Przez kilka dłuższych sekund nie potrafił znaleźć odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby co najmniej trochę głupio. Wpatrywał się w ekran tabletu, potem w Bruna, potem znowu w ekran. W pewnym momencie nawet przekrzywił głowę, jakby zmiana kąta patrzenia mogła naprawić problem z dokumentacją. Nie naprawiła. Tapir nadal stał spokojnie na swoim wybiegu, a w systemie nadal nie istniał. —
No... tak. — odezwał się w końcu, przeciągając słowo z miną człowieka, który właśnie przypomniał sobie coś niezbyt wygodnego. —
Właściwie to nie ma Bruna. — zrobił krótką pauzę i zaraz dodał, jakby uznał, że potrzebne jest wyjaśnienie, zanim Aurora zacznie podejrzewać u niego poważniejsze problemy: —
W systemie. Nie tutaj. Tutaj jest. — wskazał głową w stronę tapira. Brzmiało to absurdalnie, ale dla niego było całkiem logiczne.
Chyba nie powinienem teraz tłumaczyć, że zwierzę jest tutaj, więc istnieje. To raczej oczywiste. Odetchnął i potarł dłonią kark. —
Bruno to moje imię. Znaczy... jego. Wymyśliłem mu je. — skrzywił się lekko. —
Jemu. Nie sobie. — zorientował się, że zaczyna brzmieć jeszcze gorzej, więc machnął ręką, odpuszczając sobie dalsze tłumaczenie. —
Po prostu kiedyś zacząłem tak na niego mówić. Potem inni opiekunowie też. I jakoś zostało. — wzruszył ramionami. —
Teraz chyba większość ludzi tutaj mówi na niego Bruno. — to była jedna z tych rzeczy, które wydarzyły się zupełnie samoistnie. Paddy nigdy nie usiadł z nikim przy stole i nie ogłosił, że od dzisiaj tapir otrzymuje nowe imię. Nie było żadnego głosowania ani uroczystego przekazania dokumentów. Pewnego dnia powiedział „Bruno”, ktoś inny powtórzył „Bruno”, potem kolejny pracownik i następny. Po paru miesiącach nazwa tak mocno przykleiła się do zwierzęcia, że prawie nikt już nie używał oficjalnego oznaczenia w zwykłej rozmowie. Dla Paddiego było to równie naturalne jak imiona jego własnych roślin stojących w mieszkaniu. Człowiek przyzwyczajał się do pewnych rzeczy i później nawet nie pamiętał, kiedy właściwie się zaczęły.
—
Tak że jeśli go nie ma po imieniu, to trzeba szukać po numerze albo oficjalnym oznaczeniu. — dodał, zerkając ponownie na tablet. —
Tego nie pamiętam tak dobrze. Bruno jest prostszy. — na chwilę zapadła cisza. Paddy przesunął wzrok na tapira i jego twarz niemal od razu spoważniała. Cała ta drobna komedia z dokumentacją przestała mieć znaczenie w chwili, gdy Bruno ruszył przed siebie. Bear obserwował jego ruch z uwagą, która pojawiała się u niego zawsze, kiedy chodziło o zwierzęta. Nie potrzebował wiele. Kilka kroków wystarczyło. Tapir szedł spokojnie, bez gwałtowności, ale kiedy przeniósł ciężar ciała na tylną część, lewa tylna noga na moment została odciążona. Prawie nic. Ułamek sekundy. Dla przypadkowego obserwatora pewnie niezauważalne. Paddy jednak od razu to wychwycił. —
Widzisz? — powiedział ciszej. Nie czekał nawet na odpowiedź. —
Znowu.
Przesunął się bliżej ogrodzenia, ale tym razem nie zrobił kolejnego kroku. Pamiętał, co Aurora powiedziała mu wcześniej. Co prawda nie miał pewności, czy powinien być z tego dumny, ale najwyraźniej zaczynał się uczyć. Pytać przed działaniem. Dziwne uczucie. Jeszcze godzinę temu pewnie już byłby przy Brunie, próbując zorientować się, co się dzieje. Teraz stał i czekał.
No dobrze. Skoro pani kierownik chce mieć kontrolę, może sobie mieć. Byle tylko Bruno na tym nie ucierpiał. Spojrzał na tapira jeszcze raz. —
To nie jest cały czas. — wyjaśnił. —
Właśnie dlatego może być trudno to zauważyć. Przy normalnym chodzeniu wygląda prawie dobrze. Dopiero jak idzie trochę szybciej albo mocniej przenosi ciężar, robi ten ruch. — Paddy przesunął dłonią po ogrodzeniu, jakby bezwiednie sprawdzał jego fakturę. —
Rano zobaczyłem to pierwszy raz. Później znowu. I jeszcze raz, kiedy przeszedł z tamtej strony wybiegu. — wskazał brodą dalszą część terenu. —
Na początku pomyślałem, że może źle stanął. Zdarza się. Ale potem zacząłem go obserwować i powtarzało się częściej. Zamilkł na moment. W jego głowie odtwarzały się kolejne drobne sceny z całego poranka. Nie potrzebował żadnego raportu, żeby je sobie przypomnieć. Pamiętał, gdzie Bruno stał, jak się obrócił, jak przeszedł kilka metrów i kiedy pierwszy raz zauważył coś niepokojącego. To były rzeczy, które dla innych mogłyby zniknąć w zwyczajności dnia. Dla Paddiego składały się w jeden obraz. —
Nie chcę od razu zakładać, że coś poważnego mu jest. — powiedział po chwili. —
Może coś sobie zrobił. Może źle stanął. Może coś go uwiera. Ale jeżeli zachowuje się inaczej niż zwykle, wolę sprawdzić. Tym razem nie było w jego głosie ani cienia żartu.
Podszedł do furtki. Zatrzymał się przy niej i przez chwilę spojrzał na Aurorę. Dostał pozwolenie. Wszedł więc na wybieg. Ostrożnie zamknął za sobą furtkę i od razu sprawdził ją ręką, bardziej z zawodowego odruchu niż z rzeczywistej potrzeby. Dopiero wtedy ruszył. Nie prosto na Bruna. Lekko bokiem, spokojnie, zostawiając mu przestrzeń. Nie chciał, żeby zwierzę poczuło się osaczone. Tapir uniósł łeb i spojrzał w jego stronę. Paddy zatrzymał się. —
Cześć, stary. — powiedział cicho. —
Coś ty dzisiaj taki dziwny? Bruno nie odpowiedział, rzecz jasna. Paddy nie oczekiwał odpowiedzi. Zwierzę zrobiło natomiast kilka kroków. Bear poczekał. Dopiero kiedy tapir sam skrócił dystans, Paddy wyciągnął rękę, pozwalając mu najpierw ją obwąchać. Bruno zrobił to bez większego zainteresowania, po czym przesunął się jeszcze trochę. —
No dobrze. — mruknął Paddy. —
Czyli mnie jeszcze lubisz. To już połowa sukcesu. — kącik jego ust drgnął. Przez chwilę wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Bruno stał spokojnie, a Paddy przesunął się o krok w bok, chcąc zobaczyć go z innej strony. Nie dotykał go jeszcze. Najpierw chciał obserwować. Zwierzę ruszyło. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Paddy od razu dostrzegł to samo odciążenie lewej tylnej nogi. Tym razem był bliżej. Mógł obserwować ruch znacznie dokładniej. Jego spojrzenie przesunęło się po nodze, potem po stawie, dalej w stronę kopyta. Nie zauważył niczego oczywistego. Żadnej rany, krwi, opuchlizny. To wcale go nie uspokoiło. Czasem rzeczy, których nie było widać na pierwszy rzut oka, były właśnie tymi, które wymagały większej uwagi. Paddy przykucnął. Bruno spojrzał na niego i przez moment zastanawiał się chyba, czy człowiek przed nim zamierza zrobić coś interesującego. Bear wyciągnął dłoń, ale nie próbował od razu dotknąć nogi. Przesunął ją tylko wzdłuż boku zwierzęcia, obserwując reakcję. Bruno pozostał spokojny. —
Dobrze. Spokojnie. — powiedział półgłosem. —
Nie będziemy robić głupot. —
Przynajmniej ja nie będę. Przez moment zerknął przez ramię na Aurorę. Nie uśmiechał się już, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś łagodniejszego. Dobrze było mieć obok kogoś, kto mógł podjąć decyzję, kiedy jego obserwacje przestaną wystarczać. Nawet jeśli tą osobą była właśnie Aurora Swan, która jeszcze niedawno groziła mu dwustoma dolarami za zabrudzenie dywanu i kazała mu biegać po kawę.
Życie jest naprawdę dziwne. Paddy wrócił wzrokiem do Bruna. Tapir ruszył dalej, a Bear podążył za nim kilka kroków, tym razem uważnie obserwując sposób stawiania nóg. Znowu. Ta sama lewa tylna. Paddy zatrzymał się i wypuścił powoli powietrze nosem.
—
No właśnie. — mruknął. —
Nie podoba mi się to. — zrobił jeszcze jeden krok, ale nie próbował zatrzymywać zwierzęcia. Bruno sam przystanął przy jednym z elementów wybiegu. Paddy spojrzał na niego, potem na ziemię. Przykucnął i przesunął palcami po podłożu. Nic. Podniósł wzrok. —
Nie widzę niczego, o co mógłby się tutaj zahaczyć. — powiedział bardziej do Aurory niż do siebie. —
Ale chciałbym sprawdzić go jeszcze w ruchu. Nie tylko tutaj. — Wstał i otrzepał dłonie o spodnie. Zrobił dwa kroki, zatrzymał się i poczekał, aż Bruno sam ruszy. Nie poganiał go. Nie cmokał, nie przywoływał. Po prostu szedł w jego tempie. Po chwili tapir znowu wykonał ten charakterystyczny ruch. Paddy zmrużył oczy. —
Dobra. To już trzeci raz. Obrócił głowę w stronę Aurory. —
I za każdym razem ta sama noga. — Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnował. Zamiast tego podszedł odrobinę bliżej Bruna. Tapir nie odsunął się. Bear ostrożnie przesunął dłonią po jego boku, schodząc niżej, ale zatrzymał się, zanim dotarł do tylnej nogi. Nie chciał wymuszać badania.
—
Nie będę go teraz męczył. — powiedział spokojnie. —
Jeżeli coś go boli, i tak nam tego nie powie. A jak zaczniemy za bardzo kombinować, może przestać zachowywać się normalnie. Spojrzał na Aurorę. —
Najpierw obserwacja. Potem weterynarz. Tak będzie najbezpieczniej. Przez chwilę jeszcze patrzył na Bruna, po czym westchnął cicho. —
A swoją drogą... — dodał z lekkim rozbawieniem. —
jeżeli naprawdę nie ma go w dokumentacji, to chyba będziemy musieli go oficjalnie przedstawić. Zerknął na tapira. —
Bruno, to jest pani kierownik. Pani kierownik, to jest Bruno. Kącik jego ust uniósł się lekko. —
Chociaż formalnie powinienem chyba użyć jego numeru. Pokręcił głową. —
Ale nie jestem pewien, czy on sam się na niego zgodzi. I dopiero po tym żartobliwym komentarzu jego twarz znowu spoważniała. Tapir zrobił kolejny krok. Lewa tylna noga znów została na moment odciążona. Paddy od razu to zobaczył. Tym razem jednak nie ruszył za nim. Zatrzymał się i spojrzał na Aurorę, pamiętając dokładnie, że nie miał działać na własną rękę. —
Czy Pani kierownik chce, żebym sprawdził go jeszcze kawałek dalej, czy od razu zgłaszamy weterynarzowi? — zapytał. Po krótkiej chwili dodał ciszej: —
Bo coś jest nie tak. Nie wiem jeszcze co, ale jestem tego prawie pewien.
Aurora B. Swan