35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ilu ludzi wymknęło się ich systemowi i do dziś chodziło na wolności?
Dziesiątki, setki, może pieprzone tysiące. Carbone unikał odpowiedzialności od wielu lat, żyjąc w cieniach, wciąż będąc z dala od krat, za którymi już dawno powinien wylądować. Nie była to ani nowa, ani szalona koncepcja - winny człowiek, który uniknął swojej kary.
Ale z jakiegoś powodu nie czuł, by taka przyszłość należała do niego.
Może to podszepty sumienia, wciąż obecnego, poharatanego i niemal nieobecnego na co dzień, lecz tkwiącego z tyłu głowy. Może odznaka, którą nosił codziennie, której blask padał na jego czyny tak, jak nie padał na czyny innych. Może o n a, jego słabość, punkt, w którym ludzie pokroju Sergio Carbone'a nie zawahają się uderzyć by wymusić na nim coś, co nawet dla niego było nieosiągalne.
Przeświadczenie o nadciągającym końcu towarzyszyło mu od samego początku. Może nawet od chwili, w której dwa lata temu wkroczył do zalanej łazienki i spojrzał na oblicze ukochanej osoby, na zawsze zamrożone w jednej chwili, na zawsze z pustym wzrokiem utkwionym w suficie. Odzywało się w chwilach, w których się wahał, w których uciekał - w których próbował trzymać z dala od siebie Margo, nie chcąc zabrać jej ze sobą do miejsca, do którego mimo wszystko dążył.
Robił wiele rzeczy by to odroczyć, ale wiedział, że konsekwencje na niego czekały. Nie wiedział kiedy uderzą, kiedy wreszcie dogoni go zakrwawione ciało porzucone na podłodze zamkniętego baru, ale w i e d z i a ł, że to go czeka.
Dlatego nie wierzył w jej słowa, nie w pełni. Zagłuszało je tykanie zegara zaszytego gdzieś w jego podświadomości, do którego nie miał dostępu i nie mógł roztrzaskać go na kawałki nawet, jeśli z całej siły pragnął to zrobić.
Pozostała mu tylko naiwność.
Skupiając się na niej, mógł ignorować tykanie wskazówek. Mógł uwierzyć w to, że znajdą sposób na wydostanie się z tego wszystkiego - pokręcony, szalony sposób, którego nigdy nie byłby w stanie wymyślić samemu. Przyszłość, zła lub dobra, traciła na znaczeniu gdy czuł jej usta przy swoich, jej ciężar na swoich udach, smukłą talię pod swoimi dłońmi. Gdy widział jej spojrzenie, pełne tej miękkości, która była zarezerwowana wyłącznie dla niego - gdy słyszał swoje imię wypowiadane jej głosem, imię, które w jej ustach nie miało tego ciężaru, co zwykle.
Odkąd wtargnęła do jego życia, zdefiniowała dla niego pojęcie miłości na nowo. Miłość przestała być wyłącznie potrzebą bliskości i troską o drugą osobę, stała się szaleństwem, w którym każdego dnia jego myśli skręcały w jej kierunku, jakby była pieprzonym biegunem, zawsze wskazywanym przez wewnętrzny kompas.
Z początku nawet nie odpowiedział.
Pochylił się, unosząc ją na swoich kolanach by złożyć na jej ustach pocałunek, w którym chowała się cała mieszanka tych wszystkich, sprzecznych emocji - miłości, o b s e s j i, tęsknoty i zakorzenionego gdzieś w głębi strachu.
Myśl, że miałby ją stracić, tchnęła w jego podświadomość nutę rozpaczy - choć przecież wciąż tutaj była. Jego ramiona owinęły się wokół kobiecej talii, przyciągnęły ją do siebie, aż zetknęła się z jego klatką piersiową i poczuł jej policzek przy swoim sercu.
- Może tak. Ale zrobimy to wspólnie - mruknął, podkreślając to drugie słowo. Pozwolił jej odsunąć się odrobinę, na tyle, by mógł na nią spojrzeć - i upewnić się, że ona patrzyła na niego. - Obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Co właściwie było głupotą?
Zrobiła ich w życiu wystarczająco dużo, by przestać wierzyć, że rozsądek kiedykolwiek miał nad nią realną władzę. Zakochała się w nim gwałtownie i bezwarunkowo, w sposób, który momentami odbierał jej zdolność logicznego myślenia. Wróciła do Toronto mimo rozsądku wrzeszczącego jej prosto do ucha, że powinna zostać jak najdalej od niego i od wszystkiego, co za sobą ciągnął. Siedziała teraz na jego kolanach z policzkiem opartym o jego klatkę piersiową, planując przyszłość, mimo że on zdawał się czekać wyłącznie na moment, w którym konsekwencje wreszcie go dopadną.
Może prawdziwą głupotą byłoby dopiero to, do czego była gotowa się posunąć. Myśl o rozplątaniu jego więzów z Ventrescą wracała do niej coraz częściej, uporczywie i niemal obsesyjnie. Nie w formie konkretnego planu, lecz cichego impulsu, który rodził się zawsze wtedy, gdy patrzyła na ciężar osiadający na jego barkach. Wiedziała, że gdyby tylko pojawiła się sposobność, sięgnęłaby po nią bez zawahania. Zrobiłaby wszystko, żeby uwolnić go od długu, choćby miała ubrudzić sobie ręce dokładnie tak samo, jak on ubrudził własne.
Dlatego nie odpowiedziała od razu. Milczała przez kilka długich sekund, wsłuchana w rytm jego serca, świadoma ile kosztowało go wypowiedzenie tej prośby na głos. Bał się o nią. Nie o siebie, nie o własny los, lecz właśnie o nią.
Skinęła w końcu głową powoli, bo rozumiała ten lęk aż za dobrze. Rozumiała go, bo nosiła w sobie dokładnie ten sam. Myśl, że mogłaby któregoś dnia obudzić się bez niego zostawiała pod jej skórą lodowaty ślad. Byli ze sobą spleceni; stanowili swoje odbicia, swoje słabości i swoje schronienia jednocześnie. Dlatego wiedziała, że dotrzymanie tej obietnicy może okazać się trudne, mimo to była gotowa spróbować dla niego, choćby miało kosztować ją to walkę z samą sobą.
- Obiecuję, że więcej się z nim nie spotkam sama - szepnęła cicho, leżąc na nim w ciszy, podczas gdy jego dłonie sunęły po jej talii i biodrach powoli, niemal bezwiednie, jakby sam dotyk miał upewnić go, że n a p r a w d ę tu była.
Za każdym razem, gdy przyciągał ją bliżej albo odsuwał odrobinę tylko po to, by spojrzeć jej w oczy, po jej ciele przebiegało znajome drżenie. Nigdy nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Nie miało znaczenia ile razy wcześniej ją całował - za każdym razem reagowała tak samo, z tym samym ściskiem ekscytacja w żołądku.
Oddając mu coś, potrzebowała czegoś także dla siebie. Potrzebowała tego jednego słowa, zapewnienia, które miało być kotwicą zdolną utrzymać ją w miejscu, gdy wszystko wokół wariowało. Musiała wiedzieć, że potrafił się z a t r z y m a ć, tak jak ona. - Przede wszystkim musisz przestać działać dla Carbone'a, bo wreszcie ktoś się połapie, Rhys - odezwała się w końcu, odsuwając odrobinę. Ujęła jego podbródek i zmusiła go tym spokojnym, stanowczym gestem, by patrzył wyłącznie na nią. - To pierwszy krok. Przestań, zanim to wyjdzie poza nas - w jej głosie odznaczała się przede wszystkim troska. Ventresca stanowiła zagrożenie, ale Sergio Carbone nie należał do ludzi, którzy niszczyli własne zabezpieczenia bez potrzeby. Rhys wiedział za dużo, zbyt głęboko tkwił w całym tym bagnie, by mężczyzna tak po prostu go poświęcił.
Problem polegał na tym, że każdy kolejny dzień zwiększał ryzyko, że ktoś inny zacznie zadawać pytania, a wtedy nie wyplączą się z tego o b o j e już nigdy.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej wahanie było odpowiedzią samą w sobie.
Znał Margo, znał jej temperament i tendencję do brania rzeczy we własne ręce, jeśli jej zdaniem mogła uczynić jakąś różnicę. Pod wieloma względami byli odbiciami tej samej osoby i jeśli jej zdanie względem dbania o jego bezpieczeństwo było takie samo, wiedział, że ta obietnica musiała ją wiele kosztować.
Mimo tego jej oczekiwał.
Nie był w stanie funkcjonować z myślą, że znów wepchnęłaby się prosto do gniazda żmii, a on dowiedziałby się o tym od pieprzonego Sergio Carbone'a. Udało mu się pojąć, że nie powinien trzymać jej od tego wszystkiego z dala, że dystans wcale jej nie chronił - co nie znaczyło, że zamierzał pozwolić jej wejść do tego świata i zrobić coś, czego mogłaby pożałować.
- Dobry start - mruknął niezadowolony, ale to zapewnienie było w stanie go uspokoić. Sama wciąż sugerowało, że mieliby spotykać się z nim we dwójkę, a to z kolei prowadziło do jej przebywania w tym samym pomieszczeniu co Carbone, ale na tę chwilę musiało mu to wystarczyć.
Wiedział, że nie dostanie nic więcej.
Jego dłonie, bezmyślnie, zawędrowały na kobiece biodra, palcami kreśląc niewidzialne wzory na jej skórze. Mógłby do tego przywyknąć. Do nocy, które wyglądały wyłącznie w ten sposób, zamkniętych w bańce planowania przyszłości niezależnie od tego, czy miała nadejść, czy nigdy nie mogła się ziścić. Normalność nie była czymś, do czego dążył w swojej codzienności, ale z Margo pragnął spróbować.
Wierzył, że z nią normalność byłaby daleka od nudnej rutyny.
Jak na razie żadne z nich nie było w stanie składać obietnic, których chciało od nich drugie.
- To nie jest takie proste - odparł, miękko, wyłącznie dlatego, że jego wzrok błądził po kobiecej twarzy, na swoim podbródku czuł jej palce. Skupiając się na niej, mógł mówić na temat Ventresci niemal bezosobowo, jakby to wszystko dotyczyło kogoś innego. - Gdy przestanę, Carbone sprawi, że ciało zabójcy Sophie pojawi się w mieście i upewni się, że zostanie powiązane ze mną.
Westchnął, sięgając ku niej dłonią by zgarnąć ciemne kosmyki włosów opadające na jej policzek, odsunąć je za jej ucho, odsłaniając ten jeden pieprzyk, który zwykle pozostawał niewidoczny dla świata, w tym dla niego.
- On się go pozbył - dodał, ostatni element układanki wpadający na swoje miejsce. - Dlatego dla niego pracuję.
Nie dla pieniędzy, nie ze zwykłego braku poszanowania do prawa, które miał reprezentować. Wszystko prowadziło do zamkniętego baru, ciała leżącego na ziemi i jego zakrwawionych rąk - rąk, ku którym wysunęła się dłoń biznesmena, oferująca pozbycie się tego problemu.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

On się go pozbył.


To wyznanie nie wywołało w niej szoku. Nie poderwała gwałtownie głowy, nie wstrzymała oddechu. Prawda układała się w jej głowie od dawna, powoli, kawałek po kawałku, aż wreszcie ostatni element wskoczył na swoje miejsce. Nigdy nie wierzyła, że Rhys działał dla pieniędzy albo adrenaliny. Nie był człowiekiem, który dla własnej korzyści dobrowolnie wszedłby w układ z mafią. Wiedziała o tym od początku nawet zanim poznała całą historię.
Drgnęła, czując dotyk jego dłoni na swojej twarzy i wtuliła policzek w jej wnętrze, przymykając oczy. Ciepło jego skóry uspokajało ją, porządkowało myśli, zwalniało ich pęd. Jego dotyk odsyłał ją do bezpiecznej przystani.
- Nienawidzę go - odezwała się cicho. - Za to, co ci zrobił. Za to, że wykorzystał cię dokładnie w chwili, w której twój ból pozwalał mu tobą sterować - jej palce zacisnęły się mocniej wokół jego nadgarstka. Myśl o nim tamtej nocy rozrywała jej serce na kawałki. Wyobrażała go sobie samotnego, pogrążonego w żałobie, odartego z wszystkiego, co dawało mu grunt pod nogami. Musiał być wtedy potwornie zagubiony. A mimo to każdego dnia później wracał do pracy, zakładał odznakę i stawał po jednej stronie barykady, jednocześnie żyjąc po tej drugiej. Nie miała pojęcia, ile kosztowało go dźwiganie tego ciężaru przez tyle czasu.
Uniosła się odrobinę, siadając wyprostowana na jego udach. Jej spojrzenie mimowolnie śledziło ruch palców sunących po jej biodrach, zaciskających się na materiale koszulki, przesuwających wyżej tylko po to, by zaraz wrócić na miejsce. Ten spokojny, instynktowny dotyk działał na nią niemal hipnotyzująco. Balansowali pomiędzy dwoma światami - jednym, w którym mogli leżeć tak godzinami, zaplątani w pościel i własne oddechy, oraz drugim, w którym czas przeciekał im przez palce i nieubłaganie prowadził ku katastrofie.
- A co ze sprawą Morettiego? Kiedy zamierzasz go wypuścić? - zapytała w końcu ciszej. - Przygotowałeś wszystko tak, żeby nikt nie mógł cię z tym połączyć? - dodała po chwili, zmuszając go spojrzeniem, by patrzył wyłącznie na nią.
To było n a j w a ż n i e j s z e. Dopóki nie znajdą rozwiązania, dopóki nie odkryją sposobu na wyrwanie ich z tego bagna, m u s i a ł a mieć pewność, że był ostrożny; że nie zostawił po sobie śladu.
Był w tym dobry, wiedziała o tym. Był cholernie dobry. Sama spędziła dziesiątki godzin pochylona nad aktami, z kubkiem zimnej kawy stojącym obok laptopa, z oczami piekącymi od niewyspania. Łączyła nazwiska, daty, miejsca i raporty, budowała siatki powiązań, wracała do starych spraw, których nikt wcześniej nie chciał ruszać. Szukała go tam uparcie, podświadomie wyczuwając jego obecność, ale nigdy nie znalazła niczego konkretnego. Ani jednego śladu prowadzącego prosto do niego.
Złapała nitkę, ale do kłębka musiał zaprowadzić ją sam.


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie patrzył na to w ten sposób.
Może dlatego, że dla siebie nie potrafiłby mieć tyle zrozumienia i współczucia co ona. Gdyby ich role były zamienione, z pewnością nienawidziłby Carbone'a z całego serca i patrzył na niego jak na kogoś, kto odnalazł Margo we wrażliwym momencie, który następnie wykorzystał.
Ale on sam go odnalazł.
I gdyby nie Carbone, wiedział, że w tamtym czasie był zawzięty na tyle, by znaleźć kogoś innego. Kogoś być może jeszcze gorszego, kto mógłby otworzyć mu drogę do zemsty sprawiedliwości. Carbone nie miał dla niego znaczenia, jak i cała Ventresca - byli wyłącznie narzędziem, którym się posłużył by osiągnąć własne cele.
Nie zamierzał jednak go bronić. Lewar, który miał nad nim mafiozo był już mocno nadwyrężony, wykorzystany tak wiele razy, że niemal stracił swoją moc. Madden sięgał po telefon prawie odruchowo, z przyzwyczajenia, ze swoistą apatią, dzięki której był w stanie funkcjonować. Odsunął się od tego emocjonalnie, znajdując w tym sposób na przetrwanie, balansując na granicy dwóch światów, których stał się częścią.
Z powodu własnych wyborów.
- Mam dwa tygodnie - odparł krótko, lakonicznie, choć jego usta rozchyliły się lekko na dźwięk jej drobiazgowych pytań. Pytań, które jeszcze miesiąc temu byłyby zadawane w zupełnie innych okolicznościach - z pewnością nie z jej nagą skórą pod jego dłońmi. - Sprawdzasz, czy potrafię wystarczająco zakryć swoje ślady?
Jego dłonie zatrzymały się w tym ciągłym ruchu, czystym przypadkiem znajdując cel swojej podróży w jej biodrach, na których zacisnęły się jego palce. Przyciągnął ją do siebie, z powrotem, po tym, gdy znów się uniosła i oddaliła celem zadania tych istotnych pytań. Jego twarz znów zanurzyła się w kaskadzie ciemnych włosów, nosem musnął skórę na jej szyi w znajomym geście, którego nigdy nie potrafił mieć d o ś ć.
- Może chciałabyś udzielić mi parę lekcji z robienia gorszących rzeczy, detektyw Mercer? - mruknął, wprost w jej skórę, na której złożył pocałunek. Jego usta powoli przesuwały się po kobiecej szyi, gdy jednocześnie jedna z dłoni wsunęła się w koszulkę, którą niepotrzebnie założyła na siebie z powrotem. - Nie chcę rozmawiać o Morettim - dodał, jakby nie wyczytała tego z jego gestów i tego, w jaki sposób dotarł już do jej obojczyka, muskając jego linię wargami.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od początku tej rozmowy. Nie przez wzmiankę o dwóch tygodniach, ta myśl nadal tkwiła gdzieś z tyłu głowy, niepokojąca i dusząca, przypominająca tykanie zegara ustawionego tuż obok nich. Nie miała pojęcia, ile byli w stanie zrobić przez ten czas i czy w ogóle zdołają cokolwiek zmienić.
Odsunęła to od siebie dla niego. Dzisiejszy wieczór kosztował go już wystarczająco wiele. Widziała to w jego spojrzeniu, w napięciu mięśni i tej niesubtelnej chęci zmiany tematu. Nie zamierzała dokładać mu kolejnych ciężarów, przynajmniej nie teraz.
Westchnęła cicho, przymykając oczy, gdy jego usta z n ó w odnalazły jej szyję. Wiedziała doskonale, czego szukał w tym dotyku - ukojenia, oddechu, chwili ciszy od własnych myśli. Normalnie pozwoliłaby mu na to bez walki, oddałaby mu się w całości, aż oboje przestaliby myśleć o wszystkim poza sobą. Tym razem jednak nie chciała, by uciekali.
Pocałowała go krótko, miękko, a później z wyraźnym wysiłkiem odsunęła jego dłonie od swoich bioder i zeszła z jego kolan. Sięgnęła po telefon leżący na szafce nocnej, po czym ułożyła się w poprzek łóżka, opierając głowę o jego klatkę piersiową. Słyszała pod policzkiem spokojniejsze bicie jego serca, czuła unoszenie się jego oddechu i ciepło skóry pod własną dłonią.
- Chciałeś przeczytać wiadomości, które do ciebie pisałam i nigdy nie wysłałam - powiedziała ciszej, unosząc wzrok ku jego twarzy. Przez moment zawahała się, przewijając ekran. W tych krótkich zdaniach zamknięty był cały miesiąc - tęsknota, gniew, bezsenne noce i ta rozpaczliwa potrzeba odezwania się do niego choćby na chwilę.
- Nienawidzę cię za to, że nadal pojawiasz się jako pierwsza myśl zaraz po przebudzeniu - przeczytała cicho, a kącik jej ust drgnął lekko. - To był chyba trzeci dzień - przesunęła palcem niżej.
- Właśnie zamówiłam jedzenie dla dwóch osób i zorientowałam się dopiero wtedy, gdy dostawca zapukał do drzwi. Gratuluję, zniszczyłeś mi wieczór nawet na odległość - wywróciła oczami, bo niemal czuła tamte emocje, które jednocześnie wydawały się bardzo przesadzone. - Jeśli umrzesz, kiedy mnie tu nie będzie, przysięgam, że cię zabiję - przeczytała następne, już ciszej, śmiejąc się pod nosem z własnej głupoty. - Tę napisałam, gdy dotarłam do informacji o strzelaninie w naszym rejonie i bałam się, że brałeś udział w akcji.
Na końcu zatrzymała się na chwilę dłużej. Jej spojrzenie zmiękło, gdy wpatrywała się w kilka krótkich słów zapisanych na ekranie. - Nie potrafię przestać cię kochać, nawet kiedy próbuję - odłożyła telefon na bok i wtuliła się mocniej w jego klatkę piersiową, przymykając oczy. - Tę akurat pisałam prawie codziennie - pocałowała skrawek jego skóry, czując niesamowitą wdzięczność za każdą chwilę razem, którą sobie podarowali.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był jakiś limit w zajmowaniu jego myśli przez Ventrescę i wszystkie związane z tym problemy. Po całym miesiącu, gdy naprzemiennie martwił się o Morettiego jak i o zaginioną Margo, która nie wracała do Toronto z jego powodu, czuł, że jego limit szybko zbliżał się do swojego końca.
W końcu jakoś mieli się z tego wyplątać, czyż nie?
Więc to jakoś mogło poczekać, może do jutra, może do jeszcze kolejnego dnia. Nie musiało odbierać mu pierwszego wieczoru, w którym wreszcie znalazła się w jego ramionach, a który zbyt szybko przekształcał się w noc, a noc - w dzień.
Jedna noc nie mogła wynagrodzić im miesiąca rozłąki, ale w tej ubieranej jak akcesorium naiwności planował spróbować.
Z jego gardła wydobył się pełen niezadowolenia pomruk gdy zatrzymała jego dłonie nim zabrnęły zbyt daleko i stanowczo odkleiła je od swojego ciała. Zmarszczył brwi, patrząc, jak niepotrzebnie podnosi się z jego kolan po to, by sięgnąć po telefon i ułożyć się w poprzek łóżka. Jego palce musnęły rozrzucone na nim włosy, bawiąc się skręconymi kosmykami.
I zatrzymały na jedno uderzenie serca, gdy dotarło do niego, po co potrzebny był jej telefon.
Skłamałby mówiąc, że wierzył w pełni w to, że zostawiła go by ułożyć sobie życie na nowo. Wierzył w to taki sam sposób, w jaki wierzył, że uda im się z tego wszystkiego wyplątać - decydując się na tę wiarę, bardziej niż czując to w głębi siebie. Wyobrażał sobie jej czas spędzany z dala od Toronto, osoby, które mogłaby poznać, powietrze, którym mogłaby odetchnąć pełną piersią wreszcie nie dzieląc go z nim. Dzięki temu było mu odrobinę łatwiej. To cierpienie miało jakiś sens, nie było bezsensowną torturą, która zabrałaby ich w to samo miejsce, w którym byli wcześniej.
Ale gdy jego serce każdego dnia biło z myślą o niej, gdzieś na jego dnie czuł, że to nie musi być prawda. Dostrzegał wątły blask łączącej ich nici nawet wtedy, gdy upierał się, że została zerwana. Odwracał od niej wzrok, nie chcąc, by jakakolwiek iskierka nadziei rozbłysła w miejscach, które zostały uśpione.
- Bardzo dramatycznie - odparł z początku, ze słabym uśmiechem na ustach byle tylko nie przyznać, jak szaleńczy rytm wybijało jego serce z każdym słowem. Mogła jedynie je wyczuć, pod swoim policzkiem, jak tłukło się w jego klatce piersiowej jakby i ono pragnęło wydostać się na zewnątrz by być bliżej niej. - Ja radziłem sobie świetnie.
Jego palce zsunęły się z jej włosów, musnęły skroń i policzek, kradnąc każdą chwilę bliskości, nieważne jak małej - teraz, gdy niebo po drugiej stronie okna powoli zaczynało robić się szare, grożąc nadejściem następnego dnia.
- Musiałem tylko unikać łóżka, bo poduszka wciąż miała na sobie twój zapach - dodał ciszej, błądząc wzrokiem po jej profilu. - I kuchni, bo zostawiłaś tam obiad sprzed paru dni. - palce otarły się o jej policzek. - I łazienki, bo miałaś tam te pieprzone kosmetyki za czterysta dolarów.
Westchnął, bo samo wspomnienie tamtego okresu sprawiało, że napięcie zakradało się w jego stronę, nawet teraz, nawet gdy już była obok.
- Powinniśmy stąd wyjechać gdy będzie po wszystkim - mruknął, jakby istniała wersja rzeczywistości, w którym po wszystkim kończy się ich ucieczką w stronę zachodzącego słońca. - Choćby na chwilę.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiałby postradać zmysły, żeby naprawdę uwierzyć, że potrafiłaby ułożyć sobie życie z dala od niego; że mogłaby wyjechać, przeciąć wszystko jednym ruchem i po prostu zacząć od nowa, jakby to, co wydarzyło się między nimi było jedynie krótkim epizodem.
Jak miałaby to zrobić? Usiąść w przypadkowej kawiarni, pośród obcych ludzi i ulic, spojrzeć na innego mężczyznę i dostrzec w nim cokolwiek wartego uwagi? Samą myśl odrzucała niemal instynktownie.
Od chwili, w której pojawił się w jej życiu wszystko inne wyblakło. Owszem, próbowała - z przekory, ze zwykłej złośliwości, poszła na kilka randek z Danielem Evansem, pozwalając mu wierzyć, że posiadał choć cień szansy. Nigdy jednak nie potrafiła spojrzeć na niego w ten sposób, podczas gdy jej myśli nieustannie wracały do Maddena. Nie wierzyła wcześniej w wielkie przeznaczenie ani romantyczne brednie o ludziach stworzonych dla siebie. Nie należała do kobiet wzruszających się przy ckliwych historiach i doszukujących znaków we wszystkim, co przynosił los.
A jednak kiedy ich drogi przecięły się po raz pierwszy, coś w niej zrozumiało to natychmiast. Wszystkie błędne decyzje, wszystkie wcześniejsze relacje, każde miejsce, do którego trafiała przez trzydzieści lat swojego życia, prowadziło właśnie tutaj - do jego ramion i spojrzenia, które zatrzymywało ją przy sobie.
Telefon odrzucony niedbale na bok zniknął gdzieś pomiędzy zmiętą pościelą, kiedy na jej ustach pojawił się powolny, złośliwy uśmiech wywołany jego słowami. Podniosła się bez pośpiechu, wracając na jego kolana; pochyliła się nad nim i pocałowała go mocno, głęboko, z czułością mieszającą się z szaleństwem. Jej dłonie przesunęły się po szerokich ramionach pokrytych tatuażami, zatrzymały na barkach, gdzie paznokcie lekko wbiły się w skórę, kiedy kolejny pocałunek odebrał jej oddech.
- Kosmetyki kosztowały więcej. Sam perfum był wart pieprzone czterysta dolarów. Wisisz mi kupę kasy - mruknęła między pocałunkami, muskając ustami jego brodę, linię szczęki i miejsce tuż pod uchem, zanim ramiona oplotły jego szyję.
Świt za oknem wydawał się jedynie irytującym przypomnieniem o świecie istniejącym poza nimi. Blade światło sączyło się przez zasłony, powoli odbierając nocy jej intymność, lecz ignorowała je z uporem. Liczył się wyłącznie ciężar jego dłoni na jej plecach, ciepło skóry pod opuszkami palców i ten szczególny s p o k ó j, który odnajdywała wyłącznie przy nim.
- Dokąd? - zapytała cicho, choć odpowiedź wcale nie miała znaczenia. Zabrałaby ze sobą jeden sweter albo dziesięć walizek. Mogłaby jechać z nim na drugi koniec świata albo zaszyć się kilka godzin od Toronto w drewnianym domku pośrodku niczego. Gdyby powiedział jej teraz, żeby wstali, ubrali się i wyjechali bez planu, zrobiłaby to bez chwili zawahania.
- Nie możemy urwać tych kilku dni już teraz? - westchnęła z udawaną niewinnością, przesuwając ustami niżej, po jego szyi, tam gdzie puls wyczuwalny był tuż pod skórą. Zatrzymała pocałunek przy obojczyku, leniwie sunąc dalej, drażniąc go oddechem i ciepłem warg. - Czy w tym miejscu będzie gorąco? - uniosła lekko głowę, spoglądając na niego spod rzęs z rozbawieniem błyszczącym w oczach. - Czy będziesz tam ciągle chodził bez koszulki? - mruknęła ciszej, nie ukrywając się ze swoją próżnością, w której widok jego nagiej skóry stał się tym najbardziej uwielbianym.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”