Peach miała trochę rację, że w perspektywie tego wszystkiego co się tutaj działo, to może... ten hotel nie był wcale najdziwniejszy. Bo akurat to, że do niej mówili Baker też było dziwne, no i to wszystko co się stało z samolotem, a to że już zostali okrzyknięci jako ufo, to w ogóle.
Galen już więc tego nie komentował, tylko poszedł na kolację, która... też była dziwna. Zwłaszcza ten wieprz, Wyatt stał chwilę zaglądając w oczy tej strasznej pieczonej świni, ale potem coś tam zjadł, pokręcił się i wrócił na górę.
Noc... też była dziwna. Zwłaszcza ta akcja z oknem. Galen przez chwilę stał przyglądając mu się podejrzliwie, w nocy się otwierało na oścież, a teraz nie mógł go ruszyć. O co tutaj chodziło?
A potem jeszcze Peach w dresie, wiadomo, że luksusowym, ale oni w dresie to chodzili tylko na siłownię, albo czasem siedzieli w domu, ale to tylko czasami, jak Galen nie miał w międzyczasie jakiś spotkań, bo przecież nigdy by na takie nie wszedł w dresie.
Dlatego on w tej pięknej, białej koszuli i eleganckich spodniach w kancik siedzi na śniadaniu i popija kawkę, a zaraz nawet powiedział Peach jaka jest dobra. Lepsza niż ta w jego biurze, której Cindy zupełnie nie umiała zaparzyć. Niby Galen chciał sobie do tego zamówić kawałek ciasta wiśniowego, tak na słodkie rozpoczęcie dnia i dwa razy zaczepił kelnerkę, ale ta mu powiedziała tylko, że
zaraz podadzą śniadanie dla Pani Baker.
Znowu ta
Pani Baker.
Może Galen nawet by ją o to zapytał, ale już rozmawiali z Peach o Wenecji, więc zajął się swoją kawą i wielkimi, błyszczącymi oczami Peaches.
-
Wenecję za kilka lat zaleje to wiesz... - co prawda według naukowców to w jakimś 2100, ale Galen tak gadał, jakby musieli tam lecieć na przykład za tydzień.
Tylko wtedy podeszli do nich ci agenci specjalni, najpierw jeden, który im nakreślił sytuację, a potem drugi, więc już Galen opowiada Peach o tej wczorajszej też bardzo dziwnej kolacji. Oczywiście złapał Picz pokrzepiająco za rękę, kiedy ci funkcjonariusze tylko wspomnieli o morderstwie, bo to jest jednak straszne. A przynajmniej według Wyatta.
Agenci do nich wracają już we dwóch i znowu te pytania gdzie oni byli i co robili po dziesiątej w nocy, ale tym razem Peach odpowiada i zgadza się z Galenową wersją wydarzeń.
-
Późno tu przyjechaliśmy, musieliśmy odpocząć - Galen chciał to wszystko zgonić na zmęczenie, bo przecież byli wczoraj w zasadzie nieźle wymięci. Ale jeden z agentów patrzy na nich podejrzliwie i zaraz mówi, że ciekawe, że już o tej porze poszli spać. Galen już otworzył usta, miał coś powiedzieć, ale odezwała się Picz, a on ją tylko pogłaskał po ręce kciukiem. Wzruszył lekko ramionami, kiedy Peach powiedziała to, że się kochali, no bo przecież to normalne, że jak się jest na wakacjach w jakimś hotelu, to każda noc to jest jakiś gorący seks, a przynajmniej dla Galena normalne. A kiedy Picz mu zabrała rękę.
-
Chyba nie będą panowie tutaj mojej narzeczonej zadręczać takimi niezręcznymi pytaniami, przy śniadaniu? - oburzył się trochę Galen i jeszcze spojrzał w te wielkie, piękne oczy Peach, jakby jej dziękując, że się z nim zgodziła i on nie musiał się tłumaczyć, że był na tej dziwnej samotnej kolacji.
Detektywi spisali ich dane, ale nawet nie chcieli dokumentów, tylko zrobili to tak jakoś staromodnie, w notesach spisując ich nazwiska i to, że Galen jest biznesmenem. Peach nawet nie pytali o to czym się zajmuje, Galen nawet tak zerknął w te notesiki i wydawało mu się, że tam napisali znowu to
Pani Baker, ale nie chciał się wychylać.
Zresztą przyszedł kelner z zestawem śniadaniowym, a facet miał chyba ze sto lat, przynajmniej według Galena i najpewniej jakiegoś Parkinsona, bo tak mu się ręce trzęsły. Wyatt patrzył jak rozstawiał to jedzenie, zresztą co chwilę każdy zerkał w jego kierunku, Peach i ci agenci specjalni, którzy stali niewzruszenie przy ich stoliku.
-
Ym… Dziękujemy - podziękował kelnerowi Galen, a zaraz pochylił się nad
naleśniczkami z brzoskwiniami i im przyjrzał, wyglądały dziwnie...
Może nawet powiedziałby to Peach, bo jak Wyatt podniósł widelec i chciał wbić w tego naleśnika to okazało się, że on jest chyba z gumy, albo z plastiku?
Ale Picz zwróciła się wtedy do agentów i Galen też przeniósł na nich to niebieskie jak dwa oceany spojrzenie.
-
Ale my musimy zaraz wracać do Toronto, ja tam pracuję - miał niby wolny weekend, ale to tyle, dłużej nie mógł tu zostać, nawet nie chciał. A wiedział, że takie sprawy się ciągną i ciągną, jak ta jego z kontenerami, już pół roku i końca nie widać.
Agenci znowu dziwnie popatrzyli po sobie, ale nic mu nie odpowiedzieli, za to zaraz bez oporów zaczęli odpowiadać na to pytanie Peach, co się stało.
Galen złapał znowu Peach za rękę, przez głowę mu przeszło, że mogło to być samobójstwo, ale skoro interesowali się tym agenci specjalni, to może wcale nie? Może jednak ktoś był w to zamieszany, i zaraz Picz o to dopytywała, a Wyatt znowu spojrzał po mężczyznach. Czyli jednak m o r d e r s t w o.
Galen mocniej zacisnął smukłe palce na dłoni Peach. Bo gdzie oni wylądowali, na jakiejś wyspie, na której grasował morderca?
Dziwne to wszystko było.
Agenci się pożegnali i sobie poszli, a Galen znowu patrzy na Peach. I znowu wziął do ręki widelec i próbuje nabić ten
naleśniczek z brzoskwiniami.
-
Peach to jest chyba z plastiku... - odezwał się i potem maca kromkę chleba, ale ta już była normalna. Położył ją sobie na talerzu i zaraz się nad nią pochylił w kierunku Pepper -
mówiłem ci, że tu jest dziwnie - mówi jej konspiracyjnym szeptem, a jego niebieskie spojrzenie powiodło dookoła -
ci ludzie się na nas dziwnie gapią - rzeczywiście wszyscy zerkali w ich kierunku, no bo może się wyróżniali na tle społeczeństwa, jak jakieś gwiazdy filmowe, ale i tak Galen czuł się nieswojo. Pokręcił głową na pytanie Piczyz, bo nie widział nigdzie ani stewardessy, ani kapitana -
może jeszcze śpią, wiesz odsypiają ten stres - odezwał się ciszej i jak Peach smarowała kanapki masełkiem, to Galen zaczął skubać ten suchy chleb -
nie wiem, myślisz, że to bezpieczne? Skoro tu grasuje jakiś morderca? - odezwał się jeszcze, a potem miał Peach podziękować, że go kryła przed agentami, ale wyrósł obok niego ten dziwny karzeł.
-
Pssst psst, pssst pssst, Pan Wyatt telefon do Pan - Galen spojrzał na niego z góry.
-
Co? Ale skąd? - zapytał.
-
Z domu - odpowiedział mu niziołek, a Galen spojrzał na Peach wielkimi oczami, no bo kto do niego mógł tutaj dzwonić z domu? Z jakiego domu w ogóle?
Ale Galen wstał i zaraz poszedł za karzełkiem do telefonu, który znajdował się przy drewnianej ladzie, widział stąd Peach, więc znowu odwrócił się w jej kierunku i sięgnął po stary telefon z kręconym cyferblatem na kablu, podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha.
-
Ratuj Panią Baker! - krzyknął ktoś do słuchawki, a potem usłyszał chrzęst i jakiś pisk, który wdzierał się pod czaszkę, przerażający pisk i koniec połączenia.
-
Halo?... Halo? Kto tam jest? - próbował jeszcze Galen, odłożył i podniósł słuchawkę, ale cisza, jeszcze obejrzał telefon, jakby liczył, że tam znajdzie jakieś odpowiedzi, ale to był przecież jakiś prehistoryczny model.
Galen chciał wrócić do stolika, ale wyrósł przed nim ten wielki dryblas.
-
Paaan Wyaaat - odezwał się przeciągle, a Galen zadarł głowę do góry patrząc na niego -
powóz już czeka, zabierze was nad jezioro - powiedział powoli i ta cała rozmowa, dwa zdania zajęły im jakieś pół minuty. Straszne to było i dziwaczne zarazem.
-
Co? Ale my nie chcemy jechać nad jezioro - powiedział Galen. A wielkolud znowu otworzył usta.
-
Powóz... czeka... - powtórzył, a kiedy Galen spojrzał w kierunku stolika, to Peach już przy nim nie było...
Bo do niej w międzyczasie podszedł karzełek.
-
Psst psst Pani Baker, pssst psst, chodź, chodź, do karety - pociągnął ją za nogawkę dresów i zaprowadził w kierunku drzwi wejściowych.
Galen od razu wyrwał się do stolika i rozejrzał nerwowo za Piczyz, ale mignęła mu w drzwiach, jak przez nie przechodziła z karłem, więc on szybko ruszył w tamtym kierunku i wypadł z hotelu za nimi. Złapał Peach za łokieć i pociągnął ją do siebie.
-
Zostaw ją - odezwał się do karła, ale on już się kłaniał przed Picz.
-
Kareta dla Pani - pokazywał im jakiś stary, czerwony kabriolet. Galen nie był przekonany...
Niebieskie spojrzenie zawiesił znowu na Peach.
Peach 𐙚 ˚
₊˚⊹ ᡣ𐭩