33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Mógł stwierdzić, że jego smutek był pewnie smutkiem zwierzęcia, które nigdy nie zdążyło opuścić swojej klatki - patrzyło bez zrozumienia w okno, przy którym znajdowała się umieszczona przez jego właścicieli, kołysząc się z ukruszonym, metalicznym jękiem, widziało promienie słońca i kołnierz nieba postawiony ponad linią horyzontu, zieleń, która wznosiła się, rozchylając o wiele szerzej swoje skrzydła, chociaż nawet tym gestem nie była w stanie obecnie go uświadomić jak bardzo był nieszczęśliwy, bo przecież dotąd nie zdążył się dowiedzieć, że życie mogło mieć inny, mniej wyważony posmak. Wiedział, że nie był wolny, dlatego, że w dużej mierze zamknął się w tym potrzasku samodzielnie.
W powietrzu, obsiadającym w tej chwili ich sylwetki, było coś, co stawało się lepkie i obrzydliwe - szedł przed siebie, nie patrząc, czy przyjaciel dotrzymuje mu kroku, jakby za potwierdzenie mógł wystarczyć mu jedynie jego głos, szurający nierówno razem z tętnieniem butów uderzających z łoskotem o podłoże. Pochwycił ręką za poły swojego płaszcza, który zaczął się za nim włóczyć jak długi, żałobny tren. Złapał i związał cienki, płócienny pasek, zakrywając tym samym powierzchnię swojej marynarki. Krawat sterczał jak kieł, wbijając się w jego ciało, ale nie miał ochoty obecnie go zdejmować. Pomyślał o małżeństwie Rivera, o tym, że tak naprawdę nigdy go nie zapytał - o Mina, czy był szczęśliwy, czy kiedykolwiek im się układało. Nie powiedział mu, że przez chwilę żył w sposób, o jakim marzyła jego matka, kiedy zaczynała nieśmiało układać jego przyszłość. Odetchnął cicho, nie wiedząc, czy nawet powinien mu zazdrościć. Czego?
- Przechodzisz jakąś żałobę - przyznał po chwili - nic dziwnego, że musiałeś to powiedzieć - obchodził się zawsze z prawdą jak z miękkim, kruchym narządem. Nie mówił, że mu współczuje, bo nie było to celem ich rozmowy i musiałby teraz kłamać, udając, że potrafi przez chwilę spojrzeć na świat całkowicie z jego perspektywy. Różnili się w wielu kwestiach, nawet w samym sposobie, w którym dojrzewali do swojego gniewu - River potrafił bezustannie się wykrwawiać, podczas, gdy on od dawna zasklepił to naczynie. Różnili się też w podejściu do swojej samotności, bo miał wrażenie, że dużo bardziej od niego doceniał własne towarzystwo i lubił spędzać czas w zaciszu mieszkania, czytając kolejne książki i wałęsając się spojrzeniem po terrariach. Zwolnił przez chwilę, starając się, aby mogli zrównać się swoim tempem.
- Hayward zaczął rozwodzić się po raz drugi. Naszych to nie zdziwiło. Od kilku dobrych miesięcy byli w separacji, a jego żona przeniosła się do North York. Dostała tam nawet rolę zastępcy kierownika - wcisnął swoje ręce do kieszeni. James Hayward był chirurgiem zbliżającym się bezlitośnie do progu pięćdziesiątki - tkwił w najlepszym okresie, który był równowagą pomiędzy doświadczeniem a sprawnością w operatywie. Wypalał zawsze po kilka papierosów, jednego po drugim, kucając przy tym, jakby był naprawdę zmęczony wdychaniem gryzącego dymu - płakał też, kiedy umierali mu pacjenci, na jakich szczególnie zaczynało mu zależeć. Wydawał się być zwyczajny, zbyt zwyczajny, aby po prostu go porzucić, ale nie umiał ułożyć sobie życia i gasnął pomiędzy pracą. Dlatego zapisywał się na kolejne dyżury - i kolejne. Kiedy ostatnio widział go w gabinecie, znowu drukował ściągnięte ze stron internetowych kolorowanki dla córek. Niedługo później narzekał, że zapomniał je zabrać po zakończeniu swojej zmiany.
- Problem niektórych ludzi polega na tym, że każdy, normalny człowiek wchodzący z nimi w relację, będzie natychmiast starał się ich zmienić - odparł, samemu już nie wiedząc, czy wypominał to w tym momencie z pogardą, rozczarowaniem, a może będąc zwyczajnie obojętnym. Zadarł przez chwilę głowę - niebo, na które patrzył, wydawało się być teraz ciemne jak źrenica.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Ritz-Carlton”