Najgorsze nie było to, że Wendy mogłaby podłapać temat Magnetycznej Wendy, superbohaterki o brokatowym kostiumie, którego blask zajebistości przyćmiewałby wszystko innego, której sama idea postaci wywoływałaby uśmiech na twarzach dzieci i z miejsca gromiła wszystkich super-villain w okolicy. Nie. Najgorsze było to, że Francis to sobie wszystko wyobraził. Zwizualizował. Jego mózg, jakby spragniony słodyczy, postanowił sprezentować mu po traumach z Lorenzo zupełnie nową traumę, ale taką po drugiej stronie traumatyczności. Wendy w pięknym stroju, szczerząca się równie pięknym uśmiechem do gromadki dzieci niczym Matka Zbawicielka — Magnetyczna Zbawicielka powinno było być jej pełnoprawnym, pełnym aliasem w tej historii — i topiąca lód z serc niewiernych całym swoim ciepłym jestestwem. Krusząca mury zagłady dziecięcych uśmiechów, pokonująca jednym spojrzeniem każdego rzezimieszka, wyciągająca swoje ramiona po kolejną ptaszynę, gotowa przyjąć pod swoje skrzydła dobroci i miłości. Miłosierna Magnetyczna Zbawicielka. Trochę fajtłapowata, trochę pechowa. Trochę — BARDZO — chaotyczna. Ale taki jej urok. Taki jej Maybelline. Wszyscy bohaterowie byli w końcu chaotyczni. Kto nie widział The Boys, powinien był nadrobić.
No więc najgorsze było to, że Gardner to sobie wyobraził i aż się skrzywił, tylko troszeczkę. Obraz to jedno, ale fanfary, jakie rozbłysły mu w głowie, wychwalając Wspaniałomyślną Miłosierną Magnetyczną Zbawicielkę były ciosem poniżej serca.
Całe szczęście, Lorenzo był znacznie większą i znacznie bardziej dotkliwą tarumą.
—
Jasne. Napiszę. Jutro — skłamał szybko odnośnie wątku Gigi i pisania do niej, bo ani mu się kurna widziało pisanie do już byłej brata. Może dla Wendy to nie był problem, ale tu właśnie leżało clue i sedno innego problemu — co innego, jeśli napisałaby do Gigi siostra Persjego, a co innego jego brat. Jeszcze by jego sąsiadki potem plotkowały, że zabiera się za babę brata, brutus jebany i musiałby się z nimi użerać, a przecież on ledwo dawał sobie radę z użeraniem się z pojedynczymi babami w pracy. Na szczęście temat został — miał nadzieję, że definitywnie — zakończony i pozostało przeżyć szpital.
No właśnie. Szpital.
To było takie miejsce, które według definicji powinno przynosić ulgę, a zamiast tego stawało się jedynie poczekalnią dla cudzego cierpienia i zepsucia. Te korytarze zawsze śmierdziały tak samo — dusząca mieszanka taniego płynu do dezynfekcji, sterylnej czystości, leków, zwietrzałej kawy z automatu i tej subtelnej nutki chloru wsiąkniętego w porowate linoleum, który kręcił po nosie i sprawiał, że niezależnie od miejsca na ziemi, każdy szpital capił w ten sam sposób. Gardnerowi ten zapach nie kojarzył się teraz ze strachem, walką o życie, bólem.
Pachniał mu rozczarowaniem. Powrotem do toksycznego bagna, z którego i on, i Wendy, i Percy, i reszta wyrwali się z tak ogromnym trudem, płacąc za to rachunek, którego odsetki i tak się naliczały i właśnie mieli się z nimi zmierzyć. Pachniał tandentym, żałosnym dramatyzmem i latami manipulacji, które wżarły się w ściany jego nowego — pokrzywionego — życia głębiej, niż jakikolwiek grzyb w ich rodzinnym domu.
Nienawidził tego zapachu niemal tak bardzo, jak nienawidził powodu, dla którego w ogóle musiał go teraz wdychać.
Na wyznanie Wendy o tym, że chce mieć to jak najszybciej z głowy, jedynie kiwnął głową w akcie brutalnej nici solidarności. Było ich dwoje. On też tego, oczywiście, chciał. Chciał wrócić do swojego sernika, do cynamonek, do obrzydliwie słodkiej kawy, do brutalnych spraw i obijania mordy jakiemuś kretynowi w ciemnej zaułce, chciał wrócić do luksusowego apartamentu Persjego, do jego psa, a przede wszystkim do miejsca, które było jak najdalej od ich matki. Wolałby nawet spędzić resztę popołudnia na użeraniu się z osiedlowym monitoringiem u Gigi, do której mógłby potencjalnie napisać albo nawet z Lorenzo, niż zrobić kolejny krok w stronę sali, za drzwiami której była kobieta odpowiedzialna za ich zrujnowane dzieciństwo.
Pokażmy jej, jakie wspaniałe nieudaczniki urodziła.
Kącik ust Gardnera drgnął w gorzkim, pozbawionym jakiegokolwiek humoru uśmiechu, parodię radości na dźwięk tego epitafium ich najmłodszych lat. Miał właśnie odpowiedzieć coś równie cynicznego, miał wejść w ten jej wendyowski wir chaosu, kiedy otworzyła drzwi, a rzeczywistość postanowiła wymierzyć jej za to policzek w najmniej oczekiwany sposób. Latającą poduszką. To było jakieś kuriozum, naprawdę. Znajoma patologia, choć normalnie przedmiot rzucony w ich stronę byłby cięższy, ostrzejszy, mniej miły. Niemniej, nie wątpił, że impet i tak w pewien sposób zabolał. Być może bardziej, niż intencja za rzutem. Być może mniej.
—
Co jest, kurwa — rzucił dokładnie w tym samym momencie, co Wendy, na sekundę zamierając w progu za nią, mrużąc oczy na ten atak bawełnianym pociskiem. Czas na ułamek sekundy zwolnił, pozwalając mu przetrawić absurd tej sceny. To nie był oddział kardiologiczny, to był, kurwa, podrzędny cyrk i jedna z małp wybiegła z klatki; albo teatr dla biednych, w którym główną rolę odgrywała ta sama, niezmiennie żałosna, zapijaczona aktorka. Kiedy sekunda minęła, Gardner poczuł, jak każdy pojedynczy mięsień w jego ciele nagle tężeje i przez jeden, mikroskopijny ułamek sekundy miał ochotę po prostu odwrócić się na pięcie, łapiąc Wendy pod ramię i wyciągnąć ją na korytarz, a potem zaciągnąć z powrotem do windy i zjechać z powrotem do metalowych — choć czułych — objęć Jeepa, w którym czekały serniki. Jak dla niego, to ten szpital mógł tu właśnie spłonąć razem z jego awanturującą się rodzicielką, której widok budził w nim najczystszy, pierwotny wstręt — taki, którego nie czuł oglądając rozkładające się zwłoki czy zdemoralizowanych morderców. Instynkt wziął jednak górę nad ucieczką i Francis przesunął się do przodu, własnym cielskiem odgradzając Wendy od szpitalnego łóżka — i siłą rzeczy tego
kto co na nim było — niczym ludzka tarcza, która teraz walczyła z własnym wkurwem i omiotała pomieszczenie raczej zmęczonym spojrzeniem.
Potem spojrzał na matkę. Na tę wyniszczona latami chlania i ciskania jadem twarz, w której próżno było szukać jakiegokolwiek matczynego ciepła, za to można było dojrzeć powłokę wraku alkoholiczki naznaczoną pękającymi naczynkami, obrzękiem i poczuciem krzywdy, które zawsze wysysała z innych, by karmić swoje własne ego. Desperacja matki była obrzydliwa. Jej manipulacje — jeszcze gorsze. Bo przecież nagle, jak na komendę reżysera w tanim spektaklu, matka zrzuciła maskę agresywnej furii i przybrała wyraz uciemiężonej, kruchej kobiecinki. Klasyka. Typowa dla niej klasyka. 10/10 pani Gardner. Zdarty, przepisy głos podsycony wyuczoną przez lata histerią kiedyś na niego działał, kiedyś wywoływał współczucie — teraz jedynie niechęć. Słuchał, jak matka w ułamku sekundy staje się prawdziwą gwiazdą teatru, patrzył, jak pięknie zmienia maski, bo przecież rolę ofiary losu miała opanowaną do perfekcji. Zła pielęgniarka, oczywiście. Nieludzkie warunki, wiadomo. Pigułki, przez które serce chce wyskoczyć, standard. Zawał, och nie. Zawsze ta sama pieśń, ten sam powtarzany do wyrzygania skrypt ofiary. To świat był zły, wszystko było okrutnym spiskiem uknutym przeciwko niej, a ona przecież chciała tylko szklanki ciepłej wody.
Samotność.
Mam dzieci...
Mięśnie szczęki Gardnera zacisnęły się do granic wytrzymałości kości, a jego żołądek zaczął podchodzić do gardła — tym razem z zupełnie innego powodu, niż żenujące podrywy Lorenzo.
Syna policjanta mam. Zrób coś, Frank.
Czyli nagle był policjantem. Nagle, w magiczny sposób, miał władzę, odznakę i pozycję, która mogła jej się do czegoś przydać. Nagle, kiedy była w potrzasku własnego, żałosnego życia, krew i pokrewieństwo nabierały dla niej znaczenia. Nagle nie był niewdzięcznym śmieciem, którego przeklinała tydzień temu i wyzywała od zakały rodziny, tylko opoką, za którą mogła się schronić przed konsekwencjami własnego pijaństwa. Ukochanym synkiem z koneksjami.
—
Proszę się nie przejmować — mruknął w kierunku pielęgniarki, zerkając na nią, nim ponownie spojrzał na kobietę, która sama sobie zgotowała ten los litrami wódy, dekadami zaniedbań, uporem wyniszczania własnego organizmu i życia każdego, kto miał nieszczęście znaleźć się blisko niej. Zrobił kolejny krok do przodu, już kompletnie zakrywając Wendy swoimi gabarytami, będąc jej żywym buforem dla tego toksycznego promieniowania. Wiele rzeczy w życiu spierdolił i na wiele rzeczy pozwalał, ale nie zamierzał stać i patrzeć, jak ta kobieta znów wciąga Wendy w swój emocjonalny rynsztok. Syna policjanta rzeczywiście miała, ale on też nie był od wyciągania jej z gówna, w które wdepnęła. Nie był jej darmową taksówką, nie był hotelem, nie był moralizatorem, nie był też siłą gniewu gotową wymierzyć sprawiedliwość w jej imieniu. Gardner schylił się i podniósł z podłogi rzuconą poduszkę. Zrobił z nią parę kroków i zatrzymał się przy barierce łóżka, patrząc na matkę z góry. Był miękkim chujem. Powinien był jej nagadać. Odwinąć tak, że by się następnym razem zastanowiła. Nie-kurwa-umiał. Na wewnętrznym wkurwie kończyła się jego wybuchowość, a mechanizm obronny świetnie działał, wznosząc mury i chłód. —
Pielęgniarki wykonują swoją pracę, mamo. Nie sprawiaj im kłopotu, co?
Wątpił, by miała posłuchać. Odłożył poduszkę na kolana matki, poprawił kołdrę przy jej bokach, a potem pogłaskał szorstkie włosy.
Miękka faja.
—
I słuchaj lekarzy. A ja zobaczę, co da się zrobić z wypisem. — Kłamał. Jeśli mieli załatwić to szybciej, to musiał kłamać. Musiał ją uspokoić, zapewnić,
zmanipulować. Tak, jak ona robiła to z nimi. Nauczyciela miał przecież najlepszego. Uścisnął delikatnie ramię matki, gładząc je na koniec i odsunął się. Nie dał Wendy czasu z matką. Nie zamierzał jej go dawać. Zanim jednak wyciągnął siostrę z pokoju, zatrzymał się przy pielęgniarce i nachylił do niej. —
Zwiększcie jej dawkę diazepamu, bo standardowa na nią nie działa od sześciu lat. A jakby znowu się rzucała, od razu walcie potrójną lorazepamu.
Powinni byli ubezwłasnowolnić matkę i przenieść na odwyk na oddział zamknięty. Gardner złapał się na tym, że w sumie był to idealny pomysł na temat na kolejny rodzinny obiadek u Persjego. Wyśmienity, nawet. Obecność Wendziszcza ewidentnie aktywowała w nim jakieś pokłady świetnych pomysłów. Momentalnie wrócił do niej, delikatnie obracając ją plecami do siebie, a przodem do wyjścia, w którego stronę ją popchnął i nie czekał aż matka wzniesie larum, aż rzuci w nich czymś jeszcze, czy uderzy w lament czy czystą furię; po prostu wyszedł z pomieszczenia razem z Wendy.
—
Voila. Żyje. Będzie, niestety, jeszcze żyła. My też. Jebał ją pies — mruknął, kierując Magnetyczną Bohaterkę przez korytarz do wind, bo jedyną rzeczą, jaką miał stąd zamiar wyciągnąć był on sam i ten kolorowy chaos przed nim, i zamierzał zrobić to w rekordowym czasie. Wyjazd do Włoch nie był już luźnym pomysłem, co absolutną, pieprzoną koniecznością. Należał im się. Jak psu buda. Ale właśnie. Propo psa. —
Chodź, młoda, nażremy się sernika i podjedziemy odwiedzić naszego nowego kudłacza.


