25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że przez kilka chwil nie było go przy niej. Znała ten mechanizm aż za dobrze. Ćwiczyła go naście minut wcześniej w jadalni, gdy własny umysł okazał czarną dziurą, poza którą nie istniało nic innego. Ani pomieszczenia, ani ludzie. Jej chmura nicości była utkana z czegoś innego, tego była pewna, ale musiała służyć temu samemu. Eksplorowaniu równoległych światów mimo fatalnego ograniczenia ciał ludzkich, które nie potrafiły jeszcze teleportować do innych galaktyk. Sadie także tworzyła swoją. Nie było w niej nic, czego mógłby chcieć Raphael Valencourt - nie musiała o to nawet pytać, jednak samo istnienie tej ścieżki w jej głowie pozwalało zrozumieć dlaczego on podążał swoją. Im bardziej zanurzał w niej i upajał możliwościami świata wewnętrznego, tym mniejszą uwagę przywiązywał do tego, gdzie znajdowała się Sadie. Był mniej spięty. Mniej płochliwy. Zajęty wizją swojego świata tak bardzo, że gepard pozwolił pracownikowi podejść pod sam konar i wyciągnąć rękę.
Dłoń, choć zimna i drżąca, spoczęła na męskim policzku. Było coś szczególnego w dychotomii pogrążonej w smutku dziewczęcej buzi, na której znów pojawiał się zalążek łagodnego uśmiechu. Było coś niejasnego i w niejasny sposób sprzecznego w spojrzeniu, z którego wylewały się hektolitry łez, a które jednocześnie przywodziło na myśl czułe poruszenie. To, co mówił Raphael było drugorzędne. Mówił. Mówił o swoich marzeniach, planach, aspiracjach, to znaczy - mówił o tym, kim jest kiedy nikt nie patrzy. To znaczy - wpuszczał ją do świata, o którego istnieniu wcześniej nie mogła wiedzieć. Im bardziej on oddalał od garderoby w swojej fantazji, tym bardziej ona do garderoby wracała. Skupiona na słowach ważniejszych, niż obraz w lustrze, bo takich które być może usłyszy tylko jeden raz.
Powinna być przerażona. Może sceptyczna. Powinna od razu zająć się najważniejszym wnioskiem: realizacja planu Raphaela, jakkolwiek nie wyglądał w praktyce, musiała działać na jej niekorzyść. Jeśli on chciał być potężniejszy, wówczas ona byłaby słabsza. Jeśli on chciał władzy absolutnej, to również nad nią. Jeśli chciał wiedzieć wszystko, to również o niej. Jeśli chciał strachu, to również jej strachu.
Zrozumiała.
Zrozumiała bardzo dobrze i ani drgnęła, a jej mokra od łez twarz pozostała pobłażliwa. Dlatego, że w jego marzeniu ona nie miała znaczenia. Jego marzenie było jego drogą, a Sadie wierzyła, że każdy miał fundamentalne prawo do jej odkrywania i realizowania. Nawet Raphael. Bo jeśli marzył, to miał c z y m marzyć. Jeśli jeszcze potrafił czuć pragnienie czegoś, to znaczy, że wewnątrz krył się człowiek który czuł. Wizja, którą opisywał, byłaby przerażająca dla człowieka, któremu przyjdzie żyć w świecie absolutnie sterowanym przez kogoś, kto po tę władzę szedł po trupach, ale Sadie szukała w informacji czegoś innego. Dowodu, że w Raphaelu było jeszcze coś, z czym mogła się utożsamić.
Przecież powiedziała mu prawie to samo, gdy w Paryżu cytowała Post Office. Cały świat albo nic. Jej cały świat wyglądał inaczej, ale łączył ich wspólny mianownik. To przynajmniej na chwilę odwracało uwagę od zimna, które atakowało półnagie ciało i własnego, krytycznego spojrzenia.
Pogładziła szczyt kości jarzmowej opuszkiem palca. Miękko, z troską, która mogła zaistnieć tylko dzięki odległości kilku dróg mlecznych pomiędzy marzeniem Raphaela, a stojącą na miękkiej wykładzinie Sadie.
Więc będziesz miał wszystko — zawyrokowała zachrypniętym od płaczu głosem, lecz poszczególne litery zsuwały z jej języka tak lekko, jak gdyby prawiła najoczywistsze z oczywistości.
Poniekąd właśnie tak było.
Nie miała co do swojego zdania żadnych wątpliwości.
Możesz mieć wszystko czego zapragniesz. Nie pozwól nikomu, nigdy mówić ci, że jest inaczej — dodała cicho. Za smutnymi oczami krążyła myśl, która nieznacznie rozbawiła kobietę, choć całej sytuacji daleko było do zabawnej. Musiała wszak ponownie doprowadzić do awantury, by Właściciel jakkolwiek z nią rozmawiał - preferowała robić to inaczej, ale inaczej chyba nie potrafił, pozostała jej więc satysfakcja z miejsca, w którym się znaleźli. Nawet, jeśli jego zwycięstwo oznaczało jej krzywdę, odkładała to na bok. Pochylała się nad pierwiastkiem, który rozumiała. Nad pierwiastkiem, który marzył, a marzenia zawsze były uczciwe. Dłoń zsunęła się z policzka. — Nie potrzebujesz do tego Prowadzącej — kącik nabrzmiałych od nerwowego zagryzania warg uniósł się w uśmiechu, który traktował o specyficznym rodzaju ulgi. Sadie wiedziała przecież, że na jakimś poziomie każdy człowiek chce czuć się potrzebny. Wiedziała, że ona sama chciała być potrzebna swoim bliskim, swoim współpracownikom. Jednocześnie odkrywała nowe pokłady spokoju w pozwoleniu im obojgu na usłyszenie najważniejszego: marzenie Raphaela miało istnieć niezależnie od Prowadzącej. Miał je realizować długo przed nią i długo po niej, a jej obecność przy nim była w perspektywie czasu zaledwie mrugnięciem. Nie miało znaczenia, czy chciał ją zwrócić, czy nie. W jego planie i tak nie istniała, a to była dla niego dobra wiadomość. Palcem wskazującym dotknęła jego klatki, gdzieś na wysokości miejsca, w którym inni ludzie mieli serca. To jest w tobie — biła od niej pewność kogoś, kto wykorzystał swoje trzy życzenia na zadanie pytań o przyszłość.
Nie było tak. Sadie Glass nie posiadła fantastycznych mocy, nie wyczytała odpowiedzi z kart. Sadie znała się na ludziach. Być może lepiej, niż Prowadząca - z całą pewnością inaczej. Mała, zapłakana blondyneczka potrafiła odczytać potencjał, niezaspokojony głód, nieustępliwość. Potrafiła - co najważniejsze - odłożyć prywatną urazę na bok i dopingować kogoś, kto wyrządzał jej krzywdę, do szukania własnego szczęścia.
Przełknęła. Gardło było suche, słowa drapały, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż wychudzonego ciała.
Raphael przypominał jej ją samą dekadę wcześniej. Kogoś, komu próbowano narzucić gdzie zaczyna się i kończy jego potencjał. Mógł chcieć innych rzeczy od niej, ale u sedna szukał tego samego: potwierdzenia światu, że o sobie samym decydował tylko on. Nie wybaczyłaby samej sobie, gdyby miała na ten temat jakiekolwiek inne zdanie, niż chęć wsparcia i wzmocnienia drugiego człowieka. Taka była: promieniowała ciepłem w lodowatej krainie, nawet jeśli oznaczało to że jego ogrzeje, a siebie zabije.
Dlatego musisz o siebie dbać. Wiem, że jest ciężko. Wiem, że potrzebujesz odpoczynku — raz jeszcze przesunęła smutnym spojrzeniem po śladach mocno zakrapianej imprezy, z której wrócił jeszcze bardziej okrutny, niż wcześniej. Wiedziała, że miał powód. Wiedziała, że miał prawo decydować. Jeśli jednak stawiał sobie takie wyzwania, styl życia wymagał zmian. To nie była opinia Sadie Glass, lecz ekspertyza Prowadzącej. — Musisz znaleźć inny sposób. Ograniczyć używki. Może znaleźć kogoś albo coś, przy czym mógłbyś robić sobie przerwy. Nie wiem co, ale wiem, że to co robisz teraz wcale ci nie pomaga. Przeciwnicy nie będą musieli wyeliminować cię z gry, jeśli zabijesz się sam — zakończyła stanowczo.
Nie tłumaczyła tego, ile stresu i zmartwień najadła się ubiegłej nocy i krótko po wylądowaniu w Toronto, bo to nie obchodziło Valencourta. Obchodził go horyzont, za który chciał wyjrzeć. Sadie mówiła, że to możliwe - ale równocześnie, że jego największym wrogiem był on sam.
On sam mógł odebrać sobie to marzenie zanim zrobi to ktoś inny, a ona nie potrafiła na to patrzeć.
Cofnęła się o krok. Prędko założyła sweter, a chwilę później spodnie, których fason najlepiej jej zdaniem ukrywał miejsca, które Raphael zaszczycił spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Dopiero wtedy pozwoliła sobie otrzeć mokre policzki.
Gepard zszedł z drzewa. Jeśli matematyka jej nie zawodziła, za kilka sekund miał się zorientować, że Sadie mogła go pogłaskać.
Wówczas zginęliby oboje.
Wiesz — zagaiła swobodniej — mam nadzieję, że będziesz po tej drugiej stronie szczęśliwy — on nie mówił o tym nawet przez sekundę, a ona rozpatrywała wszystko tylko tą jedną kategorią. Jeśli wszystko nie da mu szczęścia, to nie wystarczy, a wtedy wszystko było na nic. — Może kiedyś, kiedy ludzie będą już dla ciebie wyłącznie planktonem… Przypomnisz sobie, że była taka dziewczyna, która chciała patrzeć na sztukę i uczyć się gwizdać.
Tym mogła być w jego planie - mikroskopijną szansą na to, że kiedyś wróci do niego jako niewinne wspomnienie o kimś, kto istniał zaledwie pomiędzy jednym mrugnięciem a drugim. Posłała mu ostatnie, długie spojrzenie. Było gestem bezwarunkowej akceptacji, było cichym wsparciem, było szczerym życzeniem, by wziął ze świata tyle, ile uważał za stosowne.
Jeśli dla niej świat kończył się na pomidorku koktajlowym, on mógł przemierzać bezkresne połacie doświadczeń za oboje.
Minęła go powoli przesuwając dłonią po ramieniu, jakby żegnała nie tylko Raphaela w garderobie, ale i Raphaela z przyszłości, do którego nie będzie już miała dostępu. Przy komodzie chwyciła torebkę i klucze, jednak nie wyszła od razu. Przystanęła wpół roku do drzwi i odwróciła się jeszcze na chwilę.
Chcę dzisiaj spać w swoim domu — to, co dla niego było niczym, było wszystkim dla niej. — Jeśli nalegasz na obecność Gizmo - w porządku, ale chcę Leifa. Z Marcusem jesteśmy obecnie śmiertelnie pokłóceni.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Po Prowadzącej pozostały jedynie rozrzucone ubrania, a właściwie ślady jej obecności, które z jakiegoś powodu okazały się bardziej dotkliwe niż sama cisza po zatrzaśnięciu drzwi. Pomiędzy otwartymi skrzydłami szaf leżały elementy garderoby, które znał. Sukienki, których wybór pamiętał, spódnice, bluzki, płaszcze, które pojawiały się w jej pokoju dlatego, że ktoś otrzymał polecenie, aby je kupić, a on nawet nie musiał wiedzieć, kiedy dokładnie zostały dostarczone. Wszystko to było własnością. Przedmiotami. Rzeczami, które można było przenieść, spakować, sprzedać, wyrzucić. A jednak, kiedy patrzył na pozostawione materiały, odnosił nieprzyjemne wrażenie, że rzeczy nabrały ciężaru właśnie dlatego, że przestała ich używać. Jeszcze kilka godzin wcześniej były zwyczajnymi elementami jego domu. Teraz stały się dowodami czyjejś nieobecności. To było absurdalne. Raphael nie powinien odczuwać różnicy pomiędzy pokojem zajętym a opuszczonym. Dom był przecież nadal jego. Ściany nie zmieniły koloru. Powietrze nie zmieniło składu. Służba nadal wykonywała swoje obowiązki. Ochrona nadal pozostawała na swoich stanowiskach. Wszystko funkcjonowało. A mimo to coś zniknęło.
Czuł jeszcze jej perfumy. Zapach był słaby, niemal niewidoczny, przylegający do materiału i powietrza, tak jak wspomnienie przylegało do człowieka, który chciałby je z siebie zedrzeć. Raphael stał przez chwilę bez ruchu i pozwolił, aby woń dotarła do niego, choć sam nie wiedział, po co. Przypomniał sobie jej dłoń przesuwającą się po jego twarzy. Kruchą, lekką, niemal nierealną. Nie było w tym wspomnieniu nic spektakularnego. Żadnej wielkiej sceny, żadnego wydarzenia, które zasługiwałoby na zapisanie w pamięci. A jednak właśnie takie drobiazgi okazywały się najbardziej uporczywe. Człowiek mógł kontrolować wielkie wydarzenia, mógł kontrolować ludzi, dokumenty, pieniądze i decyzje, lecz pamięć miała własną, bezczelną autonomię. Wybierała sobie to, czego nie chciał pamiętać, i pozostawiała właśnie to, co powinno było dawno przeminąć.
Nie nazwał tego tęsknotą. Tęsknota była słowem zbyt miękkim. Była to raczej pustka po czymś, czego obecności nauczył się nie zauważać. Po wyjeździe Glass i opuszczeniu posiadłości wraz z Leifem Raphael wrócił najpierw do ogrodu, lecz już po kilku krokach zmienił kierunek. Wrócił do jadalni. Czekał tam na niego przygotowany posiłek. Wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Talerz, sztućce, filiżanka, serwetka. Porządek był niemal obraźliwy w swojej doskonałości. Nikt nie zapomniał o jego śniadaniu tylko dlatego, że jedna osoba opuściła dom. System działał dalej.
Nie jadł. Zamiast tego ruszył na dach. Tam też pozostał do zapadnięcia zmroku. Z wysokości posiadłości ogród wyglądał inaczej. Bardziej geometrycznie. Ścieżki przecinały trawnik jak linie wyznaczone na mapie, drzewa tworzyły skupiska, fontanny były punktami, a żywopłoty granicami. Człowiek z góry zawsze miał złudzenie, że świat można było łatwo uporządkować. Wystarczyło odpowiednio wysoko stanąć, aby chaos przestał wyglądać jak chaos.
Tylko gepard nie pasował do tej konstrukcji. Siedział na sykomorze, rozłożony z niemal obraźliwą swobodą, jakby od zawsze należał do tego miejsca. Nie znał granic posiadłości. Nie rozumiał wartości ziemi. Nie wiedział, że gdzieś istniało zoo, ogrodzenie, właściciel, dokumentacja, ubezpieczenie ani prawo własności. Nie interesował go cały świat, który Raphael znał aż nazbyt dobrze.
Zwierzę po prostu było.
Raphael zapalił kolejnego papierosa. Obserwował geparda, a gepard obserwował jego. Przez dłuższy czas żaden z nich nie wykonywał żadnego znaczącego ruchu. Drapieżnik leżał na gałęzi i od czasu do czasu poruszał ogonem. Valencourt stał przy krawędzi dachu, wypuszczając dym, który wiatr natychmiast rozrywał i zabierał nad ogrodem. Zwierzę śledziło go wzrokiem z tym rodzajem spokojnej uwagi, którego Raphael nie spotykał u ludzi. Nie było w tym podziwu. Nie było strachu. Nie było kalkulacji.
To właśnie fascynowało go najbardziej. Gepard nie chciał od niego niczego. Nie chciał jego pieniędzy. Nie potrzebował jego nazwiska. Nie próbował odgadnąć, czy warto się zbliżyć, czy lepiej zachować dystans. Nie znał jego pozycji. Nie wiedział, kim jest człowiek stojący na dachu. Był tylko drapieżnikiem. A Raphael, patrząc na niego, wiedział, iż znajdował się przed czymś całkowicie pozbawionym maski.
I wiedział już, że zoo nie miało go dostać. Nie dlatego, że podjął oficjalną decyzję o zatrzymaniu zwierzęcia. Nigdy nie musiał działać w sposób tak prosty. Wystarczyło pytanie. Proszę tylko powiedzieć mi, kto dokładnie będzie odpowiedzialny za jego transport, jakie są jego obrażenia, jaki jest stan zdrowia i dlaczego mam pozwolić nieznanym ludziom wejść na teren mojej posesji z klatką dla dużego drapieżnika. Pytanie zostało przekazane dalej i zaczęło pracować. Zoo potrzebowało dokumentacji. Chciało ustalić, gdzie dokładnie zwierzę się znajdowało, jak długo przebywało na terenie prywatnym, czy zostało narażone na stres lub obrażenia i w jakim stanie można je transportować. Weterynarz Raphaela chciał przeprowadzić własną ocenę. Ubezpieczyciel potrzebował raportu. Ochrona twierdziła, że ze względów bezpieczeństwa teren musiał pozostać zamknięty. Prawnik wskazywał, że sytuacja wymagała uporządkowania od strony formalnej. Każdy z tych ludzi miał rację. Każdy wykonywał swoje zadanie. Każdy dokładał kolejną warstwę do procesu.
A Raphael nie musiał mówić nie. Wystarczyło, że nigdy nie mówił teraz. To była jedna z najprostszych rzeczy, których nauczył się o władzy. Odmowa była widoczna. Opóźnienie można było pomylić z ostrożnością. Odmowa tworzyła przeciwnika. Procedura tworzyła kolejkę. Człowiek, któremu czegoś zabroniono, zaczynał szukać sposobu, aby przełamać zakaz. Człowiek, któremu powiedziano, że sprawa wymagała jeszcze jednego dokumentu, kolejnego podpisu, dodatkowej opinii i potwierdzenia bezpieczeństwa, zaczynał wykonywać pracę za kogoś.
Godziny zmieniły się w dni. A dni zaczęły działać na jego korzyść.
Gepard pozostawał w ogrodzie, podczas gdy świat zewnętrzny próbował ustalić, w jaki sposób powinien zostać z niego zabrany. A Raphael patrzył na niego z dachu. Zwierzę leżało spokojnie. Nie wiedziało, że wokół niego narastała cała biurokratyczna konstrukcja. Nie wiedziało, że ludzie sporządzali raporty, dzwonili do siebie, sprawdzali procedury, konsultowali decyzje. Nie wiedziało, że jego przypadkowe pojawienie się na terenie Valencourta zaczynało przekształcać się w problem, którego rozwiązanie wymagało coraz większej liczby ludzi.
Raphael wiedział natomiast coś innego. Im dłużej gepard pozostawał tutaj, tym trudniej było go po prostu zabrać. Nie dlatego, że był już jego. Właśnie dlatego, że jeszcze nim nie był. Prywatna własność była dla niego mniej interesująca niż zależność. Jeżeli zwierzę stałoby się formalnie jego, sprawa zostałaby zamknięta. Posiadanie kończyło problem. Raphaelowi bardziej odpowiadał stan zawieszenia — sytuacja, w której wszyscy musieli uwzględniać jego zgodę, jego teren, jego lekarzy, jego ochronę, jego harmonogram. Gepard był w tej chwili czymś więcej niż zwierzęciem. Był dowodem. Dowodem na to, jak niewiele trzeba, aby rzeczywistość zaczęła się przesuwać wokół człowieka, który nie wypowiedział nawet wyraźnego zakazu.
Raphael zgasił papierosa. Spojrzał jeszcze raz na ogród. Potem, zupełnie bez powodu, pomyślał o Glass. To było najgorsze. Gepard nadal był tutaj. Ona nie. Zwierzę było obce, dzikie, nieprzewidywalne, a jednak jego obecność nie powodowała pustki. Przeciwnie — wypełniała ją. Prowadząca natomiast pozostawiła po sobie przestrzeń, której nie umiał zagospodarować.
Jego spojrzenie uciekło w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stała. I po raz pierwszy od dawna odkrył, że można było posiadać niemal wszystko, a mimo to patrzeć na pusty pokój i nie mieć pojęcia, czym go wypełnić.

koniec
Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#115”