ODPOWIEDZ
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Moja godność nie pozwala mi odpowiedzieć na to pytanie. — Co było dość wygodne w jego przypadku. Prawda byłaby równie kompromitująca co kłamstwo i przyznanie, że jego również złapali i planowali wpakować do samolotu i wywieźć gdzieś. Zasadniczo byłaby nawet bardziej żenująca, niż gdyby powiedział na głos, że znów dał się pojmać.
Przesunął się w stronę kokpitu z przekonaniem, że skoro znajdujący się tam pilot nie dołączył się do walki, nie reagował na rzeszę psychofanów przy drzwiach, ani nie wyściubił nawet głowy z kokpitu w momencie, gdy padły strzały, to najprawdopodobniej był w to niebezpośrednio zamieszany.
I jego zadaniem było wyłącznie przemieścić maszynę z punktu A do punktu B.
Po jednej z prób wyważył wejście, by chwilę potem celować z broni do przerażonego mężczyzny.
— Drugi silnik — polecił, zerkając przez okno w stronę kotłujących się agentów, którzy już mniej subtelnie próbowali wyważyć drzwi od samolotu.
— A-ale ludzie.
Chłodna lufa przy jego skroni okazała się być wystarczającym argumentem, aby zapomniał o znajdujących się po stronie niepracującego silnika ludziach. Nacisnął parę przycisków, coś przesunął na panelu, a śmigło przy drugim ze skrzydeł zaczęło się obracać z sekundy na sekundę coraz szybciej. Szum pracującej maszyny stał się wyraźnie głośniejszy, a drzwi po chwili przestały uginać się pod siłą uderzeń ciężkimi przedmiotami.
Agenci rozpierzchli się po hangarze, umykając przed narastającą siłą silnika na chodzie. Pilot, zachęcony przez Vissera, choć chyba bardziej przez jego broń, zaczął wyprowadzać powoli maszynę prze otwarty hangar na spowity nocą asfalt. Samolot przesunął się wzdłuż hangarów, ostatecznie wytaczając się na wolny pas.
— Trzeba będzie usiąść — powiedział zestresowany pilot. — Będę startował.
— Navarro — odezwał się, wyglądając z kokpitu. — Usiądź koło sympatycznego pana, w razie gdyby kombinował. — Wskazał ruchem głowy na pusty fotel drugiego pilota. Sam przekuśtykał, dopiero odczuwając pierwsze oznaki całej szamotaniny, w kierunku jednego z miejsc pasażerskich. Opadł na nie, krzywiąc się w reakcji na bolesną szpilę, która nagle werżnęła się w jego ciało.
Oparł głowę o zagłówek, ale kiedy przymknął oczy, przez ciało przeszło nieprzyjemne uczucie ciężkości, przypominające mu o wszystkich ostatnich nocach spędzonych w samochodzie, kilometrach przejechanych za Navarro i kilku minutach szarpaniny, podczas których najwyraźniej odkrył mięśnie, o których istnieniu dotąd nie miał pojęcia.
Skrzywił się, poprawiając pozycję.
Bolało go właściwie wszystko.
Żebra, bark, kolano, coś paskudnie ciągnęło przy boku, ale na tle reszty nie wydawało się szczególnie interesujące. Starzał się. To było jedyne rozsądne wyjaśnienie, którego absolutnie nie zamierzał wypowiadać na głos przy Biance.
Zmusił się więc do ponownego otwarcia oczu i spojrzał w stronę kokpitu, gdzie Navarro miała pilnować ich nowego, wyjątkowo mało entuzjastycznego przewoźnika.
Przez moment obraz wydał mu się dziwnie zbyt jasny, rozmyty na krawędziach, ale wystarczyło kilka mrugnięć, żeby prawie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Przetarł twarz dłonią, uznając, że po pięciu dniach bez normalnego snu miał pełne prawo czuć się jak gówno. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pojawiła się mało uprzejma sugestia, że zwykle po podobnej bójce dochodził do siebie szybciej.
— Jak już upewnisz się, że nasz nowy najlepszy przyjaciel nie postanowi zrobić czegoś heroicznego, niech ci powie, gdzie znajdziemy coś ostrego — rzucił w stronę Bianki, próbując nadać głoswi swój zwyczajny, kpiący ton. — Chyba że chcesz zachować trytytki na pamiątkę. Nawet ci pasują.
Gdy samolot powoli zaczął wzbijać się, poczuł kolejną falę zmęczenia. Nie skupiał się na niej, nie oglądał się na siebie, pilnował, aby skutecznie oddalić się od zagrożenia i…
— Gdzie w zasadzie mieli lecieć?
— Kazano mi zgłosić i zrealizować lot do Los Mochis.
— Los Mochis?
— To w Meksyku
— Wiem, gdzie jest, kurwa, Los Mochis. Po chuj?
— Nie wiem, przysięgam! Tylko tyle mi powiedziano.
Ciężko byłoby nie kojarzyć miasta w regionie, który był gniazdem węży z Sinaloa. Nie pasował mu jednak zestaw podróżników, który pierwotnie planował się tam wybrać.
— Navarro macie tam jakąś super tajną bazę operacyjną czy o co chodzi? — To akurat byłoby głupie, bo kartel pilnie strzegł swojego terenu i wątpliwym było, aby tak po prostu nie zauważyli miejscówki, gdzie przyczajali się federalni. Z drugiej strony niby najciemniej było pod latarnią, ale… Tępy ból przy boku zachwiał jego ciąg myślowy (tak, zdarzało mu się myśleć). Skrzywił się mimowolnie, odruchowo sięgając do pulsującego miejsca. Lepka wilgoć, którą poczuł pod palcami nie była tym, co chciałby przy okazji tam znaleźć.
i got this
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jednej chwili jej los po raz kolejny już zmieniał się o sto osiemdziesiąt stopni. W przeciągu godziny została wyciągnięta z łóżka przez otwierające się drzwi, spięta, wsadzona do samochodu i wywieziona do położonego na samym środku niczego hangaru, i uderzona z n o w u, zbyt wiele razy niż przychodziło jej akceptować - czyli zero.
W następnej znów on wtargnął w środek jej rzeczywistości ze swoją gwałtownością i skrajnie nieprzemyślanymi zachowaniami, a ona wpadła w wir szamotaniny z agentami, którzy powinni stać po jej stronie przeciwko niemu - a w jakimś pieprzonym zrządzeniu losu wszystko było zupełnie na opak.
I w tym całym chaosie nie potrafiła skupiać się na bólu w jej skroni czy wżynającym się plastiku w skórę na jej nadgarstkach, ani nawet na kolejnych trupach, które padły u jej stóp - lecz nie z jej ręki.
W tym całym chaosie jej umysł mielił wypowiedziane przez niego słowa, usiłując dotrzeć do jakichś sensownych wniosków.
Dwie rzeczy mogła uznać za naruszające jego godność - pierwsza z nich zakładała, że pomimo swoich ogromnych planów związanych z ucieczką, jednak został złapany. W jakiś sposób było to dla niej pocieszające, sprawiało bowiem, że jej znalezienie się w tym samolocie było mniej związane z jej ogólną niekompetencją, a bardziej z zasobami, które z jakiegoś powodu rzucono by ją pojmać.
Druga spotykała się z tym samym zaprzeczeniem, które uparcie zamykało jej oczy zawsze, gdy Visser robił coś dla niej.
Wtedy, gdy wiedziony tą pokrętną logiką cofał się po nią tak, jak ona cofała się po niego. Gdy wracał się do mieszkania i podnosił ją z przykrytej odłamkami szkła podłogi. Gdy płynął w stronę brzegu z nią uwieszoną swojego ramienia i opatrywał jej rany jednocześnie cedząc pełne nienawiści słowa.
Druga z tych możliwości wywoływała w niej z goła inne odczucia, dalekie od zwykłego pocieszenia. A także wewnętrzny konflikt, który nie akceptował wdzięczności, która próbowała zakraść się do jej trzewi i zająć miejsce koło ulgi, z którą zdążyła się już pogodzić.
Jej nowi towarzysze podróży okazali się dużo gorsi niż Robin Visser.
- Porywamy pieprzony samolot? - syknęła, choć logicznie była w stanie przewidzieć, że taki był następujący ciąg wydarzeń. Znaleźli się wewnątrz zamkniętego samolotu, na terytorium, które było im obojgu obce. Na płycie lotniska roiło się od agentów gotowych przywitać ich ścianą ołowiu jeśli któremuś uda się otworzyć drzwi.
Opcji nie było szczególnie zbyt wiele.
- Po jedenastym września oficjalnie to klasyfikuje nas jako terrorystów - burknęła w cichym sprzeciwie, nim uświadomiła sobie, że w zasadzie Visser nie miał amerykańskiego obywatelstwa, więc pewnie niezbyt go to w ogóle obchodziło.
Nie miała pojęcia jakie nerwy będzie miał ich porwany pilot.
Jej panika tkwiła na stabilnym, wysokim poziomie gdy nakazał jej przejść do kokpitu. Nie chciała tego robić. Chciała tkwić jak najdalej od tego wszystkiego, jakby separacja jedną ścianą i drzwiami kokpitu była wystarczająca by choćby odrobina jej dłoni została czysta.
Mimo tego znalazła się w kokpicie.
Pilot nie miał do zaoferowania jej nic, z czego mogłaby skorzystać. Bąknął tylko coś o zestawie pierwszej pomocy, który znalazła schowany pod jedną z płyt tworzących podłogę. Gdzieś w jego wnętrzu wydobyła nożyczki i, choć przez myśl przeszło jej, by poprosić Vissera o pomoc, zamiast tego spędziła co najmniej dwie minuty wykręcając sobie palce by zrobić to własnoręcznie.
W tym czasie samolot wzniósł się w ziemię, w reakcji na co jej żołądek również poszybował - w stronę gardła.
Los Mochis rozbłysło w jej myślach gdy szukała wszelkich nitek, które mogłaby z nim powiązać. Kojarzyła drobne fakty na jego temat, sprawy powiązane z kartelem, nic jednak co należałoby do agentury, którą była częścią.
- Spróbuj czegoś, a nie ja będę cię dalej pilnować - warknęła, nachylając się nad n i e w i n n y m pilotem, którego drżenie rąk było aż nadto widoczne - ale w tych właśnie rękach chwilowo tkwił ich los. - Tylko on.
Jeszcze nie wiedziała, że ta groźba nie miała zbyt wielkiego pokrycia w chwili obecnej.
Przerzuciła zestaw pierwszej pomocy z powrotem do przejścia, w którym go znalazła i ruszyła do części pasażerskiej, nie chcąc prowadzić konwersacji na temat Los Mochis w akompaniamencie trzeciej pary uszu, która mogła wszystko odnotowywać. W jej głowie pilot miał przeżyć dzisiejszą podróż po tym, gdy dowiezie ich bezpiecznie na miejsce.
- Nie wiem nic o Los Mochis - westchnęła, rozmasowując obolałe nadgarstki. - Ale twoje marzenie mogło się spełnić. Wróciłbyś do Meksyku...
Dopiero wtedy jej wzrok uniósł się znad czerwonych pręg na jej skórze w górę, odnajdując go spojrzeniem. Jej umysł natychmiast odnotował nieprawidłowość, choć z początku nie potrafiła jej zlokalizować. Jego obita twarz nadal była jego twarzą, ubrania, które miał na sobie, również należały do niego - właśnie teraz zorientowała się, że były dokładnie tymi, w których zobaczyła go po raz ostatni.
Dopiero jedno uderzenie później, dwa kroki pokonane w jego kierunku dostrzegła zgarbienie jego sylwetki, ociężałość głowy podążającej za nią gdy się zbliżała. A na końcu - ciemniejszy materiał gdzieś w jego boku, błyszczący od krwi.
- Visser - syknęła, instynktownie skracając dystans między nimi, wciskając się na fotel obok. Nieproszona i prawdopodobnie niemile widziana, sięgnęła dłońmi do rozerwanej tkaniny, która przylgnęła do zakrwawionej pod spodem skóry. - Jesteś ranny.

(x) doubt
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczyło, aby Navarro tylko dotknęła jego ubrania, żeby to, co dotąd próbował zaliczyć do ogólnego stanu po bójce, nagle stało się konkretnym miejscem bólu w jego boku. Zacisnął palce na podłokietniku, odruchowo próbując odsunąć się od jej dłoni, co udaremniło mu oparcie fotela
— No — wydusił, jakże elokwentnie.
Przecież wiedział. Miał krew na ręce, zanim w ogóle wróciła z kokpitu. Tyle że wtedy mógł jeszcze nie oglądać, skąd dokładnie się bierze, i przez te parę minut jakoś mu to wystarczało. Teraz jej palce znalazły się przy rozdarciu, materiał poruszył się na skórze, i już nie mógł wmówić sobie, że jeśli nie spojrzy, to problem poczeka przynajmniej do lądowania.
Spojrzał.
Koszulka była ciemna od krwi, kurtka też, choć wcześniej wydawało mu się, że to tylko jej cień. Spróbował podciągnąć ją wyżej i odsłonić bok, ale coś szarpnęło go pod żebrami, więc zatrzymał rękę w połowie ruchu, zirytowany własnym ciałem równie mocno, jak gdyby to ono przed chwilą nacisnęło spust.
Pierwszy strzał nie poszedł więc nie spudłował.
Powinien był się domyślić, że Pravandovski nie szczerzyłby tak zębów, gdyby posłał kulę w tapicerkę czy inny element wyposażenia. Z drugiej strony, chwilę później sam Visser strzelał do niego nawet wtedy, kiedy ten już leżał, więc może nie należało szukać w ich zachowaniu szczególnie rozumnych wskazówek.
Bok bolał teraz przy oddychaniu, przy jakiejkolwiek próbie ruchu też, a kiedy Visser zdecydował się siedzieć zupełnie nieruchomo, ból wciąż istniał zatem nie było rozwiązania, w którym choć trochę by sobie ulżył. Może więc jeśli zacznie ignorować swój stan to wszystko minie a problem się rozwiąże sam.
Albo powinien obmyślić kolejny genialny plan.
Próbował wziąć głębszy oddech, ale zatrzymał się w połowie, kiedy ból przy boku pociągnął gdzieś pod żebrami. Następny był już płytszy. I kolejny, choć za każdym razem wydawało mu się, że tym razem nabierze powietrza normalnie. Serce biło mu za szybko; czuł każde uderzenie w ranie, jak gdyby puls przeniósł się właśnie tam. Miał wilgotny kark i jednocześnie marzł pod tą kradzioną, ale przynajmniej dizajnerską kurtką.
Plan. Lepiej zorganizować kolejny zajebisty plan.
Los Mochis nie było jeszcze nieuniknione. Pilot miał tam lecieć, bo taki dostał rozkaz; z nowym rozkazem mógł polecieć gdzie indziej, o ile starczyło paliwa i gdzieś mogli bezpiecznie posadzić ten zasrany samolot. Tylko trzeba było wskazać mu miejsce.
Obecny cel wydawał się być kiepski nie przez niechęć Navarro – to też, ale że wziął to pod uwagę, to by nigdy się nie przyznał – ale przez fakt, że druga strona na pewno już dostała, albo dostanie zaraz, informację o tym, co się wydarzyło.
I raczej nie przyjmą ich tam z otwartymi ramionami. Ktokolwiek miał to być.
Przesunął spojrzenie na Navarro, którą przez cały ten czas próbował ignorować. Duma nie pozwalała mu przyznać na głos, że, po pierwsze – dał się postrzelić wyżelowanemu gogusiowy, po drugie – potrzebował pomocy. Dokładniej, z powodu braku alternatyw: j e j pomocy.
— Dokąd ty właściwie ciągnęłaś przez te pięć dni, Navarro? — spytał, przez cały czas konsekwentnie udając, że wcale nie ubywa mu sił wraz z każdym mililitrem krwi, który opuszczał jego ciało. — Aż tam marzyło ci się odmrożenie dupy na północy?
Przez pięć dni widział jej samochód na drogach, przed motelami, przy stacjach, na których zatrzymywała się czasem na tyle długo, że sam zdążył zapaść w sen z głową opartą o kierownicę. Trzymał się kawałek za nią. Raz bliżej, gdy gubił ją w ruchu, raz dalej, kiedy bał się, że rozpozna czarne BMW w lusterku. Mógł w każdej chwili odbić gdzieś indziej, a potem pewnie przekonać samego siebie, że wcale za nią nie jechał.
A i tak oboje dotarliby w to samo miejsce. Chociaż wątpliwe, że zostałaby powitana tequilą i limonką, bo raczej trudno byłoby jej pić shoty z rękami związanymi trytytką. x x x x x x
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Elokwentna odpowiedź była zbędna. Widziała sposób, w jaki zareagował gdy tylko wyciągnęła w jego stronę rękę, a chwilę później dostrzegła też ciemną plamę na materiale. Coś w jej żołądku zwinęło się w supeł na ten widok, choć przecież do widoku krwi już dawno zdążyła przywyknąć.
Nie zauważyła tego wcześniej.
W ich szamotaninie przecież nawet spojrzała w jego kierunku gdy padł pierwszy strzał, zyskując przez to piękne limo na swojej twarzy. Zachowywał się normalnie, kontynuował walkę normalnie. A teraz usiłował wcisnąć się w drugi koniec fotela byle tylko uciec od własnej rany zdobiącej jego bok.
Zaklęła pod nosem, podnosząc z miejsca. Spojrzała kontrolnie w stronę kokpitu i ruszyła do przejścia, w którym zostawiła zestaw pierwszej pomocy. Było to dla niej odruchowe, machinalne, choć przecież była to doskonała sposobność by się nad nim odrobinę poznęcać. Może gdyby był mniej poważnie ranny i chodziło wyłącznie o zbite żebra bądź rozwaloną wargę, skrzętnie przekazałaby mu wszystko, co uważała o jego durnych planach.
Ale jego ruchy były ciężkie, powolne, sylwetka zamrożona w bólu zbyt intensywnym do ignorowania, oddech coraz płytszy - w reakcji na co jej panika znów podnosiła się do niebezpiecznych poziomów. Panika, która tym razem z jej własnym dobrobytem nie miała nic wspólnego.
- Zdejmij to - mruknęła ze zniecierpliwieniem, rzucając zestaw na ziemię i chwilę później znów znajdując się przy nim. Nie czekając na jego opieszałą reakcję, sięgnęła do połów kurtki, która przykrywała ranny bok. - Dlaczego nic nie mówiłeś?
Nachylając się nad jego zbolałą sylwetką, znów je poczuła.
Perfumy, które kojarzyły jej się już wyłącznie z nim, które wyczuwała sporadycznie w tłumie i zawsze reagowała, szukając ich źródła. Które towarzyszyły jej przez całą drogę gdy tkwiła zamknięta w samochodzie zastanawiając się, który z nich nimi pachniał po to, by ulotnił się gdy wyszła na zewnątrz.
Zsunęła kurtkę z jego ramion i zamarła pod wpływem jego s p e c y f i c z n y c h słów. Jej dłonie zaciskały się na materiale, końcówki włosów muskały unoszącą się ciężko klatką piersiową gdy przeniosła swój wzrok z ciągle monitorowanej rany na twarz człowieka, który ją otrzymał.
Skąd wiedział, że przez pięć dni jechała na północ?
Jeśli go złapali w trakcie własnej ucieczki, nie miałby pojęcia o miejscu, w którym została złapana ona. Nie miał żadnego powodu do znalezienia się w tym rejonie, w którym wsadzono ją do hangaru. Czy nie planował powrotu do Meksyku?
Czy ona kiedykolwiek powiedziała mu w ogóle o Alasce?
Nagle wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsce. Jego utrata godności, samochód, który widziała parę razy pomimo swojej nieustannej drogi naprzód. Profil, który migał jej z daleka gdy wróciła się nagle na stację benzynową. Zapach perfum, ciągnący się za nią jak duch, czy raczej wspomnienie.
- Skąd wiesz, że jechałam na północ? - jej dłonie wczepiły się w tę kurtkę, którą powinna zdjąć, na zbyt długo. Zamarła, w tej niekomfortowej pozycji, w której pochylała się by ocenić stan jego obrażeń i pomóc zdjąć ubranie, którego musiał się pozbyć, a w której teraz, gdy zadarła głowę w górę by na niego spojrzeć, dystans między ich twarzami zdawał się marginalny.
Widziała wyraźnie opuchliznę, która zaczęła wykwitać wokół jego oka. Podobna zaczęła tworzyć się wokół jej własnego, pod zasklepioną drobiną krwi spływającą z pękniętego łuku brwiowego.
- Czy ty jechałeś za mną? - zapytała wreszcie, ściągając kurtkę z jego ręki i wyszarpując ją spod niego nawet, jeśli miało to spotkać się z jego nieprzychylną reakcją.

robin visser
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciągnący, tępy ból skutecznie uniemożliwiał mu skomentowanie polecenia Navarro. Zauważyłby na głos, że to już drugi raz, kiedy ma paradować przed nią do połowy roznegliżowany w przeciągu tygodnia. Zauważyłby, gdyby nie fakt, że ścierał własne, zaciskane zęby, starając się tym zdławić dyskomfort.
Sytuacja była nieidealna; nie tylko przez wzgląd na fakt, że jego ego poważnie oberwało – podobnie jak i ciało – przez kulę posłaną w trakcie szarpaniny z Robertem. Chodziło o beznadziejne położenie. Tysiące metrów nad ziemią, bez konkretnego kierunku, bo przecież Los Mochis nie było do akceptacji. Lekarza brak. A przy każdym głębszym oddechu albo próbie poprawienia pozycji coś w boku odzywało się w sposób, którego nie dało się już zwalić wyłącznie na stłuczone żebra.
Ból zbierał się zawsze w tym samym, zbyt konkretnym punkcie; tępy przez większość czasu, przy ruchu nagle ostrzejszy, z nieprzyjemnym wrażeniem, jakby głębiej pod skórą coś zahaczało o tkankę przy każdym skręcie tułowia.
Visser znieruchomiał po którymś takim ukłuciu, zacisnął szczękę i wypuścił powietrze z syknięciem. Robert najwyraźniej zostawił mu po sobie pamiątkę, której zdecydowanie nie zamierzał wwozić aż do Meksyku – zresztą piszczałby na bramkach.
Przynajmniej Navarro była względnie cała.
Gdy jego rzucone bez większego przemyślenia słowa ją zatrzymały, dotarło do niego, że trochę spieprzył sprawę osłony własnej godności. Mógłby pewnie zbyć jej pytanie prostym stwierdzeniem, że przecież hangar, w którym się znaleźli zdecydowanie był bardziej na północy niż Toronto; zamiast tego milczał, nie potrafiąc nawet zbudować zbywającej, bezczelnej riposty, którą zasłoniłby się zamiast odpowiedzieć.
Niespodzianka!
— Jechałem — przyznał. Tyle.
A i tak brzmiało żałośnie. Nie ze względu na zachrypnięty głos, choć akurat ten też pozostawiał sporo do życzenia; chodziło o całe te pięć dni, które zmieścił w jednym słowie. Stacje benzynowe, na których czekał, aż ruszy pierwsza, sen urywany, i zapach choinki w kradzionym BMW, którego pod koniec nie mógł już znieść i teraz rzygał na samo wspomnienie o nim.
Chciał zobaczyć, co zrobi z jego odpowiedzią, ale sam chwilę temu skapitulował pod jej spojrzeniem, z jakiegoś powodu czując się skompromitowanym. Oczywiście, że miał tysiąc powodów by wytknąć jej, że przecież jechał za nią, bo wiedział, że sobie nie poradzi, że czuł że będzie coś nie tak oraz że nie ufał temu przyjacielowi i zamierzał go sprawdzić, ale to wszystko wydawało się żenujące, bo układałoby się w nieskomplikowany schemat – tak, jechałem za tobą – bo się martwiłem – bo dalej mi zleży.
A przecież powinno przestać, po rozmowie na pierwszej ze stacji. Po rozmowie w punkcie, gdzie ich drogi miały się rozjechać na obie strony.
Po rozmowie, w której jasno dała mu do zrozumienia, że mu nie ufa. Że większe szanse na pomoc ma u pRzYjAcIeLa KtÓrY sTwOrZyŁ oRtEgĘ. Nie przy facecie, który realnie, a nie w wyniku planu oddał jej swoje zaufanie.
Tak, dalej bolało.
Nie, nie zamierzał o tym mówić jeszcze raz. Nie chciał być obrzucony pistoletem po raz kolejny. Zresztą – to niczego by nie zmieniło.
— Jeszcze raz: po co północ? — spytał w końcu, znajdując w sobie na tyle siły, by wyrzucić własne pytanie. Powinien był je bardziej doprecyzować – domyślał się, że raczej do tego zasranego przyjaciela; a chodziło mu przecież o miejsce docelowe. Z trudem jednak przychodziło mu obracanie myśli w głowie, co dopiero składanie ich w sensowne wypowiedzi. — Każ mu zmienić punkt docelowy — dodał, otwierając oczy.
W tym stanie nawet światło zdawało się zadawać ból, więc na powrót opuścił powieki.
Los Mochis nie mogło być celem, nawet jeśli było blisko upragnionego Meksyku, w którym zamierzał się zaszyć. Nie mogło być, bo przyszłoby zbyt łatwo i w niezrozumiałych okolicznościach jak to, że agent federalny zamierzał tam zabrać skutą Navarro. Za bardzo to śmierdziało, żeby tak po prostu temu zaufać.
— I pilnuj go. Poradzę sobie.
I can follow you like a dog to the end of the world
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

J e c h a ł.
Brzmiało tak absurdalnie prosto, że w każdej innej sytuacji nie zwróciłaby na to najmniejszej uwagi. Jeszcze tydzień wcześniej, gdy chwila taka jak ta należałaby do elementów codzienności między nimi, przytaknęłaby, przyjmując to do wiadomości. Znała go wystarczająco dobrze by wiedzieć, że dbał o ludzi, których uważał za swoich i gdyby w jego odczuciu popełniała błąd, pojechałby za nią. Pojechałby za Ortegą.
Kłopot w tym, że ona nie była Ortegą.
Jego prosta i krótka odpowiedź wpełzła do jej umysłu, zakradając się do niego podstępnie a każde miejsce, którego dotknęła, nagle zaczynało się ocieplać. Chłód w jej żyłach, napięcie w jej mięśniach i to pełne paniki uczucie, które towarzyszyło jej od ostatnich pięciu dni, wszystkie te fragmenty, z których stworzony był jej dyskomfort, zaczynały się roztapiać pod wpływem jednego słowa.
Nie była s a m a.
Wsiadając na fotel skradzionego samochodu i mknąc drogą na północ. Wysiadając na stacjach benzynowych i kradnąc pieniądze, kupując dla siebie jedzenie i ubrania. Zatrzymując w małych, położonych na obrzeżach motelach, w których chowała auto z dala od głównej drogi i padała na łóżko, wycieńczona drogą i pozostałymi w jej ciele obrażeniami, utrudniającymi jakąkolwiek rekonwalescencję.
Wtedy, gdy patrzyła w lusterko przekonana, że zaraz zostanie złapana. Gdy bezmyślnie przeglądała w telefonie wiadomości sprawdzając, czy jedyna osoba na tym świecie, która wiedziała kim była naprawdę, w jednym i w drugim wcieleniu, wciąż żyła, wciąż pamiętała.
Ani na chwilę nie była sama.
Resztki wzniesionych przez nią murów zaczynały się kruszyć. Struktura, tak pieczołowicie podtrzymująca w jej głowie obraz bestii, którą ulepiła z wszystkich jego nienawistnych słów, z obietnicy jej zamordowania, z wrzucenia jej w wodę, powoli rozpadała się pod wpływem jednego, niewinnego słowa.
Bestii, która wróciła się po nią w klatce schodowej, która zaniosła ją do auta, opatrzyła jej rany. Która przez ostatnie pięć dni podążała za nią, trzymając swój dystans, pozwalając jej sądzić, że jest zdana na siebie choć ani na chwilę nie była.
Bestii, która wskoczyła do paszczy lwa i zatrzasnęła za sobą drzwi, odgradzając ich od świata zewnętrznego.
- Jesteś idiotą - szepnęła, w desperackiej próbie podtrzymania tej struktury, której fundamenty na zawsze zostały skruszone. Potrzebowała jej. Potrzebowała jej jak rusztowania, dzięki któremu mogła dalej funkcjonować, oddychać, wiedząc, po której stronie stała ona, a po której stał on.
Potrzebowała, by jej świat był czarno biały.
Potrzebowała, by Visser nadal był tą bestią, a nie mężczyzną, którego oddech robił się coraz cięższy tak jak i powieki, opadające zdradziecko w dół.
- Będzie krążył po Kanadzie póki nie skończy nam się paliwo. Mamy czas - warknęła, nawet nie zaszczycając jego pytania odpowiedzią, ponieważ zaraz później ośmielił się zasugerować, że sobie p o r a d z i.
Jak miałby sobie poradzić, z raną postrzałową w swoim boku, szkarłatem zalewającym fotel?
W jej dłoniach już znalazło się ostrze, którym mogłaby przeciąć materiał. Zestaw pierwszej pomocy - dużo bardziej kompletny niż to wszystko, co on znalazł w chacie - tkwił otwarty na siedzeniu obok, gdy ona zabrała się do pracy.
- Nie prosiłam cię, żebyś za mną jechał - dodała, dusząc w sobie panikę gdy materiał jego koszuli się rozchylił, ujawniając przykrytą krwią skórę i paskudną ranę postrzałową. - Nie przypominam sobie, żebym życzyła sobie twojej obecności.
Zanim zdezynfekowała ręce, przysunęła się bliżej. Podejrzewała, że zmuszenie go do wstania graniczyłoby w tej chwili z niemożliwością, mogło też być nierozważne - ale potrzebowała sprawdzić, czy kula przeszła na wylot, nawet jeśli wydawało jej się, że dostrzega jej błysk, gdzieś pod grubą warstwą szkarłatu. Jej palce wsunęły się pod jego plecy, badawczo sprawdzając, czy tam był cały, nim sięgnęła po środek do dezynfekcji.
- To był twój genialny plan? - zadrwiła, choć bez przekonania. Nie podobał jej się sposób, w jaki do niej mówił, jakby ta iskra, która zawsze pchała go do rzucania w jej kierunku najgorszych możliwych frazesów zgasła - a Navarro wiedziała, że ona nigdy nie gasła jako pierwsza. - A co z twoimi kolegami w Meksyku? Z Winnipeg, albo Thunder Bay? - dodała, wyciągając kawałek gazy i przyciskając do ziejącej w jego boku dziury.
Chwyciła jego dłoń i, w geście lustrzanym do tego, którym kiedyś on obdarzył ją, uniosła ją do rany z niemym poleceniem dociskaj.

a dog with no plan
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie nazwała go inaczej, niż by się po niej spodziewał. Od pewnego momentu, niedługo po punkcie zwrotnym w ich relacji – tym, w którym rzuciła go na glebę, brutalnie zapoznając z faktem, że go oszukała – Navarro bardzo chętnie go obrażała. Bardzo chętnie go sprowadzała do poziomu najgorszych, choć jeszcze na samym początku była taka odważna, by nazywać go nikim. Akurat w obliczu ostatnich samych superlatyw, jakie mu nadawała, idiota było niemal jak komplement.
— Świetny pomysł — wychrypiał. — W ogóle nie będzie to podejrzane na SSR-ach.
Jak ktoś wpadnie na pomysł, aby na FlightRadarze wylosować akurat ten samolot, to będzie się zastanawiał o co chodzi. Nie mówiąc już o konsternacji, którą to wywoła we wszystkich wieżach, które kontrolowały ruch w powietrzu.
Wątpił, aby ów kompaktowy samolot był wyposażony w technologię stealth. I wątpił, aby ich pilot brzmiał na tyle wiarygodnie – z tym swoim drżącym, przestraszonym głosem – przekonał którąkolwiek z ATC, która akurat się do niego zgłosi z zapytaniem co ty kurwa robisz, że akurat miał taki kaprys, by pokręcić sobie kółka w środku nocy.
Chyba miał ich za idiotów. Szkoda tylko, że nie do końca miał teraz chwilę i zasoby, aby uświadomić go, że nie są parą patałachów. Niezależnie od tego, co najpewniej Navarro mu wmówiła na jego temat.
— Nie przypominam sobie, żeby interesowało mnie twoje zdanie — odciął się.
Bozia pokarała go choćby za samą próbę brzmienia jak zobojętniały dupek, wyrzucając z jego płuc kilka dławiących pokasływań. Każde jedno w akompaniamencie ciągnącego bólu, rwącego się w okolicach boku.
Gdzieś pomiędzy jedną jej próbą niesienia mu pomocy, gdy on jasno zaznaczył, że przecież sobie p o r a d z i, spróbował nawet odepchnąć jej dłonie od siebie. Jego nerwy pobierały bolesną opłatę za każdy ruch.
— A t o był twój genialny plan? — odciął się, nienauczony pierwszą lekcja dobrego wychowania, którą Matka Boska mu zapewniła. Matka boska najwyraźniej teraz przybrała kształt, wygląd, zapach i nawet głos Navarro – zacisnął zęby, kiedy każdy kolejny kawałek gazy znajdował miejsce w jego boku. — Nie wiem, Navarro. Oboje jesteśmy w gównie, przy czym ty przypadkiem, a ja na własne życzenie.
W jego głowie brzmiało to o wiele dumniej, niż po wypowiedzeniu na głos.
Nie dało się jednak, w całej tej parodii rozmowy, nie zauważyć jednego, dla niego dość istotnego, szczegółu – wciąż nie odpowiedziała na jego pytanie. A zadał jej jedno. Jedno, jedyne. Dwukrotnie. Zamiast tego wolała mu przytykać lub poruszać kwestie tego, czy chciała albo nie chciała, aby był na p ó ł n o c y z nią.
Trzeci raz nie pytał. Nie z powodu, że wyciągnął lekcje z poprzednich pyskówek czy prób odezwania się, które pobierały nieuczciwą opłatę. Przypomniał sobie – bo najwyraźniej zdarzyło mu się zapomnieć – że przecież ona mu nie ufała. Nie ufała nikomu.
No, chyba że niesławnemu pRzYjAcIeLoWi oD OrTeGi.
W końcu odsunął od siebie jej dłonie. Tym razem skuteczniej, choć każdy ruch odbił się pod żebrami tym tępym szarpnięciem, które tym razem na moment zabrało mu oddech.
Nie potrzebował, żeby dalej przy nim klęczała, poprawiała gazę, sprawdzała, czy krwawienie zwalnia. Wystarczyło, że już wiedział, że to zrobiła. Tego akurat nie chciał oglądać dłużej, bo zbyt łatwo można było pomylić troskę z czymś, czego między nimi przecież nie było.
A ostatnio miał wyjątkowo mało szczęścia do własnych interpretacji.
— Powiedziałem, że sobie poradzę — mruknął i, zanim zdążyła odpowiedzieć, oparł dłoń o siedzenie, próbując się podnieść. Pierwsze kilka centymetrów poszło zadziwiająco dobrze, a potem światło w kabinie rozlało mu się przed oczami w białe plamy, gdzieś pod czaszką rozsypała się garść gwiazd, a kolana przez krótką, kompromitującą chwilę najwyraźniej rozważały wypowiedzenie posłuszeństwa.
Zacisnął szczękę i wyprostował się mimo wszystko, z głupiego uporu. Z głupiego męskiego uporu godnego sześciolatka.
a dumb lap dog
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała żadnego i d e a l n e g o planu na tę okazję. Może dlatego, że nie spodziewała się porywania pieprzonego samolotu w środku nocy - gdyby otrzymała informację z wyprzedzeniem, z pewnością poczyniłaby jakieś przygotowania. Na przykład wyrobiła sobie pieprzoną licencję pilota w trybie przyśpieszonym.
Albo kupiła spadochron.
- Wylecieliśmy małym samolotem z prywatnego hangaru. Nikogo nie interesujemy - odgryzła się, choć jakaś jej część ucieszyła się na tę drobną uszczypliwość. Oznaczała ona, że Visser jeszcze kontaktował na tyle, by jego naturalnie złośliwa natura pokazywała zęby. - Jeśli miałabym zaplanować taką operację, posmarowałabym komuś wysoko postawionemu, żeby tak zostało.
Nie zamierzała przecież pozwolić, by krążyli w kółko aż do utraty paliwa. Musiała coś wymyślić, co skrzętnie zrobi. Później.
Po tym, gdy dziura w jego boku zostanie załatana, a jej serce przestanie w panice liczyć każde kaszlnięcie, z którym wraz z powietrzem na zewnątrz wydostawały się drobinki krwi.
- Nie przypominam sobie, żeby interesowało cię moje zdanie także wtedy, gdy wjechałeś pieprzonym samochodem do jeziora albo wepchnąłeś mnie do stawu - zaprotestowała z irytacją, rozkładając wszystko, co było jej potrzebne, na rozłożonej na sąsiednim siedzeniu gazie. Wiedza o opatrywaniu rannej osoby była czymś, co Visser nabył samodzielnie. W przeciwieństwie do kartelu, w którym uczono wyłącznie wyrządzania krzywdy, ją w agencji nauczono również jak p o m a g a ć.
A dla niej niezaprzeczalnym było, że musiała pomóc jemu. Było to dla niej tak naturalne, jak oddychanie.
- Mój plan nie zakładał, że będę porywać pieprzony samolot - odgryzła się, spoglądając na trzymaną przez niego gazę. Biel ustąpiła jaskrawej czerwieni krwi, która sączyła się przez materiał na drugą stronę, krwawiąc obficie. Nie przeszkadzał jej widok krwi. Ale z jakiegoś powodu widok j e g o krwi wywołał w niej strach.
A ten sekundę później przekształcił się w irytację.
- Niby w jaki sposób? - warknęła, chwilowo nie dostrzegając podobieństwa do siebie samej w jego uporze. Tym bardziej wtedy, gdy chwycił dłońmi podłokietniki i miał czelność spróbować się podnieść, a jej serce podeszło do gardła na widok bólu, który wdarł się do jego mimiki tak, jak wściekłość wdarła się do jej własnej. - Siéntate, burro testarudo.
Złość odebrała jej umiejętność posługiwania się językiem, który był im wspólny. Jej dłonie sięgnęły do męskiego ciała, chwyciły za jego ramiona, początkowo pragnąc zmusić go do zajęcia z powrotem miejsca - później zaś podtrzymując go, gdy jego nogi zachwiały się, a to samo ciało, które sekundę wcześniej wyrywało się do przodu teraz prawie runęło w dół.
- Te lo juro, eres el hombre más estúpido que conozco, Visser - prychnęła pod nosem, jej złość rosła w miarę paniki, która znów zalewała jej łaknące ciepła serce lodowatym chłodem.
Nie zamierzała pozwolić, żeby wykrwawił się w tej chwili z własnej, urażonej dumy i męskiego ego, które, jak podejrzewała, było tak istotną częścią Robina Vissera, że nawet w półprzytomnym stanie je zachowywał.
Sięgnęła dłonią do gazy, przytrzymując ją w miejscu - drugą zaś znalazła przełącznik w podłokietniku i nacisnęła go, zmuszając oparcie jego siedzenia do odchylenia się. Ciężar mężczyzny wystarczył, by zrobiło to samo, w dodatku z impetem, którego pewnie nie wybaczy jej zbyt szybko.
- Intenta ponerte de pie y la bala en tus costillas será el menor de tus problemas - syknęła, dłoń opierając na jego klatce piersiowej. Tyle, że dłoni potrzebowała - w zasadzie potrzebowała dwóch.
Jej wzrok rozejrzał się w poszukiwaniu pasów, rozważając, czy przypięcie go nie byłoby najprostszą z opcji, nim wygrała z nią niecierpliwość. Wsunęła się na jego kolana, ostrożnie przysiadając okrakiem na jego udach byle tylko go uziemić i sięgnęła do zakrwawionej gazy, odrywając materiał.
- Będziesz grzeczny, czy mam cię do tego fotela przywiązać?

be a good boy for a change
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Me halagas, Navarro — mruknął. Nie było w tym szczególnie dużo siły, niestety. Najgłupszy facet, jakiego znała. Mówiła już gorsze rzeczy. Zresztą po tym, jak przed chwilą próbował podnieść się z fotelem, raną postrzałową i widmem nagłego zgonu najwyraźniej od samego męskiego ego, trudno było się z nią nawet do końca nie zgodzić.
Tylko że później usiadła na nim.
Przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Jej kolana po obu stronach jego bioder, jej dłoń na jego klatce piersiowej, włosy zsuwające się na twarz, kiedy nachylała głowę nad jego bokiem. Była tak blisko, że widział drobną strużkę zaschniętej krwi pod brwią i napięcie w jej szczęce, którego wcześniej z tej odległości nie miał okazji oglądać.
No.
To nie pomagało.
Gdzieś głęboko, nieznośnie nie na miejscu, pojawiło się to krótkie ukłucie, przez które oddech zatrzymał mu się na sekundę. Ciepło jej ud przy swoich, ciężar oparty na nim, jej twarz ledwie kilka centymetrów od jego własnej; gdyby nie znajdowali się właśnie w pieprzonym samolocie z porwanym pilotem i kulą siedzącą mu pod żebrami, mógłby się nawet pokusić o komentarz.
Mógłby.
Ból wrócił dokładnie wtedy, kiedy przesunął się minimalnie w fotelu, próbując znaleźć pozycję, w której własny bok nie będzie przypominał o sobie przy każdym oddechu. Szarpnęło nim tak ostro, że dłoń odruchowo zacisnęła się na podłokietniku. Zacisnął szczękę, ale i tak nie udało mu się całkiem zdusić syknięcia. Z każdą chwilą robiło mu się dziwnie zimno, choć kark miał wilgotny od potu, a nawet światło nad ich głowami zaczynało go drażnić.
Samolot delikatnie zadrżał na czymś w powietrzu i nawet ten ruch odbił się pod żebrami nieprzyjemnym pulsowaniem.
Nie był w najlepszej formie do odgrywania się.
— Y tú eres una pesadilla — rzucił mimo wszystko, podnosząc na nią wzrok. To nawet nie brzmiało to nawet jak obelga, którą teoretycznie miało być. Potrafił przecież lepiej.
Samo pytanie o to, czy będzie grzeczny, zawisło między nimi przez moment dłużej. Robin uniósł kącik ust, ale wyszło z tego coś znacznie słabszego od zwykłego uśmiechu; bardziej grymas niż prowokacja.
— Nie wydaje mi się — odpowiedział. — Mam do tego wyjątkowo mało naturalnych predyspozycji.
Chciał dodać, że ona z kolei ma zdecydowanie za dużo zapału do wydawania mu poleceń. Że skoro już wchodziła na niego w samolotowym fotelu to mogłaby przynajmniej nie robić tego z taką miną. A przede wszystkim – co powinno być ważniejsze od kolejnej prowokacji, że niezależnie od tego, ile razy nazwie go idiotą, nadal nie przestanie być tym samym człowiekiem, który wyciągnął ją z hangaru pełnego ludzi z bronią.
Tylko że gdy ponownie sięgnęła do jego rany, słowa ugrzęzły mu gdzieś między gardłem a kolejnym urwanym oddechem. Wiedział, że to nie wyglądało dobrze. Nie musiał widzieć całej dziury ani dotykać jej drugi raz, ani tym bardziej wpychać w nią dłoni czy palców, żeby to wiedzieć. Czuł rosnącą ociężałość, przez którą coraz trudniej przychodziło mu utrzymać oczy otwarte na dłużej niż kilka sekund.
A ona wybrała sobie naprawdę fatalny sposób na przekonanie go, żeby siedział spokojnie.
Bo z jednej strony – fakt – sam ciężar jej ciała, w tym momencie, nie pozwalał mu poderwać się z miejsca bez kolejnego szarpnięcia pod żebrami. Z drugiej strony ciężko było mu zamknąć mordę, co wcale nie poprawiało jego poczucia komfortu. Z innej z kolei pewnie z medycznego punktu widzenia to było całkiem dobre zagranie – cały czas pozostawał w kontakcie.
— Jak już skończysz mnie przywiązywać, próbować zdominować czy cokolwiek właśnie robisz — zaczął, ale urwał, kiedy znowu zakręciło mu się w głowie. Skutecznie sprawiło, że zgubił puentę dla swojego wspaniałego komentarza. — Rób swoje — mruknął w końcu. Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek. Kącik ust wciąż próbował unieść się, by choć minimalnie ułożyć w głupim półuśmiechu. — I zapamiętaj ten moment, Navarro — pociągnął, zdecydowanie słabiej, choć wciąż z podszyciem zaczepności, którą w tak kiepskiej sytuacji powinien zachować dla siebie. — Esta es la última vez que te dejaré tomar la cima
Co w tej sytuacji, mogło mieć również dwa znaczenia.
Geef my een klap, papa
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pozycja, którą zajęła, była bardzo optymalna.
Umożliwiała jej upewnienie się, że Visser nie spróbuje po raz kolejny w idiotyczny sposób podnieść się z krzesła bądź odtrącić jej pomoc, choć żadna inna nie czekała na niego za rogiem. Oferowała jej dostęp do jego boku, do rozdartego materiału i chowającego się pod spodem morza szkarłatu przykrywającego jego ranę. Jednocześnie na wyciągnięcie ręki miała przygotowane rzeczy z apteczki leżące na fotelu obok.
Optymalnie.
Gdyby nie ciepło jego ciała, które nagle pojawiło się pod jej udami. Rozcięty materiał koszuli obnażający linie wyrzeźbionego ciała. Jego spojrzenie, pociemniałe od utraty krwi, pozbawione wstrętu i złości, które zwykle szły z nim w parze. Dystans, który niby zmniejszył się tylko nieznacznie, a jednocześnie wytwarzał poważne uszczerbki w jej skupieniu.
- Soy tu pesadilla - poprawiła go, zmuszając się od oderwania wzroku od jego ciała, przenosząc go w górę. Szturchnięciem przedramienia znalazła przełącznik od świateł padających bezpośrednio na fotele. - A petición suya.
W jej dłoni znalazła się gaza, środki dezynfekujące. Ostrożnie oderwała zakrwawiony materiał od rany by móc ją oczyścić, spróbować dojrzeć metal utkwionej w jego tkankach kuli. Jej wzrok kontrolnie przesunął się po całości zdarzenia, które choć krwawiło obficie, nie wydawało się naruszać żadnego z witalnych organów.
Gdyby tak było, nie zdołałby tak długiego czasu chodzić po samolocie i wydawać rozporządzenia na lewo i prawo. Znalazłaby go leżącego na jednym z fotelu, pozbawionego pulsu.
Myśl i wizja, która przemknęła przez jej głowę w tej samej chwili natychmiast wywołała w niej kolejną falę paniki. Napięcie przedarło się do jej szczęki gdy przygryzła policzki od środka, usiłując za wszelką cenę odegnać ją z dala, uziemiając własną iskierką bólu.
- Nie przyzwyczajaj się - syknęła, dostrzegając wreszcie błysk zagnieżdżonego w jego boku metalu. Zdeformowana kula nie wyglądała na przyjemną do wyjmowania ale nie dostrzegała wokół niej żadnych odłamków strzaskanych żeber. Wyglądało na to, że wyjątkowo, Visser, miał względne szczęście. Gdyby odezwał się od razu, całość tego przedsięwzięcia byłaby dużo łatwiejsza w opanowaniu i dużo mniej dramatyczna.
Zamiast tego siedziała na kolanach osoby, której ciało, ubrania i fotel pod spodem nasączone były krwią. Dużą ilością krwi.
- Nie wyglądasz na typ mężczyzny, którego łatwo zdominować - odrzuciła zaczepnie, większą uwagę poświęcając mówieniu czegokolwiek, byle tylko wywołało w nim reakcję, niż temu co faktycznie plotła. A plotła rzeczy, które w żadnym stopniu nie powinny go interesować. - Wśród kobiet, z którymi bywasz, musisz dopłacać za to ekstra, czy mają to w pakiecie?
Musiał tylko m ó w i ć.
Jej wzrok skierował się na sąsiednie siedzenie i przygotowane narzędzia. Sięgnęła ostrożnie do zapakowanych szczypiec, wyjmując je z hermetycznego opakowania pośpiesznie, zębami zrywając jego wierzch gdy jej druga dłoń była zajęta przyciskaniem gazy do jego krwawiącego boku.
- Leży płytko, ale muszę ją wyjąć - oznajmiła, wysuwając szczypce z rozerwanego opakowania dłonią, która wciąż pozostała czysta, nieskalana jego krwią i śmierdząca płynem do dezynfekcji.
Przesunęła się na jego kolanach tak, by nie zasłaniać sobie padającego z góry światła. To może trochę zaboleć wydawało jej się zbędnym ostrzeżeniem, którego musiał być świadomy - zamiast więc je zaoferować, odsunęła zakrwawiony materiał i zabrała się do pracy.
- Siedź - warknęła ostrzegawczo, dostrzegając wszystkie jego próby przesunięcia się w miejscu i odnalezienia ulgi w sytuacji, w której była ona towarem deficytowym. Potrzebowała, by się nie ruszał, a jednocześnie by pozostawał w pełni przytomny i wciąż rozumny. - Powinieneś się cieszyć z tych humanitarnych warunków i profesjonalnej pomocy medycznej - dodała z przytykiem, gdy szczypce zagłębiły się w ranie. - En cuanto a mí, fui condenado a ti y a una aguja sucia.

climb these peaks with me
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”