#1
Jak to w zabieganym Toronto, w którym połowę dnia spędza się w korkach albo przy biurku, a drugą na próbach zachowania prawdziwego siebie w całym tym pędzie, Marwan i Adam poznali się w pracy. Początkowo mijali się jedynie przy automacie do kawy albo na korytarzu, rzucając krótkim
cześć; czasami przetrzymywali sobie drzwi do windy, omawiając pogodę podczas wspólnej podróży lub wypalali papierosa przed wejściem do budynku, narzekając przy tym na zbyt sztywne deadline’y, idiotyczne pytania współpracowników i skróty myślowe managerów, których oboje nie rozumieli. To była znajomość, która rozwijała się powoli podczas lunchów w Queen West, wieczorów spędzonych w biurze, gdy nie opłaca się już wracać do domu na kolację i wydłużających się z każdym dniem rozmów w kuchni przy którejś z kolei kawie, kiedy światło jarzeniówek odbijało się w zmęczonych oczach, a ktoś rzucał półżartem, że może to już nie praca tylko styl życia, na co kręcili z dezaporbatą głowami. Oboje chyba zgadzali się co do tego, że w Toronto łatwiej było o samotność, aniżeli ludzi, którzy naprawdę słuchali, wspierali i uważali. Może właśnie dlatego ich przyjaźń narodziła się
w ciszy; bez wielkich rozmów, bez rytuałów, bez potrzeby nazywania czegokolwiek. Po prostu było wiadomo, że jeżeli któryś zadzwoni w środku nocy, to drugi odbierze; że jak usiądą w ciszy to wcale nie będzie niezręcznie, albo że bilety na mecze Raptors zawsze należało kupować w podwójnej ilości. I chociaż różnili się od siebie - Adam był stały jak ramy wieżowca, w którym znajdowały się ich biura, podcza gdy Marwan, pełen wewnętrznego chaosu - w ich przyjaźni nie chodziło o podobieństwo, a o przestrzeń do bycia sobą, niewypowiedziane zrozumienie i swego rodzaju wsparcie, o których nie musieli rozmawiać, aby czuć, że je mieli.
Stojąc po drugiej stronie szyby, Marwan patrzył do wnętrza George Restaurant, próbując w ten sposób ocenić klimat miejsca, w którym lada moment miał się znaleźć. Lubił przeanalizować scenografię, której częścią miał się stać, zanim jeszcze pojawi się w kadrze. Gustował również w klimatycznych wnętrzach jak to, któremu właśnie się przyglądał. Popołudniowe światło spływało przez przeszkloną ścianę niczym płynny bursztyn; obrusy były równo złożone, schludnie ubrana obsługa wydawała się poruszać bezszelestnie, nawet kwiaty w drobnych, matowych wazonach zdawały się być wybrane tak, aby nie konkurować z rozmową, a jedynie ją łagodzić. Wszystko to wyglądało tak bardzo typowo dla Amy i Adama, choć niekoniecznie stanowiło środowisko naturalne Marwana. Odetchnął krótko, poprawił podwinięty rękaw brązowej koszuli i wszedł do środka. Drzwi zamknęły się zanim niemal bezszelestnie, ale jego obecność nie została niezauważona. Amy zamrugała kilkakrotnie, jakby chciała upewnić się, że to właśnie on. Adam zaczął podnosił się ze swojego miejsca, chcąc go przywitać, a może po prostu zwrócić na siebie uwagę, aby wiedział gdzie podejść. Mavi… spojrzała. I to wystarczyło. To nie był pierwszy raz, gdy widzieli się po wszystkim, ale i tak coś w nim drgnęło, jakby przez przypadek wrócił do klatki z emocjami, które uparcie próbował ignorować przez ostatnie kilka miesięcy. Nie wiedział, czy to jeszcze uczucie, czy już tylko pamięć o uczuciach, ale ciało chyba zawsze wiedziało pierwsze, a jego właśnie zassało w gardle. Nie patrzył jednak na nią długo - nie dlatego, że nie chciał, po prostu nie musiał. Znał ją zbyt dobrze, aby nie wyczuć jej napięcia. Dostrzegł dłoń Amy na jej dłoni i to ciężkie, pytające spojrzenie jej zielonych oczu. Podszedł do nich powoli. Najpierw minął ją, przechodząc bokiem, ramieniem blisko jej ramienie, ale zachowując odpowiedni dystans.
Cześć, Mavi. - powiedział cicho; ani ciepło, ani chłodno, po prostu jak ktoś, kto zna jej imię zbyt dobrze, aby go nie użyć; jak ktoś, kto nie nauczył się jeszcze jak powinien zachować się w jej towarzystwie. Następnie przytulił krótko Amy z półuśmiechem przyklejonym do twarzy, Adamowi natomiast uścisnął dłoń, choć tym razem trwało to może o sekundę dłużej niż zawsze. Sekundę, w której rzucił do niego cichym
dzięki za ostrzeżenie, stary, zaraz przed tym jak zajął jedyne wolne miejsce - obok Mavi, a jakże! Nie tłumaczył się ze swojego spóźniania, nie wyjaśniał dlaczego nie wszedł od razu do lokalu - pewnie dlatego, że powątpiewał, aby w ogóle to zauważyli, po prostu usiadł jakby nic się nie stało, jakby wszyscy byli tam przypadkiem, a on - tym, który najmniej przejmuje się czymkolwiek. Po chwili chwycił jednak za stojącą przed nim pustą szklankę, krzyżując spojrzenie najpierw z Amy, a potem z Adamem. Na Mavi nie spojrzał. Może nie miał odwagi, a może dlatego, że doskonale wiedział co zobaczy.
- Coś się dzieje, prawda? Nie planujecie przecież tylko wspólnej kolacji. - odezwał się w końcu, choć sam nie do końca wiedział, czy robił to z troski, czy po to, aby przyspieszyć bieg wydarzeń, skracając tym samym niezręczną sytuację, w której znaleźli się we czwórkę.
Mavi Ayers