26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien wiedział, że składane właśnie obietnice wbrew pozorom wcale nie były takie łatwe do spełnienia. Nie mógł jej zapewnić o tym, że ich relacja nigdy nie wyjdzie na jaw ani szum wokół nich nie wpłynie na ich światy. Znał funkcjonujące w tym jego mechanizmy i doskonale zdawał sobie sprawę, że wystarczyło bardzo niewiele, żeby z niewielkiej sprawy stworzyła się historia nie z tej ziemi.
Dlatego bardzo łagodnie starał się uświadomić ją o ryzyku, którego mimo wszystko postanowiła się podjąć. Mieli przed sobą bardzo wiele przeciwności, ale zawierając u k ł a d, część z nich wcale nie musiała mieć miejsca.
Przynajmniej to właśnie tłumaczył sobie mężczyzna, łudząc się, że to było dla nich najsłuszniejsze rozwiązanie. W poprzednich układach to się sprawdzało. I choć złośliwy głosik w jego głowie podpowiadał mu, że z Zoyą było zupełnie inaczej, z uporem maniaka to ignorował.
Tak, jak świadomie bagatelizował to, co wywoływał w nim każdy uśmiech i zaczepka Zoi. Każde jej roziskrzone spojrzenie i zarzucanie na jego karku rąk, które stwarzało między nimi poczucie bliskości. Każdy pocałunek, mniejszy i większy, pod wpływem których zapominał o całym świecie. Każde niekontrolowane drżenie i westchnienie świadczące o tym, jak na nią działał.
To nie była już tylko zwykła fascynacja jej ciałem. Fascynował go również jej świat, do którego tak ufnie go wpuszczała, jej myśli, przyzwyczajenia oraz wesoły i niepokorny sposób bycia. I niezmiernie cieszył się, że mógł tego doświadczać.
Aczkolwiek w tym momencie przede wszystkim chciał nacieszyć się ulotną chwilą rozkoszy i intymności, która rozpalała go od środka, skłaniając ku coraz bardziej zuchwałym gestom. Nie miał jednak okazji urzeczywistnić swoich myśli, kiedy w jednej chwili mała perfidna osa pokrzyżowała wszystkie jego plany.
Nie przejął się nawet tym, że zostawił przy kocu buty. Odsunął się z miejsca na kilka dobrych metrów, przez moment słysząc w uszach jedynie dudnienie jego własnego serca. Strach sparaliżował go na krótką chwilę, skupiając jego uwagę wyłącznie na latających owadach i uświadamiając go w tym, jak blisko było od ukąszenia.
Jej pytanie dotarło do niego dopiero po kilku sekundach. Rozchylił wargi i podparł się dłońmi o biodra, na koniec wzdychając ciężko kompletnie sobą zażenowany. W pierwszej chwili miał ochotę zaprzeczyć, ale po jego gwałtownej reakcji jasnym było, że naprawdę się przestraszył. Zwłaszcza, że znał konsekwencje użądlenia przez osę, a adrenalina znajdowała się w jego samochodzie, co najmniej pół godziny drogi stąd.
— Można tak powiedzieć — mruknął w końcu, jeszcze raz przeczesując dłonią włosy i zatrzymując ją na chwilę na karku. Wzrok wbił w ziemię i starał się zapanować nad własnym oddechem, mimo huczących w nim myśli.
Znów wykazał się całkowitym brakiem rozsądku. Znów nie pomyślał, jak jego lekkomyślne zachowanie było dla niego niebezpieczne. Znów bezsensownie narażał Zoyę na stres, bo… o niczym jej nie powiedział.
Uśmiechnął się kącikiem ust w jej stronę, gdy zaoferowała pomoc w obronie, ale w tym geście nadal pozostawało pewne napięcie, którego nie potrafił się jeszcze z siebie pozbyć.
Nie mógł zaakceptować tego stanu rzeczy — jeździł zawodowo ponad dwieście kilometrów na godzinę, a bał się os. Głupie owady, przez które mógł nabawić się ogromnych problemów, a w najgorszym przypadku stracić życie. To było absurdalne, że wystawiając się na tak niebezpieczny sport, wszystko mógł zaprzepaścić z powodu takiej głupoty. Był pieprzonym Lucienem Spencerem, nie bał się niczego. A przynajmniej tak myślał o nim cały świat.
Oprócz Zoi, która teraz zerkała na niego z niepokojem i troską. Pokręcił głową z niedowierzaniem i złością na samego siebie, które jednak z każdą kolejną minutą ulatywały z niego, pozostawiając w nim przede wszystkim zmieszanie.
— Mam ręce i nogi — zauważył z dezaprobatą, gdy ciemnowłosa podeszła do niego i kucnęła z jego sneakersami, ale była na tyle uparta, że nawet nie próbował dłużej z nią dyskutować, tylko podjął się współpracy.
Gdy miał je już na nogach, odruchowo schylił się, żeby poprawić zapiętki. Na jej pytanie wypuścił ciężko powietrze z ust i zwilżył nerwowo wargi. Wyczuł w jej głosie tę nutę pretensji, a pod naporem jej spojrzenia z miejsca stał się jeszcze bardziej skrępowany, więc na ułamek sekundy umknął wzrokiem w bok, celowo przedłużając poprawianie swoich butów.
— Przepraszam, ja… powinienem był ci powiedzieć — finalnie przyznał cicho, ze skruchą, przykucając przy niej i wyciągając rękę po jej dłoń, żeby zamknąć ją w swojej. — Oprócz rodziców, mojego zespołu i byłej nikt o tym nie wie. Nie każdy musi znać wszystkie moje słabości — wzruszył bezradnie ramieniem. — Dowiedziałem się o tym trzy lata temu podczas urlopu w Hiszpanii. Z pozoru lekkie ukąszenie w ramię skończyło się anafilaksją i wizytą w szpitalu — skrzywił się na wspomnienie tych przykrych wydarzeń. — Po tym incydencie poddałem się odczulaniu, więc teoretycznie użądlenie nie powinno na mnie już tak mocno wpływać, ale… ryzyko pozostaje zawsze. Dlatego w Mercedesie w schowku jest etui z adrenaliną. Tak samo jak w mieszkaniu w apteczce czy moim plecaku — wyjaśnił, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni.
Następnie opowiedział jej, jak atak przebiegał ostatnim razem i poinstruował, co robić w razie potrzeby. Nieco zmartwione spojrzenie Zoi wpędzało go w poczucie winy, dlatego ostatecznie przyciągnął ją do siebie bliżej w ramiona i zażartował z siebie, że najpewniej był zwyczajnie przewrażliwiony.
Zanim zdążyła na to cokolwiek odpowiedzieć, uciszył ją swoimi wargami. Na króciutką chwilę, po której odchylił się odrobinę, żeby sprawdzić jej reakcję, a zauważywszy, że znów chciała coś powiedzieć, pocałował ją ponownie. I ponownie, i ponownie, za każdym razem nie dając jej dojść do słowa, w ten iście sprytny sposób próbując sprawić, by odpuściła.
Tym razem to on ewidentnie się z nią droczył. Na dowód tego w jego oczach zatańczyły figlarne iskierki, a kąciki jego ust drżały w charakterystycznym dla niego, zawadiackim geście. Dopiero, gdy spostrzegł malujący się na jej twarzy uśmiech rozbawienia, za piątym razem zatrzymał się na jej ustach dłużej, w końcu pozwalając im na rozkoszną chwilę słodyczy.

Nawet nie zauważyli, kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, toteż tuż po tym, jak się od siebie oderwali, spakowali resztę rzeczy, by następnie wrócić konno z powrotem na farmę. Tym razem Zoya postanowiła rzucić mu małe wyzwanie i z przebiegłym uśmieszkiem urządziła im małe zawody. Lucien zdążył zaoponować w udawanym oburzeniu, że to nie było fair, ale spiął lejce i ze śmiechem ruszył na Zefirze za nią.
Mężczyzna zdążył polubić już Weasleyów, niemniej cisza i spokój w domu, które powstały tuż po tym, jak pożegnali wracającego do siebie Ronalda, była przyjemną odmianą. Przede wszystkim, wreszcie mogli z Zoyą zostać sami i nacieszyć się sobą.
Oczywiście przegrał zawody, ale nie odczuwał z tego powodu żadnych strat, bo dziewczyna mogła w zamian wymóc na nim, cokolwiek chciała. A on zgodziłby się dla niej na wszystko. Skończyło się więc na oglądaniu wybranego przez nią jakiegoś kryminału, który koniecznie musiał nadrobić.
Leżąc razem na kanapie, niespiesznie gładził ją po plecach, ale nie skupiał się zbytnio na fabule. Zwyczajnie sycił się chwilą lenistwa i myślał o tym, że naprawdę zaczynało mu się podobać to, jak przyjemnie było nie mieć szczególnych planów, nie robić nic i żyć z dala od wszystkiego, co pozostawił w Toronto. Z nią przy sobie nie potrzebował niczego więcej.
To obezwładniające poczucie szczęścia pomieszane ze zmęczeniem długim dniem sprawiło, że nie wiedzieć, kiedy, odpłynął.

Zoya Weasley

KONIEC
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”