Mogłaby się z nim zgodzić.
Kiedyś miała
łatwe życie. Miała ogromną rodzinę, która kochała ją na swój własny, pokręcony sposób. Wsparcie gdy obrała dla siebie ścieżkę kariery. Braci, którzy poza dokuczaniem, zawsze potrafili się również za nią wstawić.
W akademii nic nie odwracało jej uwagi. Była wzorową agentką, która zawsze oddawała swojej karierze o jeden procent więcej własnego życia niż inni - miała na potwierdzenie tego wszystkie, pieprzone dyplomy i odznaczenia, które trzy i pół roku temu porzuciła w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku.
Odznaczenia, które dużo wcześniej schowała do którejś szuflady, we wściekłości i rozgoryczeniu zrzucone wraz ze swoimi ozdobnymi ramkami i pochowane w głębi nieużywanej przez nią komody.
Jej życie dzieliło się na
przed i
po tego, co wydarzyło się pięć lat temu w Stanach.
Przed mogłoby zgodzić się z pogardliwymi słowami Vissera,
po miałoby z tym trudność.
Żadna z tych wersji jednak nie miała pełnego przekonania do słów, którymi sama go obdarzyła. Ostatecznie, jakąś cząstką świadomości pojmowała, że w tę sytuację wpakowała się bez niczyjej pomocy, szukając dla swojego umysłu ukojenia w zupełnie innym życiu i skupieniu na kimś innym niż ona sama.
Poniekąd właśnie to znalazła.
Czuła jego obecność, nawet bez jej nazwiska, wypowiadanego z wściekłością porównywalną do wyrzucanego z gardła przekleństwa. Wyczuwała wzrok skręcający w jej stronę, dłonie sięgające do konsoli celem wtłoczenia zakurzonego, gorącego powietrza do wnętrza samochodu. Zawsze była go boleśnie świadoma - jedynej osoby, której akta potrafiła wyrecytować w pamięci, które nosiły na sobie ślady po kawach i śniadaniach jak niejedna książka, nad którą
normalna osoba pochylałaby się w ciągu swojego dnia.
Spędziła trzy i pół roku zawsze wiedząc, w którym rogu pomieszczenia tkwił, zawsze dociekając jakie będą jego następne ruchy. Najwyraźniej odzyskanie przez nią odznaki niczego nie zmieniło.
Jedynie otumanienie, które wreszcie zabierało jej ciało i umysł w ponury taniec, odebrało jej zdolność przejmowania się tym, co planował. Nie miała pojęcia, gdzie jechał i po co wywoził ją za same miasto - jeszcze przed chwilą potrafiła przywołać stojącą za tym logikę, błękitne światła i panującą obławę.
Teraz zastąpił ją mrok.
Mrok świata po drugiej stronie szyby, w którą tkwiła wtulona, mrok schowany pod jej przymykającymi się powiekami. I gdzieś pośród niego o n, ze swoimi pełnymi frustracji westchnieniami, ostrym zmienianiem biegów i pełnymi złości próbami przywrócenia jej do porządku.
Wygaszenie silnika samochodu nadeszło pięć, piętnaście, a może pięćdziesiąt minut później. Drgnęła, wpatrując się w ciemną fasadę małego budynku, przy którym stanęli. Nie wiedziała, czy to cisza wybudziła ją z transu, czy huk zamykanych przez niego drzwi.
Wiedziała jedynie, że chwilę później znów poczuła ciepło jego ciała przy własnym, w kontraście z chłodnym, wieczornym powietrzem chwytającym się każdego skrawka wilgoci schowanego w materiale jej ubrań.
Przez myśl przeszło jej by zapytać, gdzie w ogóle byli, ale czy miało to w tej chwili
jakiekolwiek znaczenie?
Stół, na którym nagle wylądowała był twardy, niewygodny. Mruknęła, w sposób, w który śpiący wyrażali swoje półświadome niezadowolenie. Jej powieki jednak zamknęły się i otworzyły, zmuszając wzrok do skupienia wzroku nad krzątającym się mężczyzną. Nie miała pojęcia czego tak uporczywie szukał w tej dziurze. Pod wieloma względami wydawała dużo gorsza niż mieszkanie, które
ona załatwiła.
Tkwiąc w tym dziwnym porównaniu, leniwie przesunęła spojrzeniem po czerwonym śladzie jej nadgarstku gdy błysk nieopodal przykuł jej uwagę.
Błysk igły, zawleczonej w coś, co wcale nie przypominało chirurgicznej nici.
Ostatnie, posiadane przez nią pokłady paniki przemknęły przez jej ciało dreszczem. Nie były wystarczające by zmusić ją do podniesienia się, jedynie na tyle, by w jej żyły znów wstąpił lód, wzrok stał się przytomniejszy.
-
Usted no es médico - zauważyła, w ten powolny sposób próbując zorientować się, czy jego zdobycz w ogóle jej dotyczyła. Może postanowił, że urządzi sobie, kurwa, wędkarski wieczór? Uniosła dłoń w wyrazie zaprzeczenia. Tej jednej rzeczy
nie musiał dla niej robić. -
No, gracias.
Uprzejma odmowa wydawała się absurdalna w tym miejscu, wypowiedziana jakimś odruchem, wpojonym jej w dzieciństwie razem z którymś z dziesięciu przykazań. Szybko jednak się ulotniła gdy jego dłonie dotarły do krawędzi materiału jej koszulki, odsłaniając schowaną pod spodem ranę.
-
No sabes cómo arreglar a la gente - warknęła, przesuwając się na blacie, jak najdalej od jego igły, igły, którą mógł w jej oczach wyrządzić wyłącznie
krzywdę. -
Solo eres capaz de destruirlos.
het beest