29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

erotyka
Nie przestanę.
Lance naprawdę chciał, by to wszystko się nie kończyło, bo świat w tym momencie wydawał się prosty. Zrzucił z siebie cały ciężar. Zapomniał o przeoczonym terminie apelacji, za który zresztą winił Logana i młodszej aplikantce, która tylko szukała sposobu, by go udupić. Napięcie zniknęło, bo to wszystko było nieważne, skoro mógł być tutaj i jednocześnie bliżej szczęścia niż kiedykolwiek. Zacisnął mocniej ramiona wokół jego karku, dochodząc w ciepłą dłoni i wpuszczając głęboko język. Próbował być cicho, ale nie potrafił. Nie wiedział nawet, w którym momencie ugryzł miękką wargę, ale gdy Logan się od niego odsunął, jeszcze przed tym, jak sięgnął do jego męskości, wychylił się, by dać mu przepraszającego całusa.
Trzymał twardego kutasa w dłoni, rozchylając lekko wargi w niemym zachwycie. Zahipnotyzowany nie mógł odwrócić spojrzenia od Logana, który zapamiętale wbijał się w ciasny, wilgotny splot jego palców. Żałował, że musi mu wystarczyć światło księżyca ledwie rozświetlające mrok, w którym Callahan przypominał mityczną i bezlitosną bestię. Laurent nie wiedział, czy w życiu widział coś lepszego. Wolną dłonią przesuwał zachłannie po jego ciele, rozcierając pot po ramionach, karku i torsie. Nie mógł oderwać spojrzenia od imponującego, lśniącego od wilgoci fiuta, ale też zaostrzonych przez żądzę rysów twarzy. Nie było szans, by oparł się temu pierwotnemu, dzikiemu urokowi, w którym nie było miejsca na fałsz.
Logan szczytując, był po prostu doskonały, a jego warknięcie sprawiło, że Laurent zadrżał, wyciskając ostatnie krople z jego fiuta. Ciepła sperma płynęła po jego brzuchu i wrażliwej męskości sprawiając mu jakąś brudną satysfakcję. Pokonany kochanek wyglądał jeszcze lepiej. Odliczał jego oddechy. Podziwiał z zadowoleniem spustoszenie, jakie wyrządził gwałtowny, mocny orgazm.
Chciał ukraść mu każdy pierwszy raz. Wgryźć się w duszę i zostawić w niej ślad. Być jedyną gorącą fantazją. Sprawić, by nie śnił już o nikim innym. By w końcu nie miał wyboru i przyznał, że chce z nim być, że chce jego miłości.
Nie zadowolił się krótkim całusem, złapał go i pocałował głębiej, jakby nie miał dość.
— Nie zaprzeczyłeś — pociągnął żart dalej, spoglądając na niego wyzywająco spod lekko uniesionych brwi, chociaż jego tors nadal unosił się w szybkim, płytkim oddechu. Uniósł się na przedramieniu, uważając, by niczego nie ubrudzić i sięgnął po koszulę. Wycierał się w nią, kiedy poczuł na sobie ciężkie spojrzenie Logana. Przygryzł kącik ust. — Coś nie tak? — zapytał odrobinę niepewnie, oddając mu ubranie i poprawiając bieliznę.
Spojrzał na niego ponownie, słysząc swoje pełne imię, a potem uniósł wysoko brwi w odpowiedzi na ten poważny ton. Nie spodobał mu się sposób, w jaki Logan do niego mówił. Podobnie pouczał go ojciec. Był jeszcze otumaniony orgazmem, a jego ciało przyjemnie rozluźnione więc znaczenie wypowiadanych przez mężczyznę słów docierało do niego z pewnym opóźnieniem.
Jeszcze przez sekundę przyglądał się perfekcyjnej sylwetce z cielęcym zachwytem, nie mogąc się doczekać, aż Logan położy się obok, a zaraz potem parskał z oburzeniem. Na początku myślał, że facet żartuje, ale wcale na to nie wyglądało. Callahan był bezczelny i może Laurent uznałby to za seksowne, gdy jednocześnie kowboj go nie obrażał.
Nie zastanawiał się nad tym, jakie intencje i sekrety mogły stać za słowami Logana, pozwalając ponieść się emocjom.
— Pojebało cię? — wysyczał, bo Logan znowu mu to robił. Wspomnienie wieczoru, który spędził w przesyconej ich zapachem pościeli, bezsilnie walcząc o oddech, wróciło do niego z ogromną siłą i zmieniło krew w lód. Zimna obręcz zacisnęła się wokół żołądka, ale sekundę później pękła, a w żyłach zawrzał gorący gniew. Laurent poderwał się gwałtownie z łóżka, stając naprzeciw mężczyzny z zadartą głową. Nie miał pojęcia, dlaczego Logan znowu mu to robił, ale tym razem nie zamierzał mu na to pozwolić. — Co ty sobie wyobrażasz? Co ty w ogóle mi insynuujesz, co? Że się puszczam na prawo i lewo? Że każdemu facetowi wskakuje do łóżka? Myślisz, że z każdym pieprzę się, a potem wyznaję mu miłość! Dupek z ciebie, Callahan — mówił wściekły, ostrym szeptem i gwałtownie gestykulował, chociaż miał ochotę drzeć się ile sił w płucach. Gromił Logana wzrokiem, wbijając palec w jego pierś.
Dotarło do niego, że przyjechał tu dzisiaj sprzedać to pieprzone ranczo, a nim się obejrzał, oddał je Loganowi za jeden numerek. Naiwny i głupi. Znowu to samo. Przyzwyczaił się do tego, że faceci nie chcieli nigdy być z nim naprawdę. Zaakceptował swoją rolę, ale żaden z tych fiutów nie pogrywał z nim jeszcze tak okrutnie, jak Callahan. Nie wysyłał mu tak wielu sprzecznych sygnałów. Nie sprawiał, że miotał się jak skończony idiota.
— Niewiele o tym myślałeś, jak pakowałeś dzisiaj we mnie kutasa. Lepiej leć się przebadaj, bo nie wiadomo, czy się czymś nie zraziłeś — wysyczał jadowicie w jego usta, a potem oparł obie dłonie na jego torsie i lekko pchnął, próbując zwiększyć między nimi dystans. — Myślałem, że jesteś inni niż ci wszyscy kolesie — dodał ze złością, chociaż o to mógł mieć pretensje jedynie do samego siebie. — Ale jesteś dokładnie taki sam. Albo nawet kurwa gorszy — znów wymierzył w niego palcem i nie zamierzał dopuścić go do głosu, dopóki nie wyrzuci z siebie wszystkiego. — Wiesz, kto mógłby mi stawiać takie wymagania? Mój facet. Człowiek, który się mnie nie wstydzi. Ale ty przecież tego nie chcesz. Ty chcesz mieć swój święty spokój, to cholerne ranczo i wyruchać mnie od czasu do czasu.
Zaprzecz. Proszę, zaprzecz.
W głowie Laurenta tłukła się tylko ta jedna, desperacka myśl. Serce biło mu w piersi tak szybko, jakby miało zaraz z niej wyskoczyć. Zamilkł na moment. Potarł dłonią kark, mierzwiąc ciemne loki i kręcąc głową.
— Już zaczynam rozumieć, dlaczego się nie odzywasz, jak masz pierdolnąć coś takiego, to może lepiej w ogóle się zamknąć. Bo wiesz, jak wyglądają układy między NAMI? Normalnie, zupełnie, kurwa, normalnie — dyszał ciężko. Gdyby nie to, że był środek nocy, prawdopodobnie cisnąłby czymś w Logana, żeby wyładować całą tę złość, ale w obecnej sytuacji nie mógł nawet podnieść głosu.
Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Przytrzymany, wcale nie próbował się wyrywać i spłycać pieszczoty. Poświęcił jej kilka długich sekund, namiętnie wpijając się w jego usta i oddając pocałunek dopóki Laurent nie poczuł, że dostał wystarczająco. Wtedy uniósł się i uśmiechnął leniwie. Cmoknął go jeszcze raz, dla pewności, i wstał.
Posłał mu ciężkie spojrzenie słysząc zaczepkę i widząc ten bezczelny uśmieszek w półmroku pokoju.
- Nie pieprzyłem żadnego faceta przed tobą, Lance - powiedział wprost. - Nie gadaj głupot.
I na tym mógłby poprzestać, ale zdecydował się powiedzieć więcej, nie mając pojęcia, że swoimi słowami wywoła tak gwałtowną reakcję. Właściwie w ogóle nie spodziewał się kłótni po tym, co między nimi zaszło. Naiwnie myślał, że jakoś to poukładają, dojdą do czegoś więcej niż orgazm, określą ramy i zasady funkcjonowania. Tymczasem Laurent po prostu wybuchł, najwyraźniej dotknięty czymś, co przecież powinno go cieszyć. W końcu Logan również obiecywał mu wyłączność. Proponował coś najbliższego pełnoprawnej relacji, na ile pozwalały im okoliczności i jego własne sumienie. Ale widać to wciąż było zbyt mało.
Ramiona mu opadły, a na twarzy zamiast irytacji czy zniecierpliwienia pojawiło się zmęczenie. Był tak kurewsko znużony całą tą szopką. Sobą, nim, emocjami, problemami rancza. Ludźmi, którzy wciąż czegoś od niego chcieli. Którzy na niego liczyli. Wciąż i wciąż chcąc albo odpowiedzi, albo zapewnień których nie miał.
Ostre słowa uderzały w niego i odbijały się, nie zostawiając na nim żadnych widocznych rys. Logan po prostu patrzył jak Laurent przechodzi ze skrajności w skrajność i doszedł do wniosku, że dzieciak był chyba kurewsko rozbity, skoro nie potrafił przeprowadzić normalnej rozmowy. Jak on w ogóle radził sobie w sądzie? O ile w ogóle prowadził jakieś sprawy, a nie parzył kawy w tej swojej kancelarii czy gdzie tam pracował. Przecież Callahan nie miał pojęcia, co on właściwie robił.
Dopiero wzmianka o badaniu podpowiedziała mu, że może trochę niepotrzebnie wspomniał o tych gumkach. Ale naprawdę można było go winić? Nie znał Laurenta, nie wiedział o nim praktycznie nic, tak samo jak o gejach i ich życiu. Nic ponad kilka krzywdzących stereotypów.
Cmoknął cicho i rozchylił usta żeby coś powiedzieć, ale wtedy Lance go pchnął. Jedyne, co udało mu się uzyskać, to lekkie zachwianie, ale to o nagle ściągnięte brwi Logana powinien się martwić bardziej.
W jednej chwili kowboj chwycił go za nadgarstki i przytrzymał.
– Dosyć - szepnął bez złości, ale zdecydowanie. Nie zamierzał się z nim szarpać, więc po chwili puścił i zrobił krok w tył, nie chcąc się z nim przepychać i to jeszcze tutaj, w środku nocy.
Laurent opluł go kolejną porcją jadu tak dotkliwie, że Logan w pewnym momencie miał ochotę powiedzieć mu, że tak. Jedyne czego chce, to właśnie świętego spokoju. Pieprzyć ranczo i ruchanie. Nie potrzebował tego wszystkiego za cenę takich cyrków. Zmiął w ustach przekleństwo i zacisnął pięści. Spojrzał gdzieś w bok, pech chciał, że akurat na komodę zastawioną starymi zdjęciami. Nie widział teraz żadnego z nich, ale pamiętał każde. Boże, co on wyprawiał? I to tutaj. Właśnie tutaj, gdzie miał całe swoje życie, wszystkie uczucia pochowane w kątach, zamknięte w ramkach i w prawie pustym flakoniku perfum. Dawał się rugać jak pies, dzieciakowi, który gówno wiedział o życiu i prawdziwym bólu.
Zazgrzytał zębami i gdy padła kolejna porcja złości, coś w nim pękło.
– Lance do cholery! - syknął wychylając się w jego stronę. Szarpnął go za ramię, bo zafiksowany na sobie gotów był w ogóle nie dać mu dojść do słowa. Ale tym razem to Logan nie zamierzał pozwolić sobie przerwać. Wbił w niego gniewne spojrzenie.
- Przez chwilę, przez jedną, kurwa, chwilę, pomyśl o tym logicznie - warknął półgłosem. Jego głos zniżony do gniewnego szeptu przypominał dudnienie dochodzące z głębi pustej studni. - Jak ty to sobie wyobrażasz, co? Że teraz będziemy chodzić po ranczu za rączkę i wywieszać tęczowe flagi? - zakpił bezlitośnie, ale w tonie zabrzmiała gorycz i cierpienie. Bo przecież nie był nieczułym skurwielem, który nie rozumiał dlaczego Lance wyjechał i dlaczego chciał tego wszystkiego. Ale to, że rozumiał, nie znaczyło, że potrafił mu to dać. Albo że było to proste.
- A zastanawiałeś się jak wyjaśnić Travisowi, że jego stary nagle stał się pedałem? Albo jak sprawić, żeby banda konserwatywnych facetów, nie straciła szacunku do zarządcy twojego pieprzonego rancza? - Nie czekał na odpowiedzi, bo je znał. Lance miał to gdzieś. Dla niego liczył się tylko jego ból. Jego potrzeby. I miał gdzieś wszystko inne, nawet to, czy swoimi kaprysami wpływa na życie innych ludzi.
Puścił go i prychnął gorzko, nerwowym gestem przeczesując sobie włosy. A kiedy znów na niego spojrzał, z jego twarzy bił dystans i uraza.
- Mogę być skończonym dupkiem, ale to ty jesteś niedojrzałym, egoistycznym szczeniakiem. Myślisz, że jak się zakochałeś, to wolno ci rozjebać cudze życie? Wyjmij głowę z własnej dupy i rozejrzyj się.
Machnął dłonią jakby próbował ogarnąć całą chujową rzeczywistość.
- Bo nie jesteś sam i nie jesteś jedynym, który coś czuje. Myślisz, że dla mnie to łatwe? - Postukał palcem we własną pierś, tam gdzie jeszcze przed chwilą Laurent wbijał swój. Patrzył mu prosto w oczy. - Konfrontować się z całym tym gównem? Pragnąć kogoś po tylu latach, pozwalać mu być blisko?
Urwał gwałtownie, kiedy głos zdradliwie mu zadrżał. Znów całe opanowanie szlag trafił, ale przy nim nie umiał zachowywać się spokojnie, nawet przy najszczerszych chęciach. Lance wchodził mu pod skórę, grzebał w sercu i był pieprzonym wrzodem na tyłku, od którego nie potrafił już trzymać się z daleka. A czuł, że właśnie to było najlepszym, co mógłby teraz zrobić.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnął się wilczo, gdy Logan dał się podpuścić i potwierdził, że jest jedynym kolesiem, któremu udało się uwieść to nieziemskie ciacho. Zabawnie było myśleć o Callahanie w tych kategoriach, ale kiedy tak stał na środku sypialni, trudno było się oprzeć. Nie chodziło jedynie o płytką satysfakcję z poderwania przystojnego gościa, ale świadomość, że to wszystko przynajmniej w tej chwili należało tylko do niego. Leżał w miękkiej pościeli, nie mogąc oderwać spojrzenia od swojej zdobyczy. Wpadł po uszy. Był w nim zabujany do porzygu, dlatego słowa Logana tak bardzo zabolały. Kiedy on planował porwanie go na szalony weekend w mieście, facet wyskoczył mu z tym tekstem o wyłączności i gumkach, jakby był jakąś puszczalską szmatą.
Laurent potrafił być opanowanym facetem, ale Logan zdawał się zawsze wiedzieć, czego nie powinien powiedzieć i dokładnie to mówił. Wściekał się, że Callahan wszystko utrudnia i tak bardzo przejmuje się cudzą opinią. Stał jak pieprzony głaz, a Lance chciał go mocno złapać za szerokie ramiona i nim potrząsnąć. Miał ochotę stanąć naprzeciw niego i z całych sił w płucach wrzasnąć “kocham cię, ty skończony durniu”.
Wcale nie chciał z nikim innym chodzić do łóżka. Nawet mu to do głowy nie przyszło, ale Logan zaczął mówić, jakby to był jakiś seks-układ, a podobno nie umiał pieprzyć się bez zaangażowania.
Złapany za nadgarstki szarpnął nimi, jeszcze bardziej rozwścieczony. Złość sprawiała, że miał naprawdę dużo siły. Przez moment jeszcze naiwnie łudził się, że Logan go pocałuje. Rozchylił nawet odruchowo wargi, ale ten się do niego nie zbliżył.
— Puść mnie — warknął, wyswobadzając się z uścisku i patrząc na niego spod byka. Roztarł nadgarstki, na których po stanowczym chwycie nie pozostał nawet ślad. Nadal wyrzucał z siebie słowa, chociaż te nie docierały do Logana. Kowboj pozostawał na nie równie obojętny, co na ciosy. Lance czuł, jakby gadał do ściany… albo uparcie walił w nią głową.
Zamilkł zaskoczony, gdy Logan w końcu się odezwał. Wbił w niego wyczekujące i wyzywające spojrzenie. Parsknął pod nosem, słysząc, jak ten dalej próbuje go pouczać, używając tych wyświechtanych, praktycznych argumentów. Uosabiał teraz wszystko to, czego Laurent szczerze nienawidził w tym miejscu. Oczekiwanie, że facet będzie zaciskał zęby, ciężko pracował i pod żadnym pozorem nie mówił o swoich emocjach, żeby nie wyjść na histeryczną pizdę. Nie wolno też było się wyróżniać, a jedyną dozwoloną przyjemnością było picie piwa i ruchanie żony na misjonarza z wyłączonym światłem.
— Myślę, że nie doceniasz swojego syna — syknął wściekle, bo Travis był w pewnych kwestiach dużo mądrzejszy od swojego ojca.
Logan znów się odsunął. Pewnie znowu by wyszedł, ale niestety nie mógł uciec ze swojej sypialni. Laurent wyprostował się, mrużąc oczy. Dobrze. Przynajmniej dokończą tę rozmowę.
— Nie chcę zniszczyć ci życia — stwierdził twardo, choć bolała świadomość, że Logan właśnie tak to widział, a przecież Laurent naprawdę gotów był zamknąć się z nim w szafie. — I dobrze wiesz, że nie oczekuję od ciebie chodzenia za ręce i tęczowych flag. Chciałem, żebyś przyznał, że mnie, nie wiem, kurwa, lubisz.
Zaśmiał się gorzko, bo to prawdopodobnie nie było najwłaściwsze określenie. Wątpił, żeby Logan go lubił, biorąc pod uwagę, że większość ich interakcji kończyła się awanturą. Różnili się w tak wielu kwestiach, że trudno było znaleźć wspólny grunt. Choć to nie była do końca prawda, bo przecież potrafili też być razem szczęśliwi. Przynajmniej Laurent był z nim szczęśliwy, bo w przypadku Logana mógł tylko zgadywać.
— Chciałem, żebyś powiedział, że jesteś o mnie zazdrosny, a nie sugerował, że się puszczam, bo masz jakieś pojebane wyobrażenie o gejach — nie spuścił z tonu i nie odwrócił spojrzenia, bo przecież musiał mieć ostatnie zdanie. — Więc powiedz mi, co czujesz, bo na razie, to mogę się co najwyżej domyślać! Bo nic mi nie mówisz! — wypalił, załamując ręce. — Wszystko w sobie dusisz! — potargał znów ciemne loki.
Był niemal pewien, że Logan zamiast odpowiedzieć na pytanie, każe mu się wynosić z sypialni. Przygotował się na to psychicznie. Zacisnął usta tak mocno, że aż mięśnie na jego policzku drgnął. Tym razem nie zamierzał płakać.
I nie zamierzał też wyjść, dopóki nie dostanie swoich odpowiedzi. Nie da mu szans znów zamknąć się za tą pierdoloną skorupą, skoro widział, jak zaczyna pękać.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Miał ochotę warknąć, że gówno wiedział o jego synu i o nim. O prawdziwym życiu. O miłości. Przez moment potrzeba, by to wykrzyczeć była tak silna, że wykrzywiła mu twarz w gniewnym, drapieżnym grymasie, którego Laurent nigdy jeszcze na niej nie widział. Przez chwilę mógł się nawet spodziewać, że Logan wywlecze go z sypialni jak niepokornego kundla i zatrzaśnie za nim drzwi, bo to też miał ochotę zrobić. W porę się jednak opanował. Nie chciał być takim facetem. Nie chciał wrzeszczeć, kłócić się, a już tym bardziej posuwać do przemocy. Wziął jeden, bardzo głęboki oddech, na chwilę wznosząc oczy do sufitu żeby wyciszyć irytację. Już, dosyć. Nie będzie robił z siebie jakiegoś oszołoma, nieważne jak bardzo Laurent zachodził mu za skórę. Potem rozluźnił pięści i gdy ponownie na niego spojrzał, znów wyglądał na po prostu zmęczonego.
– Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz - odparł cicho, już zupełnie spokojnie. Naprawdę nie wiedział. Mógł się domyślać, że chodzi o odwzajemnienie uczuć, ale to nie była normalna sytuacja, on nie był odpowiednim dla niego facetem, a poza tym znali się zbyt krótko. Logan nawet nie wiedział czy potrafiłby kochać kogokolwiek innego niż Harper. Potrzebował czasu żeby sobie wszystko poukładać, a nie dostawał go od nikogo, a już tym bardziej od Laurenta, który nagle uznał, że jest po uszy zakochany we wdowcu, któremu przez całe życie wydawało się, że woli panienki. To było absurdalne. Romantyczne i na swój sposób piękne, ale również okrutnie naiwne. Bo świat, chociaż tak bardzo lubił hołdować miłości, wcale nie był wobec niej wyrozumiały.
Słysząc desperackie wyjaśnienie, popatrzył na niego bezradnie. Znów zobaczył w nim zagubionego szczeniaka, który nie ma pojęcia, co zrobić ze sobą i własnym życiem. Wróciła też myśl, że był tylko przystankiem na jego drodze, obiektem niezaspokojonych potrzeb, przypadkowym gościem, w którym Laurent próbował szukać ukojenia własnego bólu. I w całym tym natłoku uczuć, w ogóle nie pomyślał czego on sam w nim szukał. Dlaczego po tylu latach, to właśnie Laurent stał teraz w jego sypialni z brzuchem wciąż trochę lepkim od ich wspólnego spełnienia i pretensjami jakie do tej pory miała wobec niego tylko Harper. Jakby miał do tego prawo. Ona miała. Była jego żoną, na dobre i złe, w końcu przysięgali przed Bogiem. Też wiecznie marudziła mu, że powinien więcej mówić jej o tym, co czuje, jakby to było takie łatwe. Jakby w ogóle wiedział, co czuje i potrafił to właściwie nazwać. Ale miała do tego prawo bo spędzili ze sobą pół życia, spłodzili syna, tworzyli rodzinę i domu.
Z Laurentem nie łączyło go nic.
Nic prócz tego destrukcyjnego pożądania i cholernego rancza.
I bólu.
– Chodź tutaj - mruknął, nagle kompletnie pokonany tą myślą. Obaj byli zagubieni i nie radzili sobie dobrze z tym, co się działo. Obaj szukali w sobie jakiejś formy pocieszenia.
Szarpnął go za ramię i po prostu do siebie przytulił. Ciasno objął go ramionami i poczuł niemal natychmiastową ulgę, kiedy znów miał go tak blisko. W ciemności było łatwiej, jak każdego razu w kuchni; łatwiej obnażyć emocje i łatwiej się im poddać. Przyznać do pragnień i cierpienia. Pogłaskał zmierzwione włosy na jego karku, wciąż lekko wilgotne od potu i oparł policzek o czubek jego głowy. Przez jakiś czas trwali objęci, z sercami łomoczącymi w piersiach, każdy z własnym bólem, który cichł właśnie teraz. W tych konkretnych ramionach. Z tym konkretnym zapachem wypełniającym płuca.
– Nie wiem, co czuję - powiedział szeptem w którymś momencie i łagodnym, opiekuńczym gestem przesunął dłonią po jego plecach. – Ale wiem, że teraz… Teraz jest dobrze. - Ścisnął go trochę mocniej i zostawił pocałunek gdzieś między kosmykami ciemnych włosów. Nie rozluźnił uścisku, nie odsunął ust. Laurent mógł wyczuć we włosach gorąc spokojnego oddechu. Grzały go też silne ramiona i szeroka pierś, w której mocno biło serce, tuż przy jego własnym.
– Lubię cię - wychrypiał, nie przestając głaskać go po plecach. Wyznał to bardzo cicho, jakby nie tyle się wstydził, co nie potrafił powiedzieć tego inaczej niż miękko i czule. – Chociaż jesteś bezczelnym, roszczeniowym gówniarzem, który sprawia mi problemy - dodał przekornym tonem i jeśli Laurent próbował zaprzeczyć albo oburzony wyrwać się z jego objęć, on ścisnął go mocniej i nachylił się do jego ucha.
– Ale dobrze mi przy tobie. I świetnie wyglądasz w moim kapeluszu - wychrypiał mu prosto w nie, wciąż z czułą przekorą. Temu nie mógł zaprzeczyć i to wiedział na pewno. Laurent, mimo swojej drażniącej natury i kłopotów jakie zwalał mu na głowę, sprawiał też że wiatr znów miał słodki smak, a świat odzyskiwał kolory. Sprawiał, że Callahan znów coś czuł.
Trącił nosem jego policzek, musnął ustami linię szczęki. Dopiero wtedy znów na niego spojrzał. Jego oczy były poważne i skupione, kiedy wyławiał z ciemności konturu jego twarzy.
– Trochę szarżujesz, dzieciaku - mruknął rozbawiony w taki sposób, że protekcjonalne określenie miało w sobie więcej z czułości niż upomnienia. – W moim życiu nie było nikogo od lat. Musisz dać mi trochę czasu na poukładanie tego.
Zaplótł dłonie na jego lędźwiach i trochę się odchylił, żeby objąć wzrokiem więc niż tylko wyraz jego twarzy, który i tak niknął w niemal w zupełnym mroku.
– Masz jutro czas? - zapytał z krzywym uśmiechem, który dopiero od niedawna zaczął pojawiać się na jego twarzy. Był w nim urok młodego kowboja, który doskonale wiedział, jak działa na kobiety. W tym wypadku akurat na konkretnego faceta. – Chciałbym gdzieś cię zabrać.
Nie planował tego, ale zdał sobie sprawę, że nie chce widzieć Laurenta rozpieprzonego niedomówieniami i skrzywdzonego stereotypami. Chciał dać mu coś prawdziwego, skoro zaszli już tak daleko. A przynajmniej spróbować. Bo może różniło ich wszystko i łączyło niewiele, ale to właśnie Laurent był tu dzisiaj i rościł sobie prawda do jego uczuć, a on zamiast wywalić go z sypialni na zbity pysk, mu na to pozwalał. I to, mimo całego lęku, musiało coś znaczyć.

Laurent Ashcroft
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”