36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca ją rozluźniała. Wcale nie dlatego, że była jedną z osób, które miały absolutnego pierdolca na punkcie tego czym zajmowały się zawodowo, ale dlatego, że dawało jej to poczucie wolności i kontroli. Na te kilka chwil, nikt nie mógł jej dosięgnąć. Ani Xavier, ani rodzice, ani nawet Karrion - choć ciągle przyglądał się jej badawczo. Gołym okiem widać było, że jest to coś w czym czuje się dobrze i co przychodziło jej z łatwością, wręcz naturalnie.
Skinęła głową, gdy potwierdził, że finanse nie będą problemem.
Nie orżnę… — powiedziała, choć brzmiało to bardziej jak zwyczajne powtórzenie jego słów, niż jak potwierdzenie. Uniosła lekko brwi — Karrion, myślałam że to jasne, że nie wezmę od ciebie za to ani centa — odezwała się znów zaraz, by nie miał wątpliwości i posłała mu nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Uświadamiając go o ilości pieniędzy jakie miała pochłonąć rozbudowa, z pewnością nie miała na myśli swojego wynagrodzenia, a materiały, ekipę budowlaną i wszystko inne.
Koleżeńska przysługa — dodała jeszcze ze wzruszeniem ramion, nim zdążył cokolwiek powiedzieć — Ja pracuję nad projektem, a ty zabierasz mnie na wypad do Hiszpanii. Ty drapiesz moje plecy, a ja twoje… czy jak to tam się mówi — machnęła ręką, śmiejąc się krótko. Nie oferowała często podobnych specjalnych promocji dla znajomych, bo gdzieś z tyłu głowy słyszała krytyczny głos matki, że jeśli będzie w ten sposób prowadziła interesy, to bez wątpienia doprowadzi firmę do ruiny.
Tyle że teraz firmy nie miała. Za to miała zbyt dużo wolnego czasu.
Znakomicie, wszystko się przyda. Potrzebna będzie też zapewne ekspertyza techniczna samego budynku, ale o to będziemy się już martwić na miejscu — poinformowała, zapoznając się równocześnie z wytycznymi, które były częściowo dostępne na stronie tamtejszego urzędu.
Szkoda, bo to by znacznie ułatwiło sprawę — zauważyła, o czym pewnie i tak już wiedział — Ja chętnie z nimi powalczę, odświeżę sobie przy okazji hiszpański — zapewniła, by miał poczucie, że udając się z tym do niej, podjął najlepszą decyzję. Patrzyła mu w oczy już trochę śmielej i nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu na ten jego nietypowy komplement w jej stronę.
Zainteresowana tym jaką miał jeszcze prośbę, przechyliła pytająco głowę.
W porządku, to dobry pomysł — odpowiedziała, choć nie od razu, pozwalając mu wypowiedzieć się do końca. Znów ją rozbawił, jakby zupełnie zapomniała o tym jak jeszcze kilka chwil wcześniej reagowała na jego słowa. Jak tak dalej pójdzie, zapomni przy Stiflerze o całym świecie!
Żeby nie było - to tym chorizo mnie kupiłeś — przyznała żartobliwie, wtórując mu ponownie śmiechem. Tak naprawdę najbardziej przekonywał ją fakt, że mężczyzna obiecał nie wspominać już więcej o jej mężu. Dużo lepsze - i bezpieczniejsze - były rozmowy o ścianach nośnych. Ona też oczami wyobraźni widziała już tę scenerię. Wielkie dzięki, sztuczna inteligencjo - gdyby nie ty, to by nas tu nie było.
Zgadzam się z tym w pełni. Właściwie to myślę, że będzie wiele okazji ku temu, by wspólnie zjeść — przyznała i nie miała tu na myśli tego, że po obiedzie czy kolacji, mogą też razem zjeść śniadanie. Oczywiście, że nie.
Przez chwilę oboje milczeli. Jako że wstępnie mieli wszystko dogadane, schowała sprzęt do torby i odetchnęła głęboko, jakby właśnie podjęła jakąś ważną decyzję — Dobra, chyba nie ma się nad czym zastanawiać. Zarezerwuj dla nas te bilety.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion przez moment tylko patrzył na nią, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał ostatnie zdanie, a potem parsknął cichym śmiechem i pokręcił głową.
- No proszę. Czyli jednak udało mi się przeciągnąć cię na stronę chorizo - stwierdził z wyraźnym rozbawieniem. Nie ukrywał też, że odczuł ulgę. Nie tyle przez sam projekt, bo ten prędzej czy później i tak zostałby zrealizowany. Bardziej dlatego, że od początku spotkania miał wrażenie, że Louise co chwilę jest o krok od wycofania się za jakiś niewidzialny mur. Teraz natomiast wyglądała jak ktoś, kto wreszcie podjął decyzję samodzielnie.
- W takim razie uznajmy to za oficjalne. Załatwię wszystko jeszcze dziś. Pogoda w San Sebastian jest kapryśna ostatnio, ale na wszelki wypadek weź olejek do opalania - oznajmił, poruszając wymownie brwiami z rozbawieniem. Zaraz jednak trochę się wycofał, ponieważ kiedy tylko pomyślał o Louise w bikini, opalającej się nad basenem w jego rezydencji... zrobiło mu się goręcej.
Potrząsnął lekko głową i uśmiechnął się.
- Spać będziemy w rezydencji. Chyba, że wolisz hotel? - dopytał, a gdy Beckett pokiwała przecząco głową, Stifler uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiero po chwili dotarły do niego jej wcześniejsze słowa dotyczące wynagrodzenia i od razu zmarszczył lekko czoło.
- Nie będziesz pracowała za darmo - uniosł ostrzegawczo palec. - Nie po to przez dwadzieścia lat dawałem obijać sobie ryjec, żeby teraz wykorzystywać znajomych architektów - rzucił, jednak po jej spojrzeniu wiedział, że ten temat najpewniej wróci jeszcze później, ale na razie nie zamierzał się z nią o to wykłócać.
Po chwili również odsunął od siebie pustą filiżankę i oparł się wygodniej o krzesło. Przez krótką chwilę po prostu siedzieli w ciszy. Karrion spojrzał na nią i mimowolnie się uśmiechnął.
- Wiesz... cieszę się, że zadzwoniłem - powiedział to zwyczajnie bez jakiegoś podtekstu czy ukrytego pod płaszczykiem żartu flirtu. Przynajmniej z wierzchu. - Projekt projektem, ale dobrze było cię zobaczyć, Lou. Chyba nawet bardziej niż się spodziewałem - jego spojrzenie na moment złagodniało.
Przez lata myślał o Louise głównie jako o sympatycznej znajomej z dawnych czasów. O kimś, kogo zawsze lubił i szanował. I choć zawsze podobała mu się wizualnie, tak przez brak jakiegokolwiek zainteresowania z jej strony, nigdy nawet nie podjął prób zbliżenia się do niej. A przynajmniej w takim stopniu, który mógłby naruszyć ich koleżeńską relację. Dzisiejsze spotkanie przypomniało mu jednak, że było w niej coś więcej. Być może kiedyś tego tak nie dostrzegał, ale teraz widział to znacznie lepiej.
Wstał z krzesła, sięgając po kurtkę.
- Odezwę się wieczorem z dokumentami i szczegółami lotu - poinformował, jednocześnie ciesząc się w duchu z tego, że Louise mimo początkowych wątpliwości zgodziła się na wspólny wyjazd.
Odczekał aż brunetka się podniesie, a potem objął ją krótko na pożegnanie.
- I nie zmieniaj zdania - mruknął z rozbawieniem. - Bo już zdążyłem sobie wyobrazić, jak wspólnie próbujemy najlepszego, lokalnego chorizo - zachichotał cicho i ruszył w stronę wyjścia, ale jeszcze przy drzwiach odwrócił się przez ramię.
- Do zobaczenia, Lou - rzucił na odchodne i wyszedł zadowolony z kawiarni. Nie tylko z perspektywy biznesowej, ale również tej prywatnej. Nie sądził bowiem, że Beckett zrobi na nim takie wrażenie i że zapragnie spędzić z nią więcej czasu. W dodatku na wszystkim, tylko nie na pracy nad jego rezydencją.
Zapowiadał się znakomity tydzień, podczas którego wiele może się między nimi zadziać. Chorizo nie raz było świadkiem wielu różnych rzeczy.

koniec

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”