Wiedziała, że przez kilka chwil nie było go przy niej. Znała ten mechanizm aż za dobrze. Ćwiczyła go naście minut wcześniej w jadalni, gdy własny umysł okazał czarną dziurą, poza którą nie istniało nic innego. Ani pomieszczenia, ani ludzie. Jej chmura nicości była utkana z czegoś innego, tego była pewna, ale musiała służyć temu samemu. Eksplorowaniu równoległych światów mimo fatalnego ograniczenia ciał ludzkich, które nie potrafiły jeszcze teleportować do innych galaktyk. Sadie także tworzyła swoją. Nie było w niej nic, czego mógłby chcieć Raphael Valencourt - nie musiała o to nawet pytać, jednak samo istnienie tej ścieżki w jej głowie pozwalało zrozumieć dlaczego on podążał swoją. Im bardziej zanurzał w niej i upajał możliwościami świata wewnętrznego, tym mniejszą uwagę przywiązywał do tego, gdzie znajdowała się Sadie. Był mniej spięty. Mniej płochliwy. Zajęty wizją swojego świata tak bardzo, że gepard pozwolił pracownikowi podejść pod sam konar i wyciągnąć rękę.
Dłoń, choć zimna i drżąca, spoczęła na męskim policzku. Było coś szczególnego w dychotomii pogrążonej w smutku dziewczęcej buzi, na której znów pojawiał się zalążek łagodnego uśmiechu. Było coś niejasnego i w niejasny sposób sprzecznego w spojrzeniu, z którego wylewały się hektolitry łez, a które jednocześnie przywodziło na myśl czułe poruszenie. To, co mówił Raphael było drugorzędne.
Mówił. Mówił o swoich marzeniach, planach, aspiracjach, to znaczy - mówił o tym, kim jest kiedy nikt nie patrzy. To znaczy - wpuszczał ją do świata, o którego istnieniu wcześniej nie mogła wiedzieć. Im bardziej on oddalał od garderoby w swojej fantazji, tym bardziej ona do garderoby wracała. Skupiona na słowach ważniejszych, niż obraz w lustrze, bo takich które być może usłyszy tylko jeden raz.
Powinna być przerażona. Może sceptyczna. Powinna od razu zająć się najważniejszym wnioskiem: realizacja planu Raphaela, jakkolwiek nie wyglądał w praktyce, musiała działać na jej niekorzyść. Jeśli on chciał być potężniejszy, wówczas ona byłaby słabsza. Jeśli on chciał władzy absolutnej, to również nad nią. Jeśli chciał wiedzieć wszystko, to również o niej. Jeśli chciał strachu, to również jej strachu.
Zrozumiała.
Zrozumiała bardzo dobrze i ani drgnęła, a jej mokra od łez twarz pozostała pobłażliwa. Dlatego, że w jego marzeniu ona nie miała znaczenia. Jego marzenie było
jego drogą, a Sadie wierzyła, że każdy miał fundamentalne prawo do jej odkrywania i realizowania. Nawet Raphael. Bo jeśli marzył, to miał c z y m marzyć. Jeśli jeszcze potrafił czuć pragnienie czegoś, to znaczy, że wewnątrz krył się człowiek który
czuł. Wizja, którą opisywał, byłaby przerażająca dla człowieka, któremu przyjdzie żyć w świecie absolutnie sterowanym przez kogoś, kto po tę władzę szedł po trupach, ale Sadie szukała w informacji czegoś innego. Dowodu, że w Raphaelu było jeszcze coś, z czym mogła się utożsamić.
Przecież powiedziała mu prawie to samo, gdy w Paryżu cytowała
Post Office. Cały świat albo nic. Jej
cały świat wyglądał inaczej, ale łączył ich wspólny mianownik. To przynajmniej na chwilę odwracało uwagę od zimna, które atakowało półnagie ciało i własnego, krytycznego spojrzenia.
Pogładziła szczyt kości jarzmowej opuszkiem palca. Miękko, z troską, która mogła zaistnieć tylko dzięki odległości kilku dróg mlecznych pomiędzy marzeniem Raphaela, a stojącą na miękkiej wykładzinie Sadie.
—
Więc będziesz miał wszystko — zawyrokowała zachrypniętym od płaczu głosem, lecz poszczególne litery zsuwały z jej języka tak lekko, jak gdyby prawiła najoczywistsze z oczywistości.
Poniekąd właśnie tak było.
Nie miała co do swojego zdania żadnych wątpliwości.
—
Możesz mieć wszystko czego zapragniesz. Nie pozwól nikomu, nigdy mówić ci, że jest inaczej — dodała cicho. Za smutnymi oczami krążyła myśl, która nieznacznie rozbawiła kobietę, choć całej sytuacji daleko było do zabawnej. Musiała wszak ponownie doprowadzić do awantury, by Właściciel jakkolwiek z nią rozmawiał - preferowała robić to inaczej, ale inaczej chyba nie potrafił, pozostała jej więc satysfakcja z miejsca, w którym się znaleźli. Nawet, jeśli jego zwycięstwo oznaczało jej krzywdę, odkładała to na bok. Pochylała się nad pierwiastkiem, który rozumiała. Nad pierwiastkiem, który marzył, a marzenia zawsze były uczciwe. Dłoń zsunęła się z policzka. —
Nie potrzebujesz do tego Prowadzącej — kącik nabrzmiałych od nerwowego zagryzania warg uniósł się w uśmiechu, który traktował o specyficznym rodzaju ulgi. Sadie wiedziała przecież, że na jakimś poziomie każdy człowiek chce czuć się potrzebny. Wiedziała, że ona sama chciała być potrzebna swoim bliskim, swoim współpracownikom. Jednocześnie odkrywała nowe pokłady spokoju w pozwoleniu im obojgu na usłyszenie najważniejszego: marzenie Raphaela miało istnieć niezależnie od Prowadzącej. Miał je realizować długo przed nią i długo po niej, a jej obecność przy nim była w perspektywie czasu zaledwie mrugnięciem. Nie miało znaczenia, czy chciał ją zwrócić, czy nie. W jego planie i tak nie istniała, a to była dla niego dobra wiadomość. Palcem wskazującym dotknęła jego klatki, gdzieś na wysokości miejsca, w którym inni ludzie mieli
serca. —
To jest w tobie — biła od niej pewność kogoś, kto wykorzystał swoje trzy życzenia na zadanie pytań o przyszłość.
Nie było tak. Sadie Glass nie posiadła fantastycznych mocy, nie wyczytała odpowiedzi z kart. Sadie znała się na ludziach. Być może lepiej, niż Prowadząca - z całą pewnością inaczej. Mała, zapłakana blondyneczka potrafiła odczytać potencjał, niezaspokojony głód, nieustępliwość. Potrafiła - co najważniejsze - odłożyć prywatną urazę na bok i dopingować kogoś, kto wyrządzał jej krzywdę, do szukania własnego szczęścia.
Przełknęła. Gardło było suche, słowa drapały, a ręce opadły bezwładnie wzdłuż wychudzonego ciała.
Raphael przypominał jej ją samą dekadę wcześniej. Kogoś, komu próbowano narzucić gdzie zaczyna się i kończy jego potencjał. Mógł chcieć innych rzeczy od niej, ale u sedna szukał tego samego: potwierdzenia światu, że o sobie samym decydował tylko on. Nie wybaczyłaby samej sobie, gdyby miała na ten temat jakiekolwiek inne zdanie, niż chęć wsparcia i wzmocnienia drugiego człowieka. Taka była: promieniowała ciepłem w lodowatej krainie, nawet jeśli oznaczało to że jego ogrzeje, a siebie zabije.
—
Dlatego musisz o siebie dbać. Wiem, że jest ciężko. Wiem, że potrzebujesz odpoczynku — raz jeszcze przesunęła smutnym spojrzeniem po śladach mocno zakrapianej imprezy, z której wrócił jeszcze bardziej okrutny, niż wcześniej. Wiedziała, że miał powód. Wiedziała, że miał prawo decydować. Jeśli jednak stawiał sobie takie wyzwania, styl życia wymagał zmian. To nie była opinia Sadie Glass, lecz ekspertyza Prowadzącej. —
Musisz znaleźć inny sposób. Ograniczyć używki. Może znaleźć kogoś albo coś, przy czym mógłbyś robić sobie przerwy. Nie wiem co, ale wiem, że to co robisz teraz wcale ci nie pomaga. Przeciwnicy nie będą musieli wyeliminować cię z gry, jeśli zabijesz się sam — zakończyła stanowczo.
Nie tłumaczyła tego, ile stresu i zmartwień najadła się ubiegłej nocy i krótko po wylądowaniu w Toronto, bo to nie obchodziło Valencourta. Obchodził go horyzont, za który chciał wyjrzeć. Sadie mówiła, że to możliwe - ale równocześnie, że jego największym wrogiem był on sam.
On sam mógł odebrać sobie to marzenie zanim zrobi to ktoś inny, a ona nie potrafiła na to patrzeć.
Cofnęła się o krok. Prędko założyła sweter, a chwilę później spodnie, których fason najlepiej jej zdaniem ukrywał miejsca, które Raphael zaszczycił spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Dopiero wtedy pozwoliła sobie otrzeć mokre policzki.
Gepard zszedł z drzewa. Jeśli matematyka jej nie zawodziła, za kilka sekund miał się zorientować, że Sadie mogła go pogłaskać.
Wówczas zginęliby oboje.
—
Wiesz — zagaiła swobodniej —
mam nadzieję, że będziesz po tej drugiej stronie szczęśliwy — on nie mówił o tym nawet przez sekundę, a ona rozpatrywała
wszystko tylko tą jedną kategorią. Jeśli
wszystko nie da mu szczęścia, to nie wystarczy, a wtedy wszystko było na nic. —
Może kiedyś, kiedy ludzie będą już dla ciebie wyłącznie planktonem… Przypomnisz sobie, że była taka dziewczyna, która chciała patrzeć na sztukę i uczyć się gwizdać.
Tym mogła być w jego planie - mikroskopijną szansą na to, że kiedyś wróci do niego jako niewinne wspomnienie o kimś, kto istniał zaledwie pomiędzy jednym mrugnięciem a drugim. Posłała mu ostatnie, długie spojrzenie. Było gestem bezwarunkowej akceptacji, było cichym wsparciem, było szczerym życzeniem, by wziął ze świata tyle, ile uważał za stosowne.
Jeśli dla niej świat kończył się na pomidorku koktajlowym, on mógł przemierzać bezkresne połacie doświadczeń za oboje.
Minęła go powoli przesuwając dłonią po ramieniu, jakby żegnała nie tylko Raphaela w garderobie, ale i Raphaela z przyszłości, do którego nie będzie już miała dostępu. Przy komodzie chwyciła torebkę i klucze, jednak nie wyszła od razu. Przystanęła wpół roku do drzwi i odwróciła się jeszcze na chwilę.
—
Chcę dzisiaj spać w swoim domu — to, co dla niego było niczym, było wszystkim dla niej. —
Jeśli nalegasz na obecność Gizmo - w porządku, ale chcę Leifa. Z Marcusem jesteśmy obecnie śmiertelnie pokłóceni.
raphael valencourt