— Nie, tylko ty jesteś taki wrażliwy na krytykę i opinię innych — parsknęła. Caleb działał na nią niesamowicie irytująco, a mimo to nie mogła odjąć mu urody — może właśnie to drażniło ją jeszcze bardziej? W innym świecie mogłaby chcieć, aby ich relacja wyglądała inaczej, a tutaj po prostu nie była w stanie zapomnieć, że pod pięknymi, niebieskimi oczami i szelmowskim uśmiechem, kryła się zajadła żmija. Sama Brooks nie skakała z kwiatka na kwiatek, miała zbyt małe zaufanie do ludzi, aby z łatwością nawiązywać bliższe relacje, bo niestety, ale to wymagało u niej czasu; kilku spotkań, paru rozmów i poczucia, że mogła naprawdę komuś zaufać. Nie lubiła się przejeżdżać na swojej intuicji, a jednak mimo wszystko była osobą dość… ufną. Może tu był właśnie problem?
Uniosła lekko brwi, będąc gotowa dalej dyskutować. Buzia jej się nie zamykała i tak jak z każdym innym potrafiłaby dojść do kompromisu, tutaj po prostu nie umiała. Musiała mieć swoje słowo na to jego, aby nie upaść w tej wymianie zgryźliwości i uszczypliwości. A teraz usłyszała,
dobra, nie komentuj i to zakleiło jej usta. Fairchild nie chciał kontynuować tej kłótni? Spojrzała na niego zdziwiona, bo nie było to do niego podobne, więc ograniczyła się do parsknięcia pod nosem i wywróceniem oczami.
Nie lubiła wspomnień o przeszłości. Nie lubiła nawiązań do szkoły, bo większość jej spędziła wychowując się w domu dziecka, a późniejsze czasy licealne miała dość wyboiste — z otoczką zranienia i poczuciem, że nie należy jej się nic dobrego, skoro wtedy jej nowa rodzina nawet nie potrafiła spojrzeć wobec niej przychylniej.
— Oszczędź sobie komentarze na temat tego, jaka twoim zdaniem byłam — odpowiedziała chłodno. Sama nie miała raczej dobrych myśli i dobrych skojarzeń, jeśli chodziło o jego osobę. Może i w jego oczach ona chciała być najlepsza, ale w jej oczach on chciał być
najfajniejszy. Laluś, co popisywał się, byle zaimponować kolegom i żeby zyskać aprobatę innych. Cała jego postawa i sposób, w jaki się zachowywał, wręcz krzyczało przez niego. Jednak Hazel nie miała siły wdawać się w tę dyskusję. Nie miała ochoty po raz kolejny wspominać o nim, żeby jeszcze przypadkowo podnieść mu samoocenę.
— Dziękuję, będę sobie tak żyć. Tylko szkoda, że wpierdalasz się do mojego świata — mruknęła. Nie było tutaj dla niego miejsca; dla osoby, która tak strasznie ją irytowała i która co krok dawała jej nieznośny pstryczek w nos oraz odbierała pewność siebie. Takie osoby wyklucza się z życia. Zrywa się z nimi znajomość, a potem na ulicy udaje się, że się nie znacie. Jednak ta cholerna praca nie pozwalała jej zapomnieć o nim, bo co nie mogła odrzucić jego spraw tylko i wyłącznie dlatego, że prywatnie po prostu go
nie lubiła.
— Mam nadzieję, że przynajmniej się przyłożysz i sam ją narysujesz — wymamrotała, odwracając od niego spojrzenie.
Zagryzła policzek od środka, żeby nie parsknąć śmiechem na jego komentarz i późniejsze przekleństwo, gdy rzeczywiście go zabolało. Nie uwierzyłaby, gdyby nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia — to nie była pierwsza lepsza rana, przez którą mógłby zacisnąć zęby i udawać obojętnego. Nie ma pięciu lat, ale wiek nie gra roli jeśli chodzi o ból.
— Może i lepiej, że tak wyszło? Może dzięki temu sprawa skończy się lepiej? — zapytała. Przecież chciał, żeby ją zamknęli. Chciał, żeby poniosła konsekwencje swoich czynów, a teraz… teraz była okazja, aby dokończyć to, co miało skończyć się prawdopodobnie inaczej, ale nie mogło przez te brakujące badania.
— Czyli zabawa rusza od nowa — westchnęła, słysząc to
znowu.
— To musi być męczące — przyznała. Nie mogłaby ciągle siedzieć w jednej rzeczy, dłubać i szukać czegoś, aby wreszcie zakończyć tę sprawę na swoją korzyść. Chwilę milczała, bo gdy z jego rany przestała się sączyć krew, opatrzyła mu to odpowiednio, aby zakryć mu ją i zabezpieczyć. Wkurzył ją wcześniej, ale nie potrafiła być obojętna na krzywdę lub zostawić go krwawiącego na środku korytarza. Co by zrobił? Pojechałby na oddział ratunkowy, brudząc po drodze wszystko?
— Proszę — odpowiedziała i zaraz spojrzała na swoją dłoń, lekko kręcąc nadgarstkiem. Skrzywiła się nieznacznie, ale wzruszyła ramionami.
— Źle upadłam i trochę boli, ale zawinę sobie ją i posmaruję maścią — rzuciła, jakby to nie było nic znaczącego. W teorii nie była tego pewna, ale podejrzewała, że po prostu sobie ją obiła.
— Przepraszam, że przeze mnie dostałeś. Trzeba było się nie ruszać eh — westchnęła cicho, ściągając rękawiczki i wyrzucając je do kosza, żeby zaraz znaleźć maść i zacząć smarować sobie nadgarstek. Była przekonana, że nie pogorszyła sytuacji, ale też na pewno jej nie polepszyła. Może przynajmniej oni nie byliby poszkodowani, gdyby nie zaczęła gadać? Nie chciała przyznawać się na głos do swoich myśli, więc nie patrząc na niego, skupiła się na opatrywaniu swojej zranionej części ciała.
babyboy