początek czegoś więcej. Byłem dzieciakiem, który wierzył, że jeśli będę wystarczająco blisko, w końcu mnie zobaczysz. Ale ty patrzyłaś przez moją osobę jak przez szybę, wypatrując jego.
Zamarł, gdy zaczęła wodzić palcem po jego szczęce. To, co dla niej było prostym gestem powrotu, dla niego było jak dotknięcie otwartej rany. Ona nie czuła bólu – ona czuła ulgę, adrenalinę, może wściekłość – ale on? On czuł każde uderzenie swojego serca, które od lat biło w rytmie oczekiwania na kogoś, kto nigdy nie zamierzał zostać. Jego oddech stał się ciężki, urywany. Patrzył na jej usta, potem na jej twarz, szukając w niej choćby śladu tego zniszczenia, które on nosił w sobie, ale ona była promienna, pełna życia, gotowa przejść do porządku dziennego nad ruiną, które zostawiła.
– Tak, jestem w tym samym miejscu – przyznał, a w jego głosie zabrzmiała teraz nuta spokoju. – Bo budowałem coś realnego, podczas gdy ty goniłaś za duchem faceta, który nawet nie potrafił cię zatrzymać.
Przymknął oczy, walcząc z ochotą, by ją odepchnąć i jednocześnie z obezwładniającą potrzebą, by schować twarz w jej zagłębieniu szyi i po prostu przestać walczyć. Gorycz w jego ustach miała smak popiołu, ale jej bliskość była jedynym tlenem, jaki miał pod ręką. Jego dłonie mimowolnie powędrowały w stronę talii Gabrieli. Nie przytulił jej – jeszcze nie – ale pozwolił, by jego palce zacisnęły się na materiale jej koszulki. Ta drobna kapitulacja kosztowała go więcej niż cokolwiek innego w ciągu ostatnich sześciu lat.
– Cześć – szepnął w końcu, a w tym jednym słowie zawarł cały swój ból, całą beznadziejną miłość i tę straszną, niszczącą radość, że ona naprawdę tu stoi. – Cześć, idiotko. Też tęskniłem i to cholernie mocno. Nie chcę, żebyś znikała. Już nigdy.
Kiedy się odepchnęła, poczuł nagły chłód, jakby wraz z nią uciekło całe powietrze z pokoju. Patrzył, jak się prostuje, gotowa znów zniknąć, znów uciec w swój świat krótkotrwałych relacji.
Gabriela R. Blais