-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Widząc tym razem sceptycyzm Dominica, chciało jej się śmiać z tego powodu. Według niej ciotka Angela była naprawdę niegroźna. Nie do końca wiedziała, czy powinna słuchać rad odnośnie mężczyzn od starej panny, ale skąd wiadomo jakie tak naprawdę ciocia prowadzi życie miłosne? Może po prostu nie bawi się w stałe związki jak ten oto przed nią blondyn? - To były bardzo cenne rady, proszę się nie denerwować- dodała uznając, że zapamięta sobie jej słowa, ale nie będzie ich brała do siebie szczególnie. Już z Loganem się czuła, że brała go pantofel oczekując od niego czegoś, na co najwyraźniej nie był gotowy. Nie chciała tego samego błędu popełnić z kolejnym mężczyzną.
Lecz to nie zmieniało faktu, że jej na nim zależało i to znacznie bardziej niż na zwykłym przyjacielu. Chociaż o każdego , by dbała w takiej sytuacji w jakiej się znalazł Reyes. Zerknęła też z wdzięcznością na Logana, który również próbował nakłonić go do jedzenia , nawet jeśli z mniejszym uporem. - A jadłeś coś dzisiaj przed pogrzebem? Bo w domu nie zauważyłam- spytała z wyraźną troską nie zdając sobie sprawy, że właśnie sama się przyznała przed nim, że go obserwowała cały czas. Może to i lepiej, bo mając tego świadomość spaliłaby się ze wstydu i chciałaby się zapaść pod ziemię.
Zamiast tego słuchała wspomnień mężczyzn z uśmiechem na ustach. Cudownie było ich obserwować jak ponownie odnaleźli do siebie drogę. Byli prawdziwymi przyjaciółmi, których najwyraźniej nic nie mogło rozdzielić i Skye była naprawdę z tego powodu bardzo szczęśliwa. Żałowała nawet, że nie poznała ich wcześniej i ten szalony okres pierwszych imprez nie spędzała razem z nimi, bo nie wątpiła w to, że zabawy z nimi były najlepsze. W końcu nawet w ciągu ostatniego roku kilka wspólnie opili. - Boże! Biedna pani Montgomery! I litościwa, że tylko jajkami rzucała- pokręciła głową śmiejąc się pod nosem i upijając łyk alkoholu. To był totalnie Logan - z tak słabą głową, że nawet Skye mogła więcej wypić niż on i lepiej się trzymać, co miało w tym swój pewien urok. Tym bardziej, że zawsze upijał się na słodko- tak jak teraz. Obserwowała z ciepłym spojrzeniem w oczach ich dwójkę jak się żegnają, ale jej brew delikatnie drgnęła, gdy usłyszała słowa Haynesa.- Pa Logan, nie wracaj sam do domu albo najlepiej zostań u rodziców dzisiaj- zaproponowała żegnając się z nim i odprowadziła go wzrokiem do drzwi. Dopiero wtedy spojrzała na Dominica i w końcu się odprężyła jeszcze bardziej. Miło było z nim w końcu zostać sam na sam. Nawet jeśli na dole wciąż było mnóstwo gości, to chociaż mieli teraz chwilę dla siebie. Miała też ogromną ochotę wstać, aby go ponownie przytulić tak jak w kościele - lecz tym razem mocniej i dłużej. Tęskniła za nim - za ciepłem jego ciała i kojącym zapachem perfum. Ale jak by to wyglądało? Jakby to wyjaśniła? Czasami czuła się niekomfortowo w jego towarzystwie nie wiedząc co jest między nimi, a słowa Logana jeszcze dołożyły swoje. - Też powinnam Ci pogratulować? Tylko nie jestem pewna czego- spytała z uśmiechem na twarzy. Nie miała jakichkolwiek pretensji, że o czymś nie wie, bo przecież nie jest zobligowany do mówienia jej k wszystkim. Była po prostu ciekawa i zaskoczona, że przyjaciel mu czegoś gratulował i to na pogrzebie jego matki. Czy Dominic podzieli się z nią tą nowiną?
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Powrót do wspomnień z czasów młodzieńczych był idealną odskocznią, która jednocześnie znów zbliżyła do siebie Dominica i Logana. Dzięki temu zyskał nadzieję, że nie musieli przekreślać ich przyjaźni, a za jakiś czas wszystko całkiem wróci między nimi do normy. W tym wszystkim była również Skye. Już sama jej obecność dawała mu wrażenie, że miał obok siebie wszystko, czego chciał. Zawtórował Loganowi śmiechem, ale nie skomentował więcej na głos jej kuchni, gdyż przez jego głowę z łatwością przeszło mu stwierdzenie, że tak naprawdę jemu nie przeszkadzał jej brak kulinarnych umiejętności, bo równie dobrze sam mógł coś przygotować dla niej. Dało się znaleźć w tym kompromis.
— Skoro przeszło do rękoczynów to najwidoczniej Ci się należało - stwierdził z cwaniackim uśmieszkiem. Zwykle był w stanie zdzierżyć ciotkę Angelę, ale dziś wyjątkowo nadepnęła mu na odcisk - włączył jej się matczyny tryb, a przecież nikt nie był w stanie zastąpić Helene. - Jakoś ciężko mi w to uwierzyć - odparł przekornie na słowa Skye, bo ciotka uważała, że znała się na wszystkim, choć jej doświadczenie na to nie wskazywało.
— Słońce… - rzucił ostrzegawczo, ale w kącikach jego ust czaiło się rozbawienie. To z pozoru kolejne niewinne określenie, które zdarzało mu się kierować do niej bez względu na towarzystwo i okoliczności, tym razem miało ukryte znaczenie, o którym wiedzieli jedynie oni. Nadal jednak nie przywykł do tego, że tak się o niego troszczyła, choć wiedział, że z jej upartością nie dało się wygrać. - A Ty coś jadłaś? - zapytał przewrotnie, unosząc brew do góry. Pomimo uwielbienia do jedzenia on był w stanie długo bez niego wytrzymać. Z resztą, to było widać w pracy, kiedy pijał kilka filiżanek dziennie, za co nie raz dostawał od niej opieprz, aż w końcu się oduczył. Pewnie dlatego wychodzenie z nią na lunche weszło im w nawyk. Był pewien, że od tego też wszystko się zaczęło.
Teraz, kiedy wszystkie ważne kwestie zostały między chłopakami wyjaśnione, czuł jedynie niewielki dyskomfort, który zatrzymywał go przed jakimkolwiek kontaktem fizycznym ze Skye, a robił to tylko z powodu Logana. Dla Haynesa było to jeszcze zbyt wcześnie, choć miał przeczucie, że z czasem całej trójce będzie łatwiej pogodzić się ze zmianami. Niemniej jednak w tym momencie nawet nie czuł zazdrości, kiedy Skye zwracała się do Logana w cieplejszym tonie, bo zdawał sobie sprawę, że dla niej brunet zawsze pozostanie ważny tak, jak dla niego. Uścisnął mu dłoń w braterskim geście, gdy ten wstał z miejsca. - Dzięki, Logan. Trzymaj się - poklepał go po ramieniu i rzucił mu uśmiech na pożegnanie, którym wyrażał wszystko, czego nie potrafiły słowa - kochał go jak brata. Gdy drzwi za nim się zamknęły, mimowolnie odetchnął z zadowoleniem i wyraźną ulgą. Brakowało mu tego gościa.
Na jej pytanie przeniósł spojrzenie na nią. Starał się, jak mógł, by przez cały ten czas nie zerkać na nią, kiedy tak siedziała z założonymi nogami, odsłaniając przy tym kolana i część ud, skrywających się pod czarną skromną sukienką. Uznał jednak, że powinien się zachowywać, więc uśmiechnął się tajemniczo i zajął miejsce w fotelu, na którym jeszcze kilka minut temu siedział Logan, specjalnie przeciągając chwilę, zanim przekaże jej nowiny.
Gdy już usiadł, wziął do ręki szklankę z bursztynową cieczą i leniwie zakołysał zawartością, cały czas nie przestając się delikatnie uśmiechać.
— Rozmawiałem z Sydney - zaczął powoli, ostatecznie skupiając ponownie niebieskie spojrzenie na ciemnowłosą. - Na czas naszej nieobecności w Forward nastąpiły poważne zmiany. Louise odchodzi i ktoś musi zająć jej miejsce. - Z każdym kolejnym słowem uśmiechał się szerzej, sugerując jej odpowiedź. - Z racji wykupienia udziałów Sydney znalazła się w zarządzie i zgłosiła moją kandydaturę. Wiesz, co to oznacza? - Uniósł wyżej brew coraz bardziej zadowolony z faktu, że mógł to już jej wyznać: - Zostajesz w firmie. Potrzebuję Cię na miejscu. I w końcu rozwiniesz skrzydła jako architekt - powiedział w końcu, a jego oczy rozbłysły pod wpływem tanecznych iskier. Nie był pewien, czy bardziej cieszył się z powodu własnego awansu, czy dlatego, że nadal będą mogli razem pracować. Oboje pchną swoje kariery do przodu. A ich relacja tylko mogła na tym zyskać.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przyglądając się jeszcze żegnającym chłopakom, zanotowała sobie w myślach, że to chyba pora na kolejną poważną rozmowę z Loganem. Skoro wyjaśnił sobie wszystko z Dominicem, to przyszła pora, aby i oni tą część ze sobą wyjaśnili. Chciałaby pozostać z nim w przyjacielskich relacjach i nie mieć przed nim żadnych tajemnic, bo poza tym, że jako para kompletnie im nie wyszło, był naprawdę cudownym człowiekiem, którego chce się mieć w swoim życiu.
Mimo swobodnej atmosfery, dobrze było w końcu zostać sam na sam. Wahała się czy nie wstać do niego - tak bardzo jej go brakowało. Stojąc przed nią te kilka kroków wydawał się jej, jakby wręcz czekał na nią, ale to przecież były tylko złudzenia. Kiedy w końcu zajął miejsce obok, przekręciła się w fotelu, aby być skierowana do niego przodem, bo coś czuła, że to będzie dosyć ważna nowina. Słuchała go uważnie przyglądając się jego mimice, a szczególnie uśmiechowi, który z każdym kolejnym słowem się poszerzał. Dostrzegała ten błysk w oczach. Tą radość, a wraz z nią radowało się jej serce. Nawet jeśli jeszcze nie wszystko do niej dotarło, to wystarczyło jej, że on był szczęśliwy, żeby być i samej szczęśliwa razem z nim.
Jednak rzeczywiście przekazał jej dość wiele istotnych informacji, a ona chyba zbyt się skupiła na tych ustach i miała właśnie wrażenie, że musi to wszystko przetworzyć. - Jak to?- zmarszczyła brwi wracając myślami do jego wypowiedzi. - Poczekaj poczekaj… czyli to oznacza, że zostajesz nowym szefem w Forward Interiors?- tym razem to ona początkowo wydawała się zakłopotana, ale kiedy pomału docierało do niej, co chciał jej przekazać, kąciki jej ust szybowały coraz wyżej. - To cudowna wiadomość Dominic!- krzyknęła z radości wyciągając ręce nad stolikiem w jego kierunku, aby złapać chociaż jego jedną wolną dłoń. Gdyby wciąż stał łatwiej byłoby jej się rzucić w jego ramiona. Teraz również drgnęła instynktownie chcąc wstać, by znaleźć się bliżej niego, ale musiałaby usiąść mu na kolanach, a czy to nie był już zbyt intymny gest? Dlatego poprzestała na uścisku dłoni, której wciąż nie puszczała, a gładziła czule. - Moje gratulacje, zasługujesz na to całkowicie - dodała z wyraźną dumą w głosie i oczach. Nie myślała w tym momencie o swojej pracy i awansie ani o Louise czy Sydney. Teraz liczył się dla niej Dominic, który swoją ciężką pracą pchał karierę do przodu i to ją uszczęśliwiało , jakby to był jej własny sukces. A może nawet i bardziej?
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie wyobrażał sobie już z nią nie pracować. Co więcej, nie chciał już więcej jej od siebie odsuwać tak, jak robił to do tej pory. Stawała się nieodłączną częścią jego życia. Dlatego pierwsze, co chciał zrobić jako przyszły szef to podrzeć jej wypowiedzenie. Może był egoistą, ale widział w tym również szansę dla ich relacji. I miał cichą nadzieję, że ona też się na nią otworzy.
Przypatrywał się w oczekiwaniu, jak wyraz jej twarzy zmieniał się z każdą sekundą, gdy zaczynało docierać do niej, co jej właśnie wyjawił, a jego entuzjazm rósł wraz z jej coraz bardziej połyskującymi ze szczęścia tęczówkami. Nie dało się nie zauważyć w nich także dumy i ciepła, dzięki któremu od razu zrobiło mu się niewiarygodnie lżej. I teraz wiedział, jak nazwać uczucie, które wypełniało go w takich chwilach, jak ta. Zawsze go wspierała i kibicowała jego osiągnięciom. To jedna z wielu rzeczy, które w niej kochał.
Złapał ją za dłoń, czując, że chciał zrobić znacznie więcej. Odkąd zostali sami, nie mógł już dłużej dusić w sobie poczucia, jak przeraźliwie mu jej brakowało. Ciepło jej dłoni i delikatne gładzenie kciukiem jego skóry stanowczo mu nie wystarczało. Dlatego zamiast podziękować jej na gratulacje, przechylił nieco głowę w bok i uśmiechnął się do niej, patrząc na nią spojrzeniem, które znała - ciepłym, tęsknym i spragnionym jej bliskości. - Chodź do mnie, Słońce - poprosił ją cicho, bo to językiem własnych ciał porozumiewali się najlepiej. A on chciał znów wziąć ją w ramiona, cieszyć się jej bliskością i podzielić wrażeniami upływającego dnia.
Kiedy tylko Skye znalazła się na jego kolanach, jedną dłonią objął ją w talii, a drugą splótł ich dłonie. Dopiero wtedy, kiedy poczuł bijące od niej ciepło i mógł bez przeszkód patrzeć jej w oczy, odetchnął tak naprawdę-naprawdę. - Brakowało mi Ciebie, Skye - mówiąc to, uniósł jej dłoń, by jej wierzch musnąć własnymi wargami w czułym geście. - Twoja pomoc i zaangażowanie w ciągu ostatnich tygodni, a zwłaszcza ostatnich dni, są nieocenione. Chyba nigdy nie będę w stanie Ci się za to odwdzięczyć - przyznał cicho, spoglądając na nią ze spokojem, z jakim na niego działała. Miał u niej dług bez daty ważności. Już zawsze będzie dla niej.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Serce zabiło jej jeszcze mocniej, kiedy przyłożył jej dłoń do ust w tym czułym geście. Sposób w jaki ją traktował zawsze przyprawiał ją o zachwyt - był prawdziwym dżentelmenem. Helene naprawdę cudownie go wychowała. - Obiecałam Ci, że będę przy Tobie i razem przejdziemy przez to- jak mogłaby go zostawić? Nie wyobrażała sobie już życia bez niego. Nie oczekiwała niczego w zamian, bo mając jego w swoim życiu miała wszystko. Nie przestawała go gładzić, gdy kontynuowała. - I Twoja mama również jest z Ciebie dumna- dodała ostrożnie, aby go nie zranić, ale chciała to powiedzieć. Prawdopodobnie zdawał sobie z tego sprawę, ale chciała żeby to wybrzmiało głośno, aby nie miał żadnych wątpliwości. Może też nie powinna mieć prawa wyrażać się w jej imieniu, ale była pewna, że Helene obserwując go z góry była teraz dumna z jego sukcesu, a jednocześnie pewnie się martwiła, żeby tym bardziej się nie przepracowywał. Jednak o to już zadba Skye.
Lecz czy aby na pewno? Pomału dochodziła do niej też druga część jego wypowiedzi - ta dotycząca jej stanowiska pracy. Oczywiście awans i zostanie w firmie ją uszczęśliwiały, ale nie była pewna jak na to spojrzeć z perspektywy ich relacji? Czym w ogóle była ich relacja? Czy to, że zostanie teraz jej szefem, cokolwiek zmieni?
Miała tak wiele pytań w tym momencie, ale nie chciała ich obarczać Dominicem tego dnia. Pogrzeb matki musiał być dla niego wystarczająco ciężki, a chciała być dla niego wsparciem , a nie obciążeniem. Dlatego oparła swoją głowę o jego i przyglądała się ich splecionym dłoniom. - Naprawdę chcesz, żebym została w firmie?- spytała instynktownie wtulając się w niego jeszcze bardziej. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa, którego nawet nie sądziła, że jej brakowało. Dotychczas wydawało jej się, że partnerzy okazywali jej to na wystarczającym poziomie, ale z nim było jakoś inaczej. Z nim było spokojnie, tak jak wyobrażała sobie zawsze wymarzony dom - miejsce, gdzie będzie mogła być sobą, szczęśliwa i bezpieczna. Wdychając znajomy już zapach jego perfum zaczęła się zastanawiać, czy to oznacza, że to on jest jej domem?
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Okazywanie jej czułości przychodziło mu z niezwykłą naturalnością, jakby miał to zapisane w genach. — To prawda. Nigdy nie zawodzisz - przytaknął, w myślach wzdychając, że miał niesamowite szczęście, że posiadał tak wspaniałą przyjaciółkę. Nie chciał sobie wyobrażać, co by się działo, gdyby nie doglądała go w ostatnich dniach, ale czuł podskórnie, że znalazłby się w niezbyt przyjemnym miejscu. Bez Słońca jego życie z pewnością przybrałoby same szare kolory.
Twoja mama również jest z Ciebie dumna po chwili zadźwięczało mu w uszach, a kącik jego ust drgnął nieznacznie, z wahaniem. Mimowolnie przeniósł spojrzeniem na ich splecione dłonie, delikatnie muskając kciukiem jej skórę. Oczami wyobraźni widział uśmiech rodzicielki na rewelację o awansie, bo zawsze kibicowała mu w spełnianiu marzeń i wspierała bez względu na podejmowane przez niego decyzje. Ale w innych kwestiach do tej pory ją zawodził. Musiał w końcu posłuchać jej rad. Oparłszy głowę o jej czoło, przymknął oczy, delektując się upragnioną chwilą.
— Porwę Twoje wypowiedzenie… - odparł na jej pytanie bez namysłu, a słysząc własne słowa, urwał na moment - …jeśli tylko tego chcesz. - Bo nie chciał robić niczego wbrew jej samej. Wciąż miała wolny wybór. - Zajmiemy się siecią hoteli Sydney, zyskasz więcej doświadczenia. - Oczywiście z góry zakładał, że będzie pracowała w jego zespole. Zarys ich współpracy przyszedł mu szczególnie łatwo, choć o swoich nowych obowiązkach wolał na razie nie myśleć. Czekało go mnóstwo nowych zadań i papierkowej roboty. Właściwie świetnie się składało, bo w pracy przestawał myśleć o wszystkim, co pozostawiał poza murami biura. Nie chciał nadal poddawać wszystkiego analizie, wolał wziąć się do roboty. Niemniej teraz jedyne, czego pragnął, to chłonąć tę chwilę i jej obecność, jakby nic więcej się nie liczyło.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słysząc o porwaniu wypowiedzenia i po chwili zreflektowaniu się, uśmiechnęła szeroko. - Chcę- odpowiedziała od razu na chwilę się odsuwając , by go pocałować czule w czoło i objąć ręką jeszcze mocniej. - Chcę dalej pracować w Forward Interiors. Chcę pracować z Tobą- dodała chwytając jego podbródek i delikatnie zmuszając go, aby na nią spojrzał. - Nie wiem co na to sama zainteresowana, ale jeżeli i ona się zgadza, wchodzę w to-odnosząc się do Sydney, bo miała wrażenie, że blondynka za nią nie przepada i jej nie ufa. Cóż,’i vice versa. Jednak do projektu przekazanego przez Dominica przykładała się bardzo starannie. - Ktoś musi Cię pilnować, żebyś coś jadł w pracy, a nie żywił się tylko kofeiną- zaśmiała się i złożyła na jego ustach czuły, niespieszny pocałunek. Tęskniąc za jego bliskością, potrzebowała tego, a to że odwzajemnił jej pocałunek jeszcze mocniej ją do siebie przyciągając, utwierdziło ją w przekonaniu, że oboje tęsknili równie mocno.
Dominic Reyes
KONIEC