Kiedy masz dziewięćdziesiąt dwa lata to nie liczy się dla Ciebie to jaka jest pogoda, nie liczy się co zjesz na śniadanie i czy w ogóle je zjesz. Nie myślisz czy założyć koszulę z krótkim, czy długim rękawem. Jedyne co ma jakiekolwiek znaczenie, to że dzisiaj przyjdzie do Ciebie Twój wnuk i jego żona. Nie za bardzo go pamiętasz, ale jak miał pięć lat to wiecznie przynosił Ci rysunki i książeczki i kazał czytać, później jak był starszy to pokazał Ci dyplom, byłeś z niego bardzo dumny, gdy został lekarzem. A kiedyś nie przyszedł sam, tylko z dziewczyną, śliczną blondynką o niebieskich oczach, pamiętasz ją jak przez mgłę. Pamiętasz, że byłeś na ich ślubie.
Nie pamiętasz czy Twój wnuk to ten wysoki mężczyzna, który wchodzi do budynku, ale nie, bo przecież nie ma z nim tej kobiety. Pamiętasz tylko, że miał przyjść, właśnie dzisiaj, z nią, w porze obiadowej. Tylko dokładnie nie wiesz czy już jest ta pora, czy dopiero za kilka godzin. Ale to nic, przecież możesz poczekać, bo na pewno kiedy będzie ten właściwy czas oni przyjdą.
Wyatt starał się odwiedzać dziadka często, przynajmniej raz w tygodniu, w dzień, kiedy jego rodzice potrzebowali wytchnienia, kiedy nie mogła tego zrobić siostra, a on czekał na dziedzińcu. Nie powiedział mu nigdy o wypadku Rose, a staruszek za często o nią nie pytał, ale w zeszłym tygodniu, jakby nagle wróciły mu jakieś wspomnienia. Mózg w pewnym wieku, a przede wszystkim jego praca to ogromna zagadka, Ward często zastanawiał się jak pracuje mózg jego dziadka. Dziadek przez ten tydzień dzwonił do niego codziennie i pytał o Rose…
Wyatt nie miał wyjścia musiał zaimprowizować, a jedyne co przyszło mu do głowy, w dniu odwiedzin to sms do Daisy. Czuł, że ona odmówi, przecież takie okłamywanie staruszka jest okropne, i jak on chce wychowywać dziecko, wpajając mu, że czasem kłamstwo jest lepsze niż bolesna prawda? Już słyszał jej głos, który mu mówi, jesteś najgorszym ojcem świata, wyjdź stąd.
Więc miał już gotową przemowę, która po prostu musiała ją przekonać, miał też na podorędziu opiekunkę, tę miłą dziewczynę z sąsiedztwa, którą Sophie uwielbiała, bo pozwalała jej malować paznokcie lakierami dla dzieci. Czekała tylko na telefon.
Wahał się, zastanawiał, nawet chciał jechać sam, ale wtedy znowu zadzwonił dziadek i powiedział, że ma coś dla Rose, więc Wyatt nie mógł mu powiedzieć, że będzie sam. Nie tym razem. Zastanawiał się nawet czy nie mógłby poprosić kogoś ze szpitala, jakąś miłą pielęgniarkę, ale nie lubił mieszać spraw osobistych z pracą. A ta sprawa była bardzo osobista.
Odetchnął ciężko i w końcu zadzwonił do drzwi. Nie miał nic do stracenia, albo z nim pojedzie, albo będzie jak zwykle i zarzuci mu, że jest okropnym, ojcem, wnukiem, człowiekiem.
Kiedy Daisy otworzyła od razu zaczął tę swoją wyuczoną kwestię.
- Cześć Daisy. Ja bym nigdy Cię o to nie poprosił, ale w zasadzie to nie miałem kogo, a Ty zresztą jesteś najlepsza do tej roli. Ja wiem, że to jest okropne okłamywać swoich bliskich, ale czasami takie kłamstwo jest lepsze niż bolesna prawda. To naprawdę jest ważne. Nawet lekarze twierdzą, że tak będzie lepiej, a ja konsultowałem to ze specjalistą. To jest straszna choroba i ona postępuje, nie da się jej zatrzymać, ale można choremu pomóc przez nią przejść. No i Ty możesz mnie pomóc... Dzisiaj - wyrzucił z siebie ten chaotyczny potok słów na jednym oddechu, chociaż nawet nie przeszedł przez drzwi, tylko stał w progu. Patrzył w jej twarz i czekał na jakąś reakcję, ale jak ona mogła zareagować, kiedy chyba kompletnie nie wiedziała o co chodzi? A Ward wcale tego nie ułatwiał. Na jego twarzy widać było przejęcie, jakiś taki smutek, ale i nadzieję?
- Pojedziesz ze mną? Musisz ze mną jechać. Załatwiłem dla Sophie opiekunkę. To jest naprawdę sprawa życia i śmierci - dodał jeszcze, ale wciąż nic nie wyjaśnił, a kiedy otworzył usta, żeby coś dodać to usłyszała go Sophie i wyjrzała z kuchni.
- Tata! - zawołała.
Daisy Jenkins