Niektórych nawyków nie było łatwo wyplewić, zwłaszcza, gdy żyło się w nich tyle lat. Od ponad roku nie jest już w przemocowym związku ze swoim dawnym mężem, ale nie tylko on przecież wpływał na jej zachowanie. Sporą część wyniosła z domu, gdzie ojciec był największym autorytetem, a matka nie miała nic do gadania.
Jeszcze trochę czasu minie zanim nabierze pewności, że mogła się odzywać i mogła wymagać od swojego partnera, w tym też jego uwagi oraz czasu, zwłaszcza gdy tego potrzebowała. A teraz, chociaż przybrała na twarz maskę pod tytułem „nic się nie stało”, to w środku była mocno podniszczona. I zwyczajnie potrzebowała męża, który był jej ostoją i bezpiecznym schronieniem. Bo to w jego obecności czuła się najspokojniej.
O ironio.
Przyjemne odczucie ulgi wstąpiło w nią w momencie, jak zauważyła, że wycisza telefon, który w jego przypadku był wiecznie aktywny. Wiadomości, telefony, maile. Wiedziała jak ważną postacią był, jak dużo miał pracy, zwłaszcza teraz, po tym co miało miejsce, a mimo wszystko, zdecydował się poświęcić jej czas.
Naprawdę musiała zacząć się do tego przyzwyczajać.
—
Na pewno? — spytała, woląc się upewnić, że cały dzień przy niej niczego nie skomplikuje. —
Nie chcę ci przeszkadzać — dodała, z tym swoim łagodnym, przepraszającym uśmiechem na twarzy.
Ich wesele było zakończeniem i początkiem czegoś nowego. Setki ludzi będzie mieć pytania. Będzie w szoku. Będzie potrzebować i oczekiwać wyjaśnień. Prosiła o jego czas w najgorszej możliwej chwili, ale wewnętrznie też czuła, że tego potrzebowała. Tego poczucia bezpieczeństwa, które wczoraj zostało mocno zaburzone.
Nie tylko nudności ściskały jej żołądek.
—
Do miasteczka? — powtórzyła, mimowolnie czując jakąś dziwną obawę przeplataną z zaciekawieniem. Tyle razy była w Kalabrii, a jednak nie zwiedzała zbyt wiele. Widziała może dwie restauracje, które pokazał jej Giovanni i kilka uliczek, ale nie miała okazji zwiedzić czegoś więcej. Przez większość czasu siedziała w posiadłości.
A później w innej części Włoch, gdy miała zniknąć mu z oczu.
Nie była gotowa na to, aby zostać tu dłużej, niż tydzień. Miała tu część ubrań, które zostały w szafie po jej poprzednich pobytach, niemniej nie było tego dużo. Do walizki także nie pakowała nie wiadomo ile, bo przede wszystkim zabierała najbardziej potrzebne rzeczy. W końcu mieli wrócić do Toronto po resztę.
Pomysł z zakupami był więc dobry i potrzebny.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością na plan, który jej opowiedział. Brzmiało tak prosto. Tak zwyczajnie i normalnie, jakby wczoraj wcale nie było żadnej tragedii. Ale ona sama też starała się zachowywać spokojnie, a przynajmniej stwarzać pozory normalności. Udawać, że po zamknięciu oczu wciąż nie widzi biegających, płonących ludzi, błagających o pomoc.
Młody pan policjant na pewno uznałby to za podejrzane.
—
Grazie, mio carissimo. — Była mu wdzięczna za to, co robił. Może za rok, albo dwa, odzyska pewność siebie na tyle, że będzie wiedziała ile jest warta oraz czego wymagać od drugiej osoby.
Dokończyła swojego croissanta i chciała posprzątać po śniadaniu, ale wtedy też wkroczyła Concetta z oburzeniem, że skoro gotować nie może, to chociaż po wszystkim ogarnie, bo inaczej w ogóle już nie będzie miała co robić w domu. Tym razem Navi się nie kłóciła, tylko poszła się przygotować do wyjścia na miasto.
Nie ubierała się nie wiadomo jak. Założyła lekką, przewiewną sukienkę, doskonale pasującą do pogody na dworze. Nie była markowa, ale wyjątkowo wygodna. Na nogi założyła niezbyt wysokie obcasy, które były jej codziennym obuwiem, a włosy spięła w eleganckiego, a przy tym luźno wyglądającego kucyka. Widoczne na jej nadgarstku czy policzku ślady po Subinie zakryła makijażem.
Gdy była gotowa do wyjścia, spotkała się z mężem, aby skierować się wspólnie do auta, którym mieli dojechać do wspomnianego wcześniej przez jej męża miasteczka. Nie było ono duże, ale wyjątkowo urokliwe. I przez cały czas, gdy przechadzała się jego alejkami, nie puszczała dłoni Giovanniego. Przynajmniej do momentu w którym się nie zatrzymała, aby obejrzeć coś na jeden z okiennych wystaw.
—
Wejdę na chwilę. Chcę zobaczyć tę sukienkę — powiedziała mężowi, w końcu puszczając jego dłoń, by skierować się do wejścia sklepu. —
Dzień dobry — przywitała się po włosku, z tym swoim łagodnym, grzecznym uśmiechem, kierując się do wieszaków, które wydawały się mieć letnią sukienkę, która wpadła jej w oko.
— Dzień dobry — odpowiedziała jedna ze sprzedawczyń, mierząc ją wzrokiem z góry do dołu. Zupełnie innym spojrzeniem, niż miały normalne panie ekspedientki.
—
Mogłabym obejrzeć tę sukienkę z wystawy? — spytała Navi, wskazując na wybrany przez siebie model.
— To model z nowej kolekcji — odparła kobieta.
—
W porządku.
— Jest drogi.
Brew Navi uniosła się wyżej, bo pierwszy raz spotkała się z takim podejściem. Może nie ubrała na siebie nic markowego i wyglądała… normalnie, może trochę za bardzo jak turystka, ale żeby od razu obstawiać, że nie ma pieniędzy?
—
Rozumiem. I tak chciałabym ją zobaczyć.
— Proszę pani… — kobieta uśmiechnęła się uprzejmie, ale w sposób, który uprzejmy jednak nie był. — Mamy również kilka modeli z poprzedniej kolekcji. Są znacznie bardziej przystępne cenowo.
—
Nie pytałam o tańsze — odpowiedziała Navi, zniesmaczona już zachowaniem kobiety. Zwłaszcza, że jej koleżanki także nie zamierzały interweniować. Chyba każda z nich uważała, że Azjatka nie jest dobrym klientem. —
Dziękuję za czas.
Nie zamierzała się dłużej wykłócać i przekonywać. Wyszła ze sklepu zanim jej mąż do niej dołączył.
—
Chodźmy, carissimo. Chyba wyglądam zbyt biednie na ten sklep, bo pani uznała, że nie pokaże mi sukienki z wystawy, bo jest droga.
Zapewne nie wiedziała, że klientka z którą rozmawia, na nazwisko ma
Salvatore.
Giovanni Salvatore