Nigdy w życiu sama nie narysowałaby takiej sceny. Nie była pewna, czy to wszystko jest zbyt dziwaczne czy zbyt tandetne. Fakt, że kompletnie przez nią odlatywała na cmentarzu, w otoczeniu westchnień żałobników, był zbyt kretyński, by na niego wpaść. Z kolei fakt, że ich
Przygryzła wargę, próbując powstrzymać się od kolejnego uśmiechu. Oczywiście, że była niecierpliwa. Granice jej wytrzymałości zostały poszarpane wyjątkowo brutalnie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że miała wrażenie, że Prescott doskonale zdaje sobie z tego sprawę. I bezczelnie się z tego cieszy. Nie chciała dawać jej tej satysfakcji
Otworzyła usta, chcąc się jakoś jej odszczekać. To jednak było bardzo zwodnicze. Do tej pory udawało jej się zachować względną ciszę, pozwalając reakcjom kotłować się w jej wnętrzu, doprowadzać ją wręcz do fizycznego bólu. Tym razem jednak spomiędzy jej warg uciekło głośne westchnienie. Urwała je szybko, zaciskając usta w wąską linię. Drzewo za plecami było jedynym ratunkiem, dzięki któremu się nie zachwiała i wciąż czuła jakiekolwiek połączenie z tym wymiarem.
— Nie potrafisz się przyznać nawet do czegoś takiego? — syknęła, wbijając jej paznokcie w kark. Po tym też na pewno zostanie ślad. Może mniejszy niż ten na szyi Cross, ale na pewno dużo bardziej uciążliwy i szczypiący. Ujęła jej podbródek drugą dłonią i zmusiła ją, by na nią spojrzała.
— Powiedz wreszcie wprost, o czym myślisz, Mała. — Musnęła językiem jej wargę i znów wzięła głębszy oddech, jakby chciała od nowa zapomnieć się w pocałunkach. Powstrzymała się jednak. Zastygła w bezruchu, wpatrując się w jej oczy z rosnącą niecierpliwością i niemożliwym do ukrycia pożądaniem. Nie chciała się dać znowu to wciągnąć, póki Prescott choć trochę się nie ugnie,
Ruelle I. Prescott