29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Aurora przez chwilę tylko próbowała zdecydować, czy bardziej ma ochotę go udusić, czy jednak upewnić się po raz kolejny, że nic mu się nie stało. Ten jego żart o raportach był tak absurdalny, że normalnie pewnie parsknęłaby śmiechem. Serio. Teraz jedynie wypuściła powietrze nosem i pokręciła głową, choć kącik ust drgnął jej na sekundę.
- Nie żartuj sobie z tego.
Powiedziała ciszej, ale bez wcześniejszej twardości. Trochę ją to rozładowało, ale nie do końca jak widać.

- Przez kilka sekund naprawdę myślałam, że zaraz będę musiała tłumaczyć komuś, dlaczego mój najlepszy pracownik leży martwy na środku sektora. Więc wybacz, jeśli twoje poczucie humoru akurat teraz mnie nie bawi.
Urwała, spoglądając na jego bok. Widziała, że próbuje funkcjonować normalnie, ale widziała też ostrożność przy każdym ruchu. Nie zamierzała się z nim o to kłócić. Tym bardziej że sama podjęła już wystarczająco dużo złych decyzji tej nocy. Nie chciała kolejnej.

Kiedy więc oznajmił, że chce iść do łazienki, Aurora automatycznie podniosła się z krzesła.
- Dobra. Idziemy.
Rzuciła po prostu, jakby to było coś zupełnie oczywistego. Chciała mieć na niego oko, chciałą odprowadzić go na miejsce i zostawić bezpiecznie z dziećmi. Ruszyła razem z nim, nie poganiając go ani nie próbując go prowadzić za ramię, ale pozostając na tyle blisko, żeby w razie czego móc zareagować. Co kilka kroków zerkała na niego ukradkiem.

- Nie próbuj mi teraz udowadniać, że możesz biegać. Wystarczy, że możesz chodzić. Wolniej.
Dodała, tym razem z odrobiną normalnego, zmęczonego humoru. Dopiero przy wejściu do części sanitarnej zatrzymała się i wskazała mu odpowiednie drzwi.

- Idź się ogarnąć. Ja też...
Zawahała się na sekundę.

- Muszę się ogarnąć.
Nie czekała na odpowiedź. Weszła do damskiej łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Potrebowała tego. Dopiero wtedy całe napięcie, które trzymało ją od kilku minut w pionie, zaczęło z niej schodzić. Oparła dłonie o umywalkę i przez chwilę patrzyła na własne odbicie. Wyglądała fatalnie. Podkrążone oczy, rozmazane emocje na twarzy, włosy które już były w nieładzie stały w jeszcze większym nieładzie, dłonie nadal lekko drżące. Ale mniej. Serce jej biło bardzo mocno, zmęczenie dawało o sobie znać, a mimo adrenaliny i ciepłych napojów, brakowało jej energii. Wypompowała się chyba. Przemyła twarz zimną wodą, potem jeszcze raz. Żołądek ponownie ścisnęło tak mocno, że musiała na moment zamknąć oczy i głęboko oddychać.

- Kurwa...
Szepnęła do własnego odbicia. Najgorsze było to, że nie wiedziała nawet, co właściwie chciała sobie powiedzieć. Że co? Że wszystko będzie dobrze? Że podjęła dobrą decyzję? Że nie miała wyboru? Żadne z tych zdań nie brzmiało prawdziwie. Nie taka chciała być, nie na taką się przecież kreowała. Black Swan. Owszem, chciała być gwiazdą w zoo, być najważniejsza, a jest szansa, że skończy na bruku i wyleci z pracy swoich marzeń. To znaczy pracy, do której dąży.

Przez moment naprawdę poczuła, że zaraz się rozpłacze. Opuściła głowę, zacisnęła palce na krawędzi umywalki i pozwoliła sobie na kilka sekund słabości. Właśnie tak wyglądała teraz Aurora Blake Swan. Kierowniczka Toronto Zoo, która jeszcze niedawno wydawała ludziom polecenia, a kilka minut temu strzeliła dwa razy do zwierzęcia i ani razu nie trafiła. Kobieta, która prawie rzuciła się na własnego pracownika z uściskiem, bo zobaczyła go całego i żywego. Ta sama kobieta, która zamiast wysłać go ponownie z ratownikami, zabrała go ze sobą, bo zwyczajnie nie chciała go stracić z oczu. Było w tym coś egoistycznego. Cholernie egoistycznego. Spojrzała jeszcze raz w lustro.
- Jesteś żałosna, Swan.
Powiedziała cicho. Tym razem jedna łza rzeczywiście spłynęła jej po policzku. Szybko starła ją rękawem, nabrała powietrza i wyprostowała się. Jeszcze raz przemyła twarz. Potem poprawiła włosy, otarła oczy i spojrzała na siebie tak długo, aż znajoma, chłodniejsza wersja Aurory zaczęła wracać na swoje miejsce. Trochę to trwało, a wynik nadal nie był perfekcyjny. Nie była spokojna. Nadal trzęsły jej się ręce. Nadal miała ochotę zwymiotować ze stresu. Nadal przed oczami widziała Paddy'ego cofającego się przed kangurem. Ale mogła przynajmniej wyglądać jak ktoś, kto wie, co robi.

Odetchnęła głęboko, sięgnęła po klamkę i jeszcze przez sekundę została w miejscu. Najpierw Paddy. Potem raporty. Potem ten pierdolony kangur. Tak miała wyglądać kolejność. Tym razem zamierzała się jej trzymać. Na pewno nic się już nie wydarzy!

Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”