36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Strzał padł, zanim mężczyzna zdołał docisnąć lufę mocniej do jego szczęki. Jego ciało szarpnęło się gwałtownie, a broń odskoczyła od jego twarzy razem z ramieniem, w które wbił się pocisk. Dopiero wtedy mógł dostrzec Navarro; jej pistolet wymierzony w człowieka stojącego nad n i m, zamiast w tego, który był znacznie bliżej niej, i który był o wiele bardziej realnym zagrożeniem dla niej samej, niż facet, który był przy nim.
Nie miał czasu zastanawiać się, czy była to po prostu jej głupota – choć oficjalnie zaczął mówić o niej, że jest głupią suką, to zdawał sobie sprawę, że niewiele miała wspólnego z realnym znaczeniem słowa ‘głupota’; poczucie obowiązku, czy zwyczajna potrzeba doprowadzenia swojej zasranej, wielkiej sprawy do końca osobiście. Wykorzystał rozluźniony chwyt napastnika, zaciskając wolną dłoń na jego przestrzelonym ramieniu. Wbił swój kciuk bezpośrednio w poszarpaną ranę, wyduszając z mężczyzny wrzask, który zginął w kolejnych wystrzałach.
Szarpnął napastnikiem w dół i uderzył jego dłonią o żeliwną krawędź grzejnika. Jeden raz, później drugi. Kości zachrzęściły głośno dopiero za trzecim, a palce mężczyzny rozwarły się bezwładnie, wypuszczając z chwytu pistolet. Visser przyciągnął napastnika jeszcze bliżej, wykorzystując jego własny ciężar, i z całej siły wbił jego twarz w kaloryfer. Głuchy trzask poprzedził strumień krwi, który rozlał się po białej farbie i pociekł pomiędzy żebrami grzejnika. Dopiero wtedy przechwycił wypuszczoną broń.
Dopiero huk tłuczonego szkła sprawił, że odwrócił głowę.
La puta primero.
Navarro tkwiła przygwożdżona do rozbitego kredensu. Dłoń napastnika zaciskała się na jej gardle, wciskając ją głębiej pomiędzy odłamki szkła, podczas gdy jej własne palce bezskutecznie próbowały oderwać jego ramię. Jej pistolet leżał kilka kroków dalej. Uznałby, że to całkiem ładny obrazek, gdyby nie jedna kwestia – nienawidził pozostawać komukolwiek dłużnym.
Przed chwilą odsunęła broń wymierzoną w człowieka zagrażającego jej bezpośrednio i postrzeliła tego, który trzymał lufę pod jego szczęką. Teraz mógł pozwolić, żeby udusił ją na jego oczach, albo zrobić coś wyjątkowo niewygodnego dla własnej dumy.
Obronić federalną sukę, która zakuła go do jebanego kaloryfera.
Och, no i jeśli ktokolwiek miałby z nią skończyć to on. I w znacznie bardziej finezyjny sposób niż to.
— Blijf met je poten van haar af — warknął.
Wycelował poniżej ciała Navarro i nacisnął na spust. Pocisk rozerwał udo napastnika, rozpryskując krew po szkle i ubraniu Navarro. Mężczyzna zachwiał się, ale nie puścił jej całkowicie; zamiast tego zacisnął palce mocniej, próbując osłonić się jej ciałem.
Visser strzelił ponownie.
Drugi pocisk wbił się w bark ręki zaciśniętej na gardle Navarro. Dłoń natychmiast zsunęła się z jej szyi, pozostawiając na skórze czerwone ślady, a ciężkie ciało osunęło się obok niej, ciągnąc za sobą kolejne odłamki szkła.
Trzeci strzał nie padł.
Napastnik z przestrzelonym ramieniem osunął się bezwładnie przy kaloryferze, z twarzą zalaną krwią i kończyną zwisającą pod nienaturalnym kątem. Visser zdążył już przenieść całą uwagę na Navarro oraz mężczyznę przy kredensie, kiedy z boku uderzył w niego nagły ciężar. Trzeci napastnik. Ten, którego Bianca wcześniej postrzeliła w kolano, zdołał doczołgać się bliżej, z zacięciem rozwścieczonego pitbulla, pomimo bólu. Nie potrzebował sprawnej nogi; wystarczyło, że wbił się w Vissera całą masą ciała, przygniatając go do żeliwa. Obręcz kajdanek wgryzła się w nadgarstek Holendra tak mocno, że skóra pod metalem pękła, a zdobyty pistolet wypadł z jego dłoni i prześlizgnął po podłodze w pokoju.
Mężczyzna postrzelony wcześniej przez Vissera poruszył się przy kredensie. Jedną dłonią przycisnął przestrzelone udo, drugą sięgnął za pasek, wydobywając kolejny pistolet. Lufa uniosła się w stronę Bianci dokładnie w chwili, w której Visser ponownie uderzył potylicą o grzejnik, przygnieciony do niego przez rannego napastnika.
Hoe-lender wbił palce w przestrzelone kolano mężczyzny i szarpnął, bez litości rozrywając uszkodzoną tkankę. Krzyk zadudnił tuż przy jego uchu, a ciężar na moment zelżał; zbyt krótko jednak, by pozwolić mu sięgnąć po broń albo zatrzymać człowieka przy kredensie.
Huk kolejnego wystrzału przetoczył się przez mieszkanie, a pocisk pomknął prosto w stronę Navarro.
better duck (lepiej kaczka)
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeden oddech.
Tylko tyle potrzebowała, tylko tego wymagało od niej jej obolałe, pokaleczone ciało. Potrzebowała pieprzonego t l e n u i to jego brak doskwierał jej z każdą chwilą najbardziej. Każdy, indywidualny kawałek szkła trący powierzchnią o jej plecy przekształcił się w kaskadę bólu, którego początku i końca nie potrafiła już zidentyfikować i nawet on, jak obolała, chwycona imadłem szyja czy uderzająca o ścianę głowa, odeszły bardzo szybko w niepamięć. Przekształciły w ogólny dyskomfort, największy dyskomfort jaki czuła w całym swoim, pieprzonym życiu, ale potrafiła go znieść. Była w stanie znieść wszystko.
Potrzebowała tylko jednego oddechu.
Brak powietrza igrał z jej zmysłami, przeobrażał mężczyznę trzymającego ją w wielką, ciemną plamę, pochłaniał odgłosy odbywającego się przy kaloryferze starcia. Dziwne, niezrozumiałe słowa Vissera sprawiły, że wzmogła w niej desperacja, z którą kopała trzymającego ją mężczyznę w rosnącym przeświadczeniu, że mógł wypowiedzieć je po angielsku, ale jej mózg, pozbawiony powietrza, zwyczajnie przestał pracować.
Pierwszy wystrzał przemknął gdzieś na granicy jej świadomości. Drugi rozegnał otaczającą ją mgłę w jednym, gwałtownym uderzeniu, w którym uścisk nagle zelżał wokół jej szyi. Oddech wtargnął do jej płuc z impetem, wyzwalając goniący go kaszel gdy opadła na nogi, boleśnie zsuwając się ze zniszczonego mebla.
Z kolejnym wróciła jej orientacja przestrzeni. Kolory zyskały intensywności, uderzenia swojej mocy. W jej plecach, ubraniach, we włosach, wszędzie tkwiły odłamki szkła i mogła tylko mieć nadzieję, że wszystkie były drobne, jak igiełki kaktusa wbite w jej skórę choć gorąca wilgoć na jej łopatce podpowiadała jej błędy w przyjętym założeniu.
Jej głowa odwróciła się na krótką chwilę w bok, w chwili, w której potylica Vissera uderzała w metalowy kaloryfer. Dostrzegła pistolet w jego dłoni, wycelowany w jej stronę. Nie, nie w jej. Jak w spowolnionym tempie, powróciła uwagą do tkwiącego na ziemi napastnika. W przerażeniu dostrzegła, jak sięgał po broń - jej własna leżała na ziemi, daleko, z b y t daleko. Nie powinien się ruszyć. Nie powinien niczego zrobić z dwoma kulami utkwionymi w jego ciele.
Musiała c o ś zrobić.
I wyłącznie widok obracającej się w jej stronę lufy sprawił, że drgnęła, wyrywając się z tej zamrożonej pozycji. Chwyciła mocniej jedyną rzecz, jaką udało jej się pochwycić w trakcie szamotaniny - ostry odłamek szkła wbił się w jej zaciśniętą dłoń gdy rzuciła się w bok, pragnąc umknąć przed ciemnym spojrzeniem zwróconej w jej stronę broni.
Odgłos wystrzału zaatakował jej nowo-odzyskane zmysły, zbyt blisko, zbyt głośno. Poczuła smród prochu atakujący jej nozdrza, falę bólu rozlewającą się w chwili, w której uderzyła o podłogę. W amoku, napędzanym wyłącznie jakąś zakorzenioną w niej, pieprzoną potrzebą przetrwania nawet nie wiedziała do końca co się stało. Rejestrowała fakty z opóźnieniem, jakby pień mózgu przejął nad nią całkowitą kontrolę i zostawił, zmuszając świadomość do uporania się z wszystkim, co wydarzyło się w ciągu tego ułamka sekundy.
Mężczyzna odziany w kominiarkę leżał pod nią, dłoń z jego bronią tkwiła obok, pistolet wytrącony z ręki. Jego klatka piersiowa unosiła się z trudem, z płuc dobiegało rzężenie, którego nie powinna słyszeć. Wszystko ją bolało, kurewsko bolało do tego stopnia, że nie potrafiła określić c o dokładnie. Bolał ją tył głowy i ranne plecy, bolał ją bok talii i szyja, bolała ją dłoń, po której spływała gęsta, czerwona posoka. Dłoń, w której trzymała szklany odłamek - mogłaby przysiąc, że wcześniej był większy.
Z oczami powiększającymi się od strachu spoglądała na ostatni, wymęczony oddech zaczerpnięty przez napastnika, w którego klatce piersiowej tkwił wbity przez nią odłamek. I znów zamarła, znów zmieniła się w woskową figurę, wciąż częściowo tkwiąc na nim, wciąż trzymając prowizoryczną b r o ń, po którą sięgnęła.
Żeby go zabić.
Krzyk zamarł w jej gardle nim zdążył się w pełni narodzić. Odskoczyła w tył, wyrywając własną rękę z obosiecznego ostrza, ignorując kaskadę bólu rozlewającą się po jej ciele. Byle tylko go nie dotykać. Byle tylko się o d s u n ą ć.
Mogli go przesłuchać. Mógł być wynajęty przez kogoś innego. Mógł nawet nie wiedzieć, kim była. Powinna go obezwładnić, związać, wezwać policję. Tysiące myśli zasiewało panikę w jej umyśle gdy przesunęła się na podłodze, z wzrokiem chorobliwie utkwionym w leżącym przed nią mężczyzną. W jej oczach błysnęły łzy, nad którymi nie miała żadnej kontroli - wywołane szokiem, paniką, bólem, a może jej całym, żałosnym l o s e m. Jej ciało zatrzęsło się, dłonie szorowały po leżących na ziemi odłamkach zostawiając po sobie krwawe ślady gdy usiłowała się odsunąć, dalej, jak najdalej od leżącego przy niej trupa.
Nie dostrzegła nawet, że pomiędzy nimi tkwiły teraz kluczyki do jej kajdanek, wysunięte z jej kieszeni w trakcie walki.
Tym bardziej nie zauważyła plamy czerwieni, rosnącej z uporem na jej talii.

on second note, i can never be like you
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Krzyk napastnika przy kaloryferze przeszedł w skowyt kiedy palce Vissera zacisnęły się mocniej na przestrzelonym kolanie. Mężczyzna szarpnął się i uderzył go na oślep w twarz; raz, później drugi, rozcinając mu wargę, ale zarazem podnosząc ciężar własnego ciała wystarczająco, aby Visser zdołał wsunąć przedramię pomiędzy ich klatki piersiowe. Poderwał go za materiał kominiarki i wbił bokiem głowy w żeliwną krawędź grzejnika.
Pierwsze uderzenie oszołomiło mężczyznę, a drugie rozerwało skórę ponad jego uchem, pozostawiając na białej farbie kolejną szeroką smugę krwi. Hoelender nie poprzestał jednak, dopóki po trzecim ciało napastnika nie straciło całego napięcia i nie osunęło się na podłogę bezwładnie przygniatając jego nogi.
Dopiero wtedy podniósł wzrok rejestrując Navarro, siedzącą pośród szkła, odsuwając się od człowieka, w którego klatce piersiowej wciąż tkwił zakrwawiony odłamek. Nawet z dystansu widział jak cała dygotała, zamknięta w czymś, co wyglądało jednocześnie znajomo, ale i tak odlegle od tej chwili. Nie próbował do niej mówić, będąc zdania, że każde słowo byłoby w tej chwili równie użyteczne, co wykład o moralności wygłoszony nad trzema ciałami.
Poruszył nogą, próbując zsunąć z siebie napastnika, i wtedy dostrzegł niewielki błysk pomiędzy odłamkami. Drobne kluczyki – można było domyśleć się od czego – leżały poza zasięgiem jego dłoni, niedaleko trupa, od którego Navarro usiłowała odsunąć się za wszelką cenę. Wyciągnął nogę, zahaczył podeszwą buta o metalowe kółko i przyciągnął je do siebie po podłodze, sycząc przez zęby, gdy kajdanki ponownie szarpnęły rozcięty nadgarstek.
Zamek kajdanek ustąpił dopiero za drugim razem, a wtedy zerwał obręcz z ręki i przez krótką chwilę przyglądał się głębokiej, krwawiącej bruździe pozostawionej przez metal, po czym zacisnął kluczyki w dłoni i podniósł się chwiejnie z podłogi. Zabrał jeden z pistoletów, sprawdził magazynek i ruszył do wyjścia, przestępując nad leżącymi ciałami.
Przy Navarro zwolnił tylko na moment.
Po pierwsze – nie wyglądała jak o n a; nie z tym spojrzeniem, nie z tym nierównym oddechem; nie z tym… strachem? Po drugie – czerwień rozlewała się po materiale na jej talii, coraz wyraźniejsza. Zakładał, że jej pieprzeni super agenci zapewne byli już w drodze, gotowi wpaść tutaj w każdej chwili; m u s i a ł a kogoś wezwać, ledwie cegła roztrzaskała okno. Nie była przecież głupia. Nie była jego problemem – nie takim, który zamierzał rozwiązywać. Była twórczynią jego problemów. Była osobą odpowiedzialną za pasmo porażek, na które wpieprzył się z impetem, niczego nie przeczuwając..
Dług był długiem, ale on już wobec niej żadnego nie miał.
W milczeniu wyszedł z pomieszczenia, ceniąc ich poprzednią współpracę na tyle, że oszczędził jej bezczelnego, uszczypliwego komentarza.
Z o s t a w i ł ją.
Wyszedł na klatkę schodową, nie oglądając się za siebie, i minął pierwsze półpiętro. Dopiero tam dotarło do niego, że nie słyszał niczego. Żadnych kroków wbiegających po schodach. Żadnych poleceń wykrzykiwanych przez radio, żadnych syren. Nic, kurwa.
N a p e w n o kogoś wezwała. I n a p e w n o zaraz tu będą.
Zatrzymał się na następnym stopniu, zaciskając palce na pistolecie. Nasłuchiwał, początkowo jeszcze z uporem wyczekując pierwszego dźwięku, który pozwoliłby mu ruszyć dalej bez oglądania się za siebie. Z mieszkania dobiegał jednak wyłącznie chrzęst szkła poruszanego przez Navarro. Miał nawet wrażenie, że słyszy jak oddycha. I jak źle to brzmiało.
Powinien iść. Przecież potrafił odwracać się od znacznie gorszych rzeczy, a ona zrobiła już wystarczająco dużo, żeby na jego pomoc nie zasługiwać. Oszukiwała go przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni, wpakowała go w więzienie, a jeszcze przed chwilą przykuła do kaloryfera i wykorzystała jako przynętę. Mógłby wyliczać jej winy, rzeczy za które jej n i e n a w i d z i ł, aż do parteru.
Agentkę Navarro pozostawiłby bez większego problemu. Gorzej, że przed wyjściem z mieszkania nie zobaczył a g e n t k i. Zobaczył przerażoną Biancę, która zupełnie nie przypominała kobiety, jaką znał, a mimo to była nią b a r d z i ej niż kiedykolwiek wcześniej.
Przeniósł ciężar ciała na niższy stopień, ale wciąż nie ruszył się z miejsca.
Sumienie okazało się wyjątkowo upierdliwym, spóźnionym skurwysynem
Kurwa, dego momentu był przekonany, że nawet go nie ma.
Godverdomme wycedził, odwracając się gwałtownie. Godverdomme, Navarro.
Wrócił do mieszkania, wyklinając po niderlandzku ją, jej agencję, własną głupotę i każde wydarzenie, które doprowadziło go z powrotem nad siedzącą pośród szkła kobietę. Odrzucił pistolet w zasięgu ręki i przykucnął przy Navarro, bezceremonialnie przy kobiecie, z zachowaniem dystansu.
Nie dało się zignorować szkarłatu, który zajmował coraz więcej przestrzeni nie tylko na tkaninie jej ubrań, ale i podłodze.
— Nie wezwałaś swoich federalnych przyjaciół? Jednak jesteś, kurwa, głupia jak but — wycedził przez zęby. Głupia jak but było chyba najsłabszą próbą ubliżenia komuś, jaką kiedykolwiek w życiu podjął.
and i will haunt your fucking dreams
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zabiła go. Z a b i ł a. Zagnieżdżony w płucach mężczyzny odłamek szkła był niepodważalnym dowodem na to, że to o n a wykonała cios ostateczny - nie pierwsza, czy druga kula posłana przez Vissera w biodro lub w ramię. To ona była odpowiedzialna za rzężenie w jego płucach. To ona sprawiła, że wymknęło się z niego życie jeszcze nim ona zdołała osunąć się na ziemię.
Zabiła go.
Myśl odbijała się w jej głowie rykoszetem, ogłuszająca, pozbawiająca ją tchu na równi z wyrwą w jej własnej talii i schowanym w niej kawałkiem metalu. Oślepiała jak zaciśnięta na jej szyi ręka chwilę wcześniej, sprawiając, że nie dostrzegała przesuwającego się pod kaloryferem Robina. Nie zauważyła, że wypadły jej kluczyki - dopóki nie było zbyt późno.
Odgłos otwieranych kajdanek, ich stukot, otrzeźwił ją. Zmusił do zamrugania, odzyskana ostrości, odwrócenia się w stronę, z której dobiegł. Widok sięgającego po broń mężczyzny wzbudził w niej kolejną falę paniki, w której sama, desperacko, zaczęła rozglądać się za swoim pistoletem. Obok niej tkwił inny gnat, jeden z tych należących do napastników i sięgnęła po niego odruchowo, zatrzymując się w połowie z odrazą.
Zabiła go.
Jej serce waliło z takimi impetem, jakby miało wyrwać się z klatki piersiowej. Nie mógł jej uciec. Nie mógł mieć broni, nie mógł się stąd wydostać, nie mógł jej zabić. Jednocześnie pragnęła, by się zatrzymał i odetchnęła z ulgą, gdy tego nie zrobił. Jej usta rozchyliły się, ale żadne zaczekaj, ani wracaj nie zdołało się wydostać na zewnątrz.
Została sama.
Miał wciąż obręcz na nogach, czy nie? Mogli go zlokalizować. Na pewno widzieli, że się przemieścił. Na pewno go znajdą. Na pewno zaraz tu będą. Przecież wysłała wiadomość, cud technologii podpowiedział jej, że została odczytana. Ileż czasu potrzebował jeden oddział na przemieszczenie się do kryjówki, o której wiedzieli?
Zabiła go.
Vissera już nie b y ł o. Każda sekunda oddalała ją od człowieka, dla którego to wszystko zrobiła - przez którego to wszystko się w ogóle wydarzyło. Mógł być już na dole, może pod klatką, może włamywał się do jakiegoś samochodu - albo do jej własnego, ze zwykłej złośliwości. Ale to nie szkodzi. Zaraz tu będą. Mają jego lokalizację. Złapią go.
Pomogą jej.
Cichy jęk wydarł się z jej ust gdy przesunęła się po szkle, usiłując wydostać z kieszeni telefon. Jego ekran był pęknięty, drżące dłonie i mokry od krwi kciuk utrudniały odblokowanie go,, wzmagając panikę rozlewającą się po jej ciele. Czy wiedzieli, c o zrobiła?
Czy wiedzieli k i m się stała?
Telefon wyślizgnął się z jej dłoni gdy usłyszała ruch w przejściu. Pełne nadziei spojrzenie przeniosło się w stronę drzwi i zgasło, dostrzegając stojącego w nim mężczyznę. Wrócił. Po nią.
- N-nie zbliżaj się - wyrzuciła odruchowo, natychmiast, usiłując się odsunąć, ale jej dłonie ślizgały się po zakrwawionej podłodze. Tyle krwi, którą przelała, nawet nie dostrzegała w niej jej własnej. Ból w jej ciele wydawał się nieistotny w obliczu tego, co Visser miał jej z r o b i ć.
Odsunęła się od niego na zaledwie parę centymetrów nim jej dłoń natrafiła na innego nieboszczyka. Z odrazą oderwała od niego rękę, podkuliła ją pod siebie, nie odrywając wzroku od kucającego obok mężczyzny.
- Wróciłeś dokończyć robotę? - prychnęła, głosem ochrypłym i nadwyrężonym ścisku, w jakim trzymano jego struny chwilę wcześniej. Drżał, jak drżało jej całe, zmęczone ciało. - Pieprz się, Visser.
Sens jego słów odbijał się od wzniesionych przez nią ścian - nie dostrzegała go, nie w pełni. Nie chciała, by ostatnimi słowami, jakie usłyszy było nazwanie ją głupią jak but. Nie wiedziała dlaczego dokładnie, ale bardzo, kurewsko pragnęła, by były nimi jakiekolwiek, inne.

you're already haunting my reality
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni ani razu nie zobaczył, żeby patrzyła na niego w ten sposób. I powinno mu to sprawić satysfakcję; ten strach był w końcu znacznie uczciwszy niż wszystko, czym karmiła go wcześniej. Był prawdziwy, niemal pierwotny, coś czego nawet ona nie mogłaby sfingować. Zamiast tego poczuł wyłącznie rosnącą irytację, której nie zamierzał analizować głębiej.
Początkowo nie potrafił nawet określić, co poruszyło nią aż tak bardzo; co sprawiło, że pyskata agentka Navarro nagle zapomniała języka w gębie. Mogła bać się śmierci. Była ranna, traciła krew i najwyraźniej nikt nie zmierzał jej z pomocą. Została sama, bo jego lojalność najpierw własnoręcznie wykasowała, a później postanowiła wymienić na coś znacznie gorszego. Mimo to jej spojrzenie uparcie wracało nie do rany, drzwi czy trzymanej przez niego broni, lecz do leżącego obok ciała.
Jego wzrok podążył za nim ku mężczyźnie z odłamkiem wbitym w klatkę piersiową. W zasadzei to nie wiedział, czy kiedykolwiek wcześniej kogoś zabiła; jeśli miałby sięgnąć pamięcią, nie zrobiła tego przy nim. Sam również rzadko brudził sobie ręce bezpośrednio, bo w świecie kartelu rozgrywał zupełnie inną partię niż ludzie zajmujący się prostym wykonywaniem wyroków. Nie oznaczało to jednak, że nigdy tego nie robił.
Coś w niej wydawało mu się znajome. Nie sam strach ani obrzydzenie, lecz sposób, w jaki patrzyła na nieruchome ciało, jakby wciąż nie potrafiła połączyć go z ruchem własnej ręki. Przypominała mu jego samego, kiedy po raz pierwszy miał pociągnąć za spust; chwilę w której broń nagle zaczęła ważyć więcej niż moment wcześniej
Nie urodził się przecież wypruty ze współczucia. Życie potrzebowało czasu, żeby odpowiednio go poukładać; stępić rzeczy, które przeszkadzały i nauczyć go, że cudza śmierć była jedynie środkiem do osiągnięcia celu. Tak było znacznie łatwiej funkcjonować w świecie, do którego trafił. Najwyraźniej Navarro nie zdążyła jeszcze dojść do tego etapu.
Schatje, z a b i j ę cię — powiedział spokojnie — ale nie dzisiaj i nie w tak banalny sposób. Nasza znajomość zasługuje na coś bardziej finezyjnego
Pieprz się zabrzmiało słabo, zachrypnięte przez uszkodzone gardło, ale przynajmniej bardziej przypominało Navarro niż to wcześniejsze jąkanie. Kącik jego ust drgnął, choć uśmiech nie zdołał uformować się w pełni.
Przesunął się tylko na tyle, żeby podeszwą odsunąć poza jej zasięg leżący nieopodal pistolet. Wolał nie sprawdzać, czy panika pozwoli jej po raz drugi zatrzymać rękę w połowie drogi; a wystarczająco dużo kul przeleciało już dzisiaj zbyt blisko jego głowy.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym pochylił nad jednym z napastników i zszarpnął z niego koszulę, pozostawiając ciało w białym podkoszulku. Zwinął materiał kilkukrotnie i dopiero przesunął się w stronę Bianci, powoli, bez żadnego gwałtownego ruchu. Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle brał pod uwagę granicę, którą próbowała między nimi wyznaczyć.
Patrz na mnie, Navarro. — Przesunął się strategicznie na tyle, by swoim ciałem móc zasłonić większość pobojowiska. — I daj sobie pomóc
Wiedział, jak idiotycznie brzmiało to w ich sytuacji. Jak absurdalna była propozycja pomocy wypowiadana przez człowieka, który jeszcze niedawno szczerze jej nienawidził; którego przez trzy i pół roku robiła w chuja, zdobywając jego zaufanie tylko po to, żeby później wykorzystać je przeciwko niemu. Powinien pamiętać o kajdankach, więzieniu i każdym kłamstwie, które wypowiedziała bez najmniejszego zawahania. Powinien pamiętać o tym jebanym kaloryferze. Powinien pozwolić, żeby poniosła konsekwencje własnych decyzji.
Powinien zostawić ją tutaj i pozwolić jej się wykrwawić.
Nie potrafił.
Żałosne.
Z jakiegoś głupiego powodu obraz agentki Bianci Navarro zaczął się zacierać, zastępowany przez kobietę, którą znał jako Ortegę. Gówniarę, bo właśnie tak określił ją w myślach tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni wcześniej. Ortega mogła nigdy naprawdę nie istnieć, ale to ją znał przez cały ten czas. Agentka Navarro pojawiła się w jego życiu dopiero kilka dni temu i znacznie łatwiej byłoby mu pozwolić umrzeć właśnie jej.
Wyciągnął ku niej zwinięty materiał.
Skup się, weź to i uciśnij ranę — polecił szorstko i stanowczo. — Albo za chwilę przestanę pytać o pozwolenie. I nie gap się tam.
get a grip
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinna grać na czas.
Czy tak ich nie szkolono? Wezwała posiłki, pozbyła się bezpośredniego zagrożenia. Potrzebowała pomocy, ewakuacji, jakiegoś, kurwa, w s p a r c i a. Zamiast tego tkwiła zamknięta w jednym pomieszczeniu z mężczyzną, którego przez ostatnie trzy i pół roku śledziła, którego własnoręcznie zakuła w kajdanki - dwukrotnie - i którego wydała wymiarowi sprawiedliwości.
Rozlewający się po jej ciele ból zaginał upływ czasu w sposób, którego nie potrafiła do końca pojąć. Usiłowała przypomnieć sobie kiedy wysłała wiadomość, kiedy była odczytana - pamiętała to, jak wyglądały cyferki, ale nie potrafiła ich odczytać. Jej mózg jednocześnie pędził na najwyższych obrotach i wydawał się ślamazarny, powolny. Jakby krew lepiąca się do jej skóry oblepiała też tkwiące w nim trybiki sprawiając, że niektóre gnały do przodu, inne tkwiły w miejscu.
Drgnęła gdy butem odrzucił pistolet, po który sięgała. Wbrew wszystkim swoim słowom, Visser był daleki do bycia z w y k ł y m mężczyzną. Potrzebowała czegoś, czym mogła się obronić, jej wzrok błądził z rosnącą desperacją po świecie wokół starając się nie dostrzegać trupów. Wycedzone przez mężczyznę słowa rezonowały w jej czaszce, chwytały ten owczy instynkt w imadło, sprawiając, że wbrew potrzebie minimalizowania bólu, odepchnęła się jeszcze parę centymetrów, szorując dłońmi po zakrwawionej, pokrytej odłamkami szkła podłodze.
- Jesteś popierdolony - wydarło się z jej ust z wyraźnym trudem. Nie rozumiała, dlaczego nawet formułowanie zdań stawało się coraz trudniejsze ale czuła, że m o g ł o mieć coś wspólnego z tym piekielnym wrażeniem w jej talii, intensywniejszym niż inne.
Zabiję cię tkwiło w jej głowie, jak drzazga schowana pod skórą, niemożliwa do zignorowania - nawet wtedy, gdy zamiast spełnić te słowa, zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Myśl, że miałby udzielić jej jakiejkolwiek pomocy wydawała jej się zbyt nieprawdopodobna, by była prawdziwa - musiała być jakimś pieprzonym podstępem, chorą grą przeprowadzaną przez chorego człowieka, którego okrucieństwa doświadczała przez trzy i pół roku.
Jej dłonie ślizgały się po telefonie, z trudem usiłując go odblokować. Gdy skryta wewnątrz tej bezużytecznej cegły maszyna wreszcie rozpoznała jej twarz, dostrzegła powiadomienie na samym szczycie. Fala ulgi zalała ją na widok paru, mieniących się w jej oczach literek. Jesteśmy w drodze.
Wysłano: trzydzieści dwie minuty temu.
Zamarła, wpatrując się w c y f e r k i, w to trzydzieści minut, które nie miało żadnego sensu. Wiedzieli, gdzie znajdowała się kryjówka. Wiedzieli jak do niej dotrzeć. M u s i e l i być w zasięgu. Musieli tutaj dotrzeć dużo wcześniej.
Drgnęła, gdy Visser znów znalazł się w polu jej widzenia. Jej wzrok powoli przeniósł się z jego twarzy w dół, w stronę czerwonego śladu pozostawionego przez wrzynające się kajdanki, aż do koszuli, którą dzierżył w dłoni. Koszuli, która miała na sobie czerwone ślady.
Błądziła dalej spojrzeniem, docierając do leżącego na ziemi napastnika, jedynego, który miał na sobie wyłącznie biały podkoszulek. Powietrze ugrzęzło w jej piersi na myśl, że miałaby d o t k n ą ć czegoś, co do niego należało, panika odrzucała całą racjonalność słów, które usiłował jej przekazać.
Zabiła.
- To należy do trupa - szepnęła, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, tym bardziej do mężczyzny, który obiecał ją z a b i ć, ale teraz grał w jakąś grę, pastwił się nad nią. Czuła, jak gdzieś pod tym całym bólem noszony przez nią, rodzinny krzyżyk palił, wrzynał się w jej skórę. - Zostaw mnie w spokoju
I wtedy coś w jej głowie zaskoczyło, na swój powolny, ale żądny racjonalnych odpowiedzi sposób. Przeniosła swój wzrok z powrotem na kucającego obok mężczyznę, później na drzwi, którymi wyszedł. Jak długo go nie było? Jej poczucie czasu było zakłamane, zaginało się w każdym, możliwym kierunku i teraz nagle wygięło się w sposób, w którym Robina nie było wystarczająco długo by mógł zejść na dół i spotkać się z oddziałem wysłanym by jej pomóc.
Czy jego ludzie byli na dole? Czy był zdolny pozbyć się ich wszystkich s a m?
- Co z nimi zrobiłeś? - wydusiła z siebie, desperacko szukając winnego. Jej telefon błyszczał pośród szkła, wybijając się powiadomieniem.

you're the evil one, that's how the world works
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzał na materiał, który próbował jej podać. Dla niego nie miało najmniejszego znaczenia, czy jeszcze chwilę temu należał do trupa, czy do żywego człowieka, ale najwyraźniej dla niej różnica była wystarczająco istotna, żeby zignorować konieczność uciśnięcia krwawiącej rany. Zignorować własne życie i zdrowie, bo perspektywa dotknięcia czegoś, co należało do martwego mężczyzny, napawała ją obrzydzeniem.
Głupia jak but
Nie powinien w ogóle zwracać uwagi na te jej fochy. Abstrahując już od tego, że nie powinien był po nią wracać, tym bardziej nie powinno obchodzić go, czy miała problem z prowizorycznym bandażem, który jej podawał. Martwemu koszula nie mogła się już przydać. Jej mogła uratować życie. Logika była prosta i niezależna od tego, jak bardzo Navarro nie chciała jej teraz dostrzec.
Westchnął ciężko, mnąc zwiniętą tkaninę we własnej frustracji.
Pytanie powinno go rozbawić. W innych okolicznościach sama sugestia, że w ciągu kilku minut zdołał pozbyć się całego oddziału federalnych agentów, zostałaby przez niego potraktowana niemal jak komplement. Teraz nie pojawił się nawet uśmiech. Nie pojawił się ten charakterystyczny, kpiący grymas.
— Nic — odpowiedział krótko, przenosząc wzrok z powrotem na jej twarz. — Na dole nie było nikogo.
Wyrzucił w nerwach zmięty materiał i rozejrzał się za czymś, co mogłoby zastąpić niechciany bandaż. Jednocześnie sam próbował zrozumieć, dlaczego na dole nie było nikogo. Powinny być tam patrole. Powinni być ludzie, których wezwała. Od momentu rozbicia okna i pierwszego wystrzału zdążyło minąć wystarczająco dużo czasu, żeby ktokolwiek pojawił się pod budynkiem.
A on nadal słyszał wyłącznie ciszę.
Żadnych kroków na klatce schodowej ani syren zwiastujących nadjeżdżające posiłki. Nic, kurwa.
Dlaczego?
Nie miał teraz czasu szukać odpowiedzi. Zaklął pod nosem, chwycił za dół własnej koszulki i ściągnął ją przez głowę. Ruch pociągnął obolałe mięśnie, a głęboka bruzda na nadgarstku zaprotestowała ostrym szarpnięciem, ale nawet na nią nie spojrzał. Zwinął materiał kilkukrotnie i przesunął się bliżej Bianci.
— Navarro. — Tym razem zabrzmiało to inaczej niż wcześniej. Bez tej kpiny, przeciągniętych sylab i żadnego z określeń, którymi od kilku dni konsekwentnie próbował przypominać im obojgu, że nie była Ortegą. — Patrz na mnie.
Nie czekał, aż spełni jego polecenie. Przyłożył zwiniętą tkaninę do jej boku i mocno docisnął, ignorując możliwość kolejnego protestu. Ostrzegał ją przecież, że za chwilę przestanie pytać o pozwolenie.
Jeśli ktokolwiek zapytałby go później, dlaczego wciąż tam tkwił, nie potrafiłby udzielić odpowiedzi, która nie brzmiałaby żałośnie. Mógł odejść. Miał broń i wystarczająco dużo czasu, żeby zyskać przewagę, zanim ktokolwiek postanowiłby rzeczywiście przyjechać na wezwanie. Zamiast tego klęczał pośród szkła i cudzej krwi, król topless, przyciskając własną koszulkę do rany kobiety, która jeszcze niedawno skuła go z kaloryferem.
Irytowało go to niemal tak bardzo, jak jej upór.
— On już nie umrze bardziej — powiedział twardo. — A ty możesz. Więc przez następne pięć minut przestań się zastanawiać, co się właśnie stało i skup się na tym, żeby nie zdechnąć mi na rękach.
Nie było w nim delikatności. Nikt nigdy nie nauczył go, jak obchodzić się z cudzym strachem, bo w świecie, który go wychował, strach należało przełknąć, ból zignorować, a przede wszystkim mieć wystarczająco twardą dupę, żeby nikt nie uznał ich za słabość. Delikatność była luksusem dla ludzi, którzy mogli pozwolić sobie na pozostawienie przy kimś odsłoniętego miejsca. On potrafił wydawać polecenia, uciskać rany i usuwać problemy; nie potrafił robić tego tak, żeby nie brzmiało jak groźba. Cała sytuacja była więc dla niego równie frustrująca, co niezrozumiała – nie wiedział, jak dać jej to, czego najwyraźniej potrzebowała, ani dlaczego wciąż przy niej tkwił, cały czas próbując... coś zrobić
Zacisnął mocniej dłoń na materiale, własnym ciałem zasłaniając jej widok na leżącego nieopodal mężczyznę.
— Nie wróciłem po to, żeby teraz patrzeć, jak się wykrwawiasz, bo nie spodobał ci się jebany bandaż.
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na dole nie było nikogo.
Na dole nie było nikogo? Kłamstwo, osąd przemknął przez jej umysł w odruchu, którego nie potrafiła powstrzymać, a który szybko zderzył się z pogrzebaną przez warstwą paniki i bólu logiką. Słyszałaby huk, strzelaninę, gdyby doszło do tego, o co przed sekundą go posądziła. Nie wyeliminowałby całego oddziału i wyszedł z tego bez szwanku, wracając do góry, do niej. Merytoryczne argumenty pojawiały się w jej głowie, jak ciche, łatwe do zignorowania myśli, którym pozwalała płynąć, starając się je ignorować.
Nie mogła jednak ignorować jego spojrzenia.
Jego usta nie były wygięte w szyderczym uśmiechu, do którego przywykła. W jego głosie nie brzmiała złośliwość, z którą wybierałby kolejną szpilę, którą mógłby jej wbić. Ciężar jego mimiki osadzał się na jej sercu mocniej niż jakiekolwiek zaprzeczenie.
Na dole nie było nikogo.
Dlaczego nie przyjechali? Dlaczego zostawili ją tutaj, w tym zatęchłym mieszkaniu, z m o r d e r c ą, którego miała pilnować w pojedynkę? Dlaczego na dźwięk wystrzałów nie przybiegli natychmiast agenci, którzy mieli tkwić tuż obok, w samochodzie, na wypadek, gdyby Visser próbował uciec? Dlaczego nie dotarły żadne posiłki?
Dlaczego była tutaj s a m a?
Mrugnęła, ostrość powracała do jej spojrzenia chwilowo by znów zniknąć, jakby była umiejętnością podtrzymywaną - tak jak każdy oddech, który nabierała zbyt późno, zbyt raptownie, by oszczędzić sobie kaskady bólu. Jej ciało porzuciło wszystkie, autonomiczne funkcje, które zwykle podtrzymywały ją przy życiu zostawiając ją w okowach strzaskanego umysłu, do którego nadal nie docierało to, co tak właściwie działo się obok niej.
- No se toca lo que pertenece a los muertos - wyrecytowała cicho, sama do siebie, powtarzając zasłyszane słowa własnej matki, które wydawało jej się, że zapomniała. Nie liczyła na to, że zrozumie, dlaczego nie zamierzała dotykać koszuli nieboszczyka. W tej chwili skupiała się wyłącznie na tym, by nie spoglądać na ostry kawałek szkła wbity w klatkę piersiową leżącego przy niej denata.
By nie przysunąć się, by nie odsunąć jego kominiarki i nie spojrzeć na oblicze człowieka, który wydał z siebie ostatnie tchnienie przez n i ą.
W tej z góry skazanej na porażkę próbie unikania tego jednego punktu w chaosie panującym w mieszkaniu, skupiła się na patrzeniu na niego. Wydawał się poruszać zbyt szybko, zbyt niepoukładanie by była w stanie przewidzieć, co zrobi następne - gdy mrugnęła raz, sięgał do krawędzi swojej koszulki. Gdy mrugnęła drugi, zwijał tę koszulkę w dłoni i zbliżał się do n i ej.
Cichy krzyk wydarł się z jej gardła gdy w reakcji na jego dotyk, ból rozerwał jej tkanki na drobne kawałeczki i pozostawił ją z wrażeniem, jakby ktoś nieudolnie próbował je sklejać ze sobą. Jej dłonie oderwały się od podłogi, chwyciły za męski nadgarstek, w pierwszym odruchu usiłując oderwać to źródło cierpienia od swojego ciała. Dopiero wtedy zorientowała się, że materiał, który trzymał, nasiąkał szkarłatem.
Wyczuła jego zapach, emanujący z prowizorycznego bandaża. Perfumy, które znała zbyt dobrze, których obecność w powietrzu nigdy nie oznaczała niczego dobrego. Jakby potrzebując tego dodatkowego elementu układanki, nie wierząc swojemu otumanionemu umysłowi, dopiero wtedy przesunęła spojrzeniem po jego nagim torsie i zrozumiała, że oddał jej własną koszulkę.
- Co ty robisz? - wydusiła z siebie, widząc, rozumiejąc, ale jednocześnie w pełni nie pojmując. - Zostaw - jęknęła, nieustannie trzymając jego nadgarstek, jakby dzięki temu mogła kontrolować to, co z nim zrobi. Jakby była w stanie odsunąć jego rękę nawet gdyby nie była osłabiona. - Muszę zadzwonić.

none of this is making sense
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zrozumiał każde słowo. Lata pracy dla meksykańskiego kartelu wymusiły na nim biegłość w wielu językach – a zwłaszcza w hiszpańskim.
Nie rozumiał jedynie, dlaczego prawo martwego człowieka do zachowania własnej koszuli miało w jej głowie większe znaczenie niż krew wypływająca z jej ciała. Była to jedna z wielu rzeczy, których prawdopodobnie nie zdołałby pojąć nawet wtedy, gdyby Navarro wyjaśniła mu je w języku, którego używała do formułowania swoich oficjalnych federalnych raportów.
Jej palce zacisnęły się dokładnie na rozciętym przez kajdanki nadgarstku; ból szarpnął jego ręką i przeszedł wyżej, aż do łokcia, ale nie próbował się wyrwać. Zacisnął jedynie odruchowo zęby w pierwszej reakcji. Jej chwyt był słabszy niż powinien; pozbawiony tej siły, której potrzebowałaby, żeby rzeczywiście odsunąć jego dłoń, choć przecież jeszcze niedawno potrafiła powalić go na posadzkę i skuć, zanim zdążył odpowiednio zareagować.
Teraz mógłby wyswobodzić nadgarstek jednym ruchem.
Nie zrobił tego. Dopóki próbowała go odpychać, pozostawała przytomna. Dopóki wbijała palce w jego ranę, miała wystarczająco dużo siły, żeby walczyć przynajmniej z nim.
— Najwyraźniej wykonuję pracę twoich zasranych kolegów.
Powinien robić coś zupełnie innego. Oddalać się od kryjówki, rozwalić i wyrzucić opaskę do pierwszego przejeżdżającego samochodu i wykorzystać każdą minutę, którą jej ludzie łaskawie postanowili mu podarować, przez swoje spóźnienie. A zamiast tego klęczał przy niej i własnym ciałem zasłaniał trupa, jakby naprawdę zależało mu na tym, żeby nie musiała na niego patrzeć.
Godverdomme.
— To dzwoń — warknął.
Starał się nie zwracać uwagi na to, jak bardzo ją bolało. Na krzyk, który wydarł się z jej gardła, gdy docisnął materiał do rany; na gwałtownie zaczerpnięty oddech, napięcie całego ciała i te palce zaciśnięte na jego nadgarstku. Wszystkie te reakcje próbował sprowadzić do prostych informacji. Nadal była przytomna. Nadal reagowała na bodźce. Nadal miała wystarczająco dużo siły, żeby próbować go od siebie odsunąć.
Nic więcej.
Przez lata nauczył się traktować cudzy ból jak element wykonywanej pracy. Krzyk przecież oznaczał, że naciskało się we właściwym miejscu; szarpnięcie ciała potwierdzało, że człowiek jeszcze nie stracił przytomności, a łzy, błagania i urywany oddech były wyłącznie reakcjami organizmu, równie pozbawionymi znaczenia jak krew wypływająca z rany. Gdyby za każdym razem pochylał się nad cudzym cierpieniem, nie przetrwałby nawet pierwszych lat w organizacji.
A jednak jej krzyk – choć cichy – nie zniknął razem z dźwiękiem.
Osiadł w jego głowie ciężko, zajmując specjalne miejsce. Specjalnie upierdliwie.
To nie mogło być wynikiem współczucia, bo aby móc o nim mówić, musiałaby go jakkolwiek obchodzić; musiałoby mu zależeć. A to przecież była Bianca Navarro, głupia federalna suka, która wzięła jego zaufanie, przeżuła i wypluła. Która trzy lata wodziła go za nos.
Nie zmniejszył ucisku, wiedząc, że mógłby tym wyrządzić jej znacznie większą krzywdę. Poprawił jednak ułożenie dłoni, stabilizując materiał ostrożniej i unikając kolejnego gwałtownego ruchu. Zrobił to odruchowo, niemal bezwiednie, a kiedy zdał sobie z tego sprawę, zacisnął szczękę mocniej w nerwach.
Żałosne.
— Kto jeszcze wiedział o tym adresie, Navarro? — warknął z poziomu swojej frustracji. — Skup się. Może przyjść ich tu więcej, a wtedy jesteśmy w dupie.
Dopiero kiedy słowa wybrzmiały, dotarło do niego, jak absurdalnie zabrzmiało to jesteśmy. Nie byli przecież w dupie. Ona była. On miał broń, klucze, sprawne nogi i otwarte drzwi, przez które mógł zniknąć w każdej chwili. Mógł zrobić to już dawno, pozostawiając ją razem z jej raną, nieobecnymi agentami i wszystkimi konsekwencjami decyzji, które sama podjęła. A jednak liczba mnoga wymknęła mu się bez zastanowienia, jakby od chwili, w której zawrócił na schodach, jej sytuacja w jakiś niezrozumiały sposób stała się również jego.
Żałosne.
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafiła się na nim skupić.
Od chwili, w której to jej kolano przyciskało plecy Vissera do posadzki wyobrażała sobie sposób, w jaki to wszystko mogło pójść nie tak. Jej umysł przygotowywał wszystkie potencjalne scenariusze w płonnej nadziei na to, że jeśli któryś z nich miałby się sprawdzić, będzie na niego bardziej gotowa niż gdyby całkowicie ją to zaskoczyło.
W niektórych z nich Robin znikał już pierwszej nocy, po cichu, bez śladu. Zostawiał zamontowaną na jego nodze obręcz z lokalizatorem, kradł jej auto i udowadniał, że nie była szczególnie kompetentną agentką. W innych, tych, które zostawiały mocniejszy ślad na jej duszy, prowokował kłótnię. Zdobywał przewagę, której nie poświęcał na rzecz bezkonfliktowej ucieczki. W nich sięgał po zemstę, w sposób, w jaki zwykle w kartelu traktowano z d r a j c ó w.
W żadnym z tych scenariuszy, na które próbowała być gotowa, nie tkwił przy niej bez pieprzonej koszulki, walcząc o zatamowanie jej własnej rany - w dodatku rany, którą to nie on jej zadał, wbrew wszystkim jej oczekiwaniom.
Nie potrafiła jednak o tym myśleć. Jej umysł był strzaskany, pofragmentowany przez wrzask zakończeń nerwowych jej ciała i ciężar tego, co zrobiła. Potrafiła wyłącznie skupić swoje myśli na jednej nieprawidłowości, którą widziała przed sobą i w tej chwili była nią jej s a m o t n o ś ć w tym wszystkim.
Gdzie były jej posiłki?
To dzwoń.
Nie wiedziała, jak nawet przez grubą zasłonę jej obecnego stanu był w stanie wzbudzić w niej irytację - ale gdy w reakcji na jego słowa mocniej zacisnęła dłoń na telefonie, ten wyślizgnął się pokrywającą jej skórę szkarłatem i ze stukotem wylądował pomiędzy szklanymi odłamkami. Jej druga dłoń dołączyła do pierwszej, odruchowo, w głębokiej potrzebie odsunięcia od siebie mężczyzny, który nigdy nie zbliżyłby się do niej by jej p o m ó c.
Na dole nie było nikogo.
Czuła, jak serce wali w jej klatce piersiowej, szum krwi wdzierał się w przerwy między jego słowami - słowami, które potrafiła rozpoznać jako racjonalne i sensowne, gdzieś w odmętach swojej świadomości. Ale odpowiedź, którą znała, nie miała żadnego sensu, nie mogła więc wypowiedzieć jej na głos.
Nikt nie znał tego adresu - wyłącznie ludzie zaangażowani w sprawę Vissera i jeden, zaszyty głęboko w strukturach agencji operator, który miał dostęp do wysoce klasyfikowanych operacji pod przykrywką.
J e j ludzie.
Na dole nie było nikogo.
Drgnęła, jej ciało wyprężyło się od nagłej fali bólu gdy w pomieszczeniu rozległ się trzask. Jej telefon rozświetlił się nadchodzącym połączeniem, telefon zawibrował w tym nieznośnym odgłosie nawet gorszym niż dźwięk zwykłego dzwonka, szczególnie w połączeniu z całym szkłem, które wibrowało wraz z nim. Dostrzegła znajomy pseudonim dzwoniącego, agenta, do którego wysłała prośbę o wsparcie.
I znów jej żałosne serce ucieszyło się, ręce bezmyślnie puściły nadgarstek potencjalnego oprawcy, jedna z nich sięgnęła w stronę telefonu. ˙oƃoʞᴉu ołʎq ǝᴉu ǝlop ɐN Jej rozcapierzone palce zawisły nad błyszczącym ekranem. Dzwonił. Dlaczego dzwonił? Skoro miał czas, by zadzwonić, miał też czas by zlecić oddziałowi ruszenie na miejsce. Już jej kod powinien wywołać natychmiastową reakcję, nie było mowy o d z w o n i e n i u by się upewnić, nie było tego w żadnym protokole.
Nagle sens jego pytań uderzył w jej kruche, obolałe żebra wraz z nagłym świstem wciąganego powietrza. Odwróciła głowę od telefonu, zmuszając swoje ciało do posłuszeństwa, powieki do uchylenia, gałki oczne do odzyskania ostrości i skupienia na mężczyźnie tkwiącym tuż przed nią.
- Tylko agencja - wydarło się z jej ust, niemal bezgłośne gdy to, co nieustannie powtarzał wreszcie zaczynało zostawiać własne, krwawe ślady na jej umyśle, pozbawiając jej głos reszty siły.

this can't be true
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”