Było wiele rzeczy, w których Monroe był d o b r y.
Samochody nie były jego pasją, ale przez pewien krótki czas stanowiły dla niego źródło dorobku. Chcąc, nie chcąc, nauczył się spoglądania pod maskę i dostrzegania tam czegoś więcej niż splątanego żelastwa, które trzeba było powierzyć komuś innemu.
Nie urodził się z drygiem do zarządzania własnym biznesem, ale nauczył się dobierać ludzi, którym warto było zaufać - a z nimi, pojął, co należało zlecać komuś innemu a co wymagało jego własnej ingerencji. Zasięgi Rapture rosły z roku na rok nie dlatego, że był wybitnym znawcą własnej branży ale dlatego, że nie brakowało mu determinacji i swojego rodzaju bezwzględności w osiąganiu wyznaczonych celów.
Nie był jednak tylko osobą posiadającą
jakieś umiejętności i zarządzającą
czymś w formie legalnego dorobku.
Pośród tych wszystkich, materialnych wyznaczników posiadanych przez niego umiejętności tkwiło schowane pod spodem wychowanie, czy też jego b r a k.
W świecie, w którym obracał się od małego wiedział, których ludzi należało nacisnąć, p o t r a f i ł to zrobić. Potrafił przyprzeć ich do muru, potrafił wyprowadzić cios, potrafił pozwolić, by wściekłość wzięła jego ciało w swoje władanie i atakować z zajadłością, która sama w sobie była całkowitą przewagą. Potrafił podnieść się, gdy w ustach czuł metaliczny posmak krwi i przeć naprzód nawet wtedy, gdy świat przekształcał się w krainę świateł i rozmytych kształtów.
Urodził się w świecie przemocy i gwałtowności, to jedno znał, w funkcjonowaniu w nim był d o b r y.
Tego, czego wymagała od niego Haze,
nie potrafił.
Nie wymagała tego od niego bezpośrednio - w chwili, w której dostrzegł jej nieobecne spojrzenie i przyśpieszony oddech dotarło do niego, że była w małym stopniu zaangażowana w jego obecność w samochodzie. Ale dostrzeżenie jej w tym stanie, dziwnym, o b c y m stanie, w którym każdy błysk pioruna nie tylko odbijał się w jej oczach, ale i zostawiał piętno na jej ciele, chwyciło jego własne trzewia i zacisnęło na nich swoje pazury. W jednym uderzeniu serca każdy priorytet w jego głowie przekształcił się, niczego na tym świecie nie pragnąc tak mocno jak tego, by na niego s p o j r z a ł a.
Opieka, czułość, troska, żadnej z tych cech nie mógł sobie przypisać, żadnej z tych umiejętności nie posiadł. Wydawały mu się nienaturalne, nie posiadał wzorca w swoim życiu, który mógłby wpoić mu je za młodu. Spoglądając na ogarniętą panikę kobietę, czuł irracjonalną wściekłość na każdy grzmot, każdy błysk, każdy przejaw istnienia nawałnicy, która wdzierała się do samochodu - jakby łatwiej było mu zawładnąć pogodą niż wpaść na to, co powinien w tej sytuacji zrobić.
Delikatne muśnięcie jej palców byłoby niewielkim przejawem jakiejkolwiek
tolerancji na jego obecność w przypadku kogoś innego. W jej przypadku nie wiedział nic. Haze była pieprzoną zagadką, była sprzeczna w wysyłanych komunikatach, rozmawiała językiem, którego nie rozumiał - a którego pragnął się nauczyć, choć przecież nieszczególnie go do tego zachęcała.
-
Jestem tu - ciche słowa wyrwały się z jego ust w jakiejś desperackiej próbie utwierdzenia jej w tym, co przecież widziała, czego była świadoma. Co innego mógłby powiedzieć? Że samochód jest uziemiony? Że nawet, jeśli rozlegnie się wokół huk porównywalny do ziemskiej skorupy rozstępującej się pod ich nogami, tak naprawdę nic im się f i z y c z n i e nie stanie? Że burza niedługo przejdzie? Że to
nic takiego?
Jego ręka przesunęła się po wilgotnej od deszczu tapicerce, odnalazła zimną, kobiecą dłoń i wsunęła pod nią, delikatnie splatając z nią swoje palce. Przy nim wydawała się filigranowa, na granicy zniszczenia, a on nie wiedział, w jaki sposób jego obecność, a tym bardziej jego dotyk miałby coś w tej kwestii zmienić - wręcz przeciwnie, mógł być tym jednym bodźcem za dużo, kolejnym powodem, dla którego powietrze ugrzęzłoby w jej płucach.
Chciał, by o d d y c h a ł a. Nie rozumiał, dlaczego tego nie robiła. Jakaś jego cząstka pragnęła chwycić ją za ramiona i potrząsnąć, stać się w i ę k s z y m zagrożeniem, przy którym burza zbledłaby do rozmiarów zwykłej niedogodności. Inna chciała odgarnąć mokre włosy z jej twarzy, owinąć swoje ramię wokół niej na wzór schronu, którego potrzebowała.
Żadna nie ośmieliła się ruszyć.
-
Wiesz dużo o samochodach - powiedział wreszcie, nieświadom tego, że wraz z jego dłonią, całe jego ciało przesunęło się nieco w jej stronę, wkraczając na neutralny grunt środkowego siedzenia. -
Większość osób specjalizuje się w ignorowaniu lampek ostrzegawczych - dodał, z cieniem uśmiechu wpełzającym na jego twarz. -
Ojciec cię tego nauczył?
just breathe