25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
Our thing progresses, I call and you come through
Blow all my friendships to sit in hell with you
But we're the greatest, they'll hang us in the Louvre
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pod moją chatką w lesie.
W s p a n i a l e. Jeszcze chwila i dowiedzą się, że znajdują się na planecie Ziemia, gdzieś pomiędzy biegunem północnym a południowym. Sadie nie wiedziała, czy staruszka miała wyjątkowo specyficzne poczucie humoru, czy po prostu brak empatii wobec dwóch zagubionych w lesie sierot. Właściwie trudno było ją winić. Gdyby Glass mieszkała na takim odludziu - co oczywiście nie wydarzyłoby się nawet po utracie wszystkich zmysłów - prawdopodobnie również nie byłaby zachwycona wizytą nieznajomych w środku nocy. Szczególnie dziewuchy która przed chwilą wrzeszczała na lisa.
Tylko dlaczego wycierała tasak o fartuch? Czy naprawdę zamierzała kontynuować przygotowywanie przetworów? Sadie obserwowała gest z narastającą niechęcią. River tymczasem zaczęła wypytywać o drogę i Toronto, przynajmniej jedna rozsądna. I nie walcząca z wrażeniem, że zwymiotuje.
Kiedy jednak Cross sięgnęła do własnego karku, uwaga Sadie natychmiast przeniosła się na przyjaciółkę. Najpierw zobaczyła coś między drzewami, teraz szukała czegoś na szyi. Wcześniej jej zachowanie można było tłumaczyć zwykłym zaskoczeniem, ale ten gest wyglądał jak reakcja na niewidzialny dotyk. Nie dostrzegła jednak żadnego pająka czy innego owada, co akurat przyjęła z pewną wdzięcznością, ponieważ takie stworzenie na karku River mogłaby ostatecznie zakończyć jej przygodę z czynnym układem nerwowym.
Przyjrzała się twarzy przyjaciółki. Czy ona właśnie zbladła? Nie. Nie miała zamiaru spędzić kolejnych piętnastu minut pod drzwiami kobiety z tasakiem, zastanawiając się, czy jej przyjaciółka widzi duchy. Wystarczyło, że sama nie wiedziała przed czym uciekał lis. Nie potrzebowała szczegółowego katalogu zjawisk paranormalnych.
— River — odezwała się cicho, chwytając ją za dłoń. — Wracajmy do samochodu.
Nie zamierzała wdawać się w dyskusję ze staruszką. Przeprosiła jeszcze za najście, podziękowała za absolutnie nic poświęcony czas i zaczęła wycofywać się w stronę drzew.
Zdecydowanie nie chciała odwracać się plecami do tasaka.
Powrót przez las okazał się równie nieprzyjemny jak pierwsza wędrówka, z tą różnicą, że teraz Sadie miała przynajmniej świadomość, dokąd prowadzi. Pamiętała każde rozwidlenie, charakterystyczny konar i nierówność terenu. Nie potrzebowała nawigacji ani znaków pozostawionych na drzewach. Potrzebowała natomiast porządnych butów, gorącej kąpieli i możliwości pozwania kogoś za całokształt tego wieczoru.
Szła szybko, trzymając River za rękę. Co jakiś czas zerkała przez ramię, chociaż nie potrafiłaby powiedzieć, czego właściwie się spodziewała. Staruszki? Lisa? Niedoszłego właściciela wykopanego grobu? Żadna możliwość nie była szczególnie zachęcająca. Kiedy pomiędzy drzewami dostrzegła metalową karoserię, niemal stanęła w miejscu.
To nie był ich samochód.
Kilka metrów od ścieżki, częściowo ukryty w zaroślach, stał stary wóz. Kanciasta sylwetka przypominała modele produkowane w latach osiemdziesiątych, ale Sadie na samochodach znała się tylko w zakresie płacenia za nie. Mech porastał maskę i dach, roślinność oplatała koła, a drzwi pozostawały szeroko otwarte. W środku nikogo nie było. Sadie przyjrzała mu się uważniej, nie ruszając się z miejsca.
Nie widziała go podczas wcześniejszej wędrówki. Z tej strony ścieżki dostrzegała jednak wyraźnie przestrzeń pomiędzy krzakami, która z przeciwnego kierunku pozostawała niemal całkowicie zasłonięta. Nic nie wskazywało na to, że pojazd pojawił się tutaj przed chwilą. Mech nie wyrósł przecież przez ostatnie pół godziny.
Gorsze było coś innego. Drzwi.
Otwarte na oścież, jakby ktoś wieki temu wysiadł i nie zadał sobie trudu, żeby je zamknąć.
Może samochód porzucono po awarii? Może stał tutaj od dziesięcioleci, a jego właściciel dawno wrócił do domu? To było całkowicie możliwe. Równie możliwe jak to, że człowiek, który nim przyjechał, nigdy nie dotarł tam, dokąd zamierzał.
Sadie spojrzała błagalnie na River. — Nie zaglądajmy do środka. Możemy go zgłosić służbom, prawda? To wystarczy?
Nie potrzebowała kolejnych dowodów, że ten las nie jest odpowiednim miejscem na weekendowy wypoczynek, ani na sex, ani na drugs, ani nawet na etc. Gdyby znalazły tam ludzkie szczątki, i tak nie mogłyby niczego zrobić. Gdyby znalazły coś żywego, najprawdopodobniej obie dostałyby zawału. A gdyby nie znalazły niczego, zmarnowałyby tylko kolejne minuty na ucieczkę przed tasakiem.
Pospiesznie ruszyła dalej.
Wyobraźnia, która wyjątkowo rzadko okazywała się pomocna w sytuacjach zagrożenia, zdążyła już podsunąć jej wizję własnego samochodu porośniętego mchem, z drzwiami otwartymi na oścież i dwoma pustymi fotelami.
Absolutnie kurwa nie.
Kiedy wreszcie zobaczyła asfalt, miała ochotę go pocałować (a potem wyszorować twarz papierem ściernym). Powstrzymała się wyłącznie dlatego, że nie wiedziała, co ostatnio przejeżdżało tą drogą, a jej tolerancja dla kontaktu z nieznanymi substancjami została dzisiaj całkowicie wyczerpana. Samochód River nadal stał przy powalonym drzewie. Sadie biegiem rzuciła się do drzwi pasażera. Dopiero we wnętrzu auta, z dala od ściółki, gałęzi i wszystkiego, co mogło z nich spaść, poczuła odrobinę ulgi. Nie wystarczającą, żeby przestać się bać, ale przynajmniej nie musiała już kontrolować, czy coś chodzi jej po nogach i czy nie skręci kostki w ściółce.
— Jedziemy pod prąd. Tak jak mówiłaś — oznajmiła, zapinając pas bezpieczeństwa. — Jeżeli zatrzyma nas policja, zapłacę mandat. Jeżeli będziemy musiały zostawić samochód, kupię ci nowy. Bylebyśmy tylko stąd wyjechały.
Nie zamierzała już dyskutować z geografią. Kiedy ruszyły, Sadie obserwowała pobocze z uwagą, której nie powstydziłaby się podczas oględzin wyjątkowo podejrzanego obrazu. Pierwszy zakręt. Znajoma kępa drzew. Odcinek popękanego asfaltu. Wszystko zgadzało się z zapamiętaną trasą.
Następnie minęły miejsce, w którym poprzednio musiały zawrócić. Sadie wstrzymała oddech. Jeszcze jeden zakręt. I kolejny. Drzewo nie pojawiło się ponownie.
Zamiast niego za szybą zamajaczyły odblaskowe słupki, znak drogowy, a w oddali światła samochodów poruszających się po większej trasie. Prawdziwych samochodów. Z kierowcami, którzy najprawdopodobniej nigdy nie widzieli staruszki z tasakiem i nie mieli pojęcia, ile kosztuje porządna drylownica do wiśni.
Sadie patrzyła na światła, dopóki nie upewniła się, że naprawdę się zbliżają. Nie rozumiała, dlaczego tym razem droga prowadziła gdzie indziej. Nie zamierzała jednak prosić losu o powtórkę w celu zweryfikowania obserwacji.
Dopiero kiedy las został za nimi, opadła głębiej w fotel.
— River? — odezwała się po dłuższej chwili. Popatrzyła na przyjaciółkę. Potem na lusterko, w którym z każdym metrem ubywało ciemnych drzew. — Nigdy więcej nie przyjmę zaproszenia na tajny rave.

River Cross
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”