Byli jak dwa żywioły niezdolne do współistnienia, prędzej do wzajemnego unicestwiania, raz za razem, powoli i w agonii, niekontrolowane potęgi zdolne do anihilowania
w s z y s t k i e g o
oraz k a ż d e g o, kto tylko zostałby wciągnięty w bezdenną otchłań wybuchu, który przecież zawsze był kwestią czasu, nawet we wczesnym dzieciństwie; pozornie bliscy, jednak Tolliver wielokrotnie odczuwał niejakie zaszczucie ze strony więzi, co miała być na zawsze. Byli jak żywioły wykreowane niewidzialną ręką bezimiennego artysty rzeźbiącego trochę na ślepo, trochę w pogoni za wygasającym szybko uczuciem eterycznego natchnienia, po czym — upstrzone barwami żarzącymi wściekle na własny widok — wepchnięte do smętnej, ludzkiej krainy jedynie dla uwypuklania kontrastu charakterów i pragnień, dwie wymykające się rozsądkowi siły zwalczające siebie nawzajem, bo najwyraźniej to jedyne, co potrafili robić. Już dawno pogodził się z faktem, że ich ścieżki rozeszły się w przeciwnych kierunkach, bowiem zawsze zmierzali do skrajnie odmiennych destynacji, nawet jeśli nawołujące wewnątrz głosy brzmiały podobnie, to było to boleśnie złudne. Jeśli kiedykolwiek zdarzało mu się myśleć o siostrze, to coraz częściej rozmywała się pośród nielicznych wspomnień chowanych w sercu, ale i to wydawało się naturalne, n i e w y m u s z o n e, zwyczajnie dryfowali przez życiowe sztormy do innych portów, jak ludzie czynili od zawsze. Wyjątkowo szybko nauczył się, że nic nie było
wieczne, że wszystko miało początek, ale również koniec, że uczucia prędzej czy później
w y p a c z a ł y
pierwotną formę, kształt wyrzezany przez uczucia albo ich brak, bo przecież prędzej czy później najgłębsze zażyłości dogasały w nędzy. Akceptował to, bo zapisane w gwiazdach przeznaczenie zawsze wydawało się nieuchronne, a jednak teraz była tutaj, ponownie skrzyżowała ścieżkę z bratem gotowym oddać ją w ramiona zapomnienia. Perfidnie zdecydowała się zakraść do jego rzeczywistości — nieszczególnie uporządkowanej, c h a o t y c z n e j, zdziczałej przez ostatnie zdarzenia — i ani myślała odpuścić.
Poniekąd, jakby miał mówić szczerze, imponowała mu uporem, jednak przyglądając się temu dłużej doskonale dostrzegał kontury tego, co ją ukształtowało, co budowało upartość wyzierającą ze spojrzeń, ze słów, ze wszystkich żołnierskich kroków.
Chciał tego czy nie, ale byli podobni, niemalże identyczni.
— Panno Sullivan — odburknął z czystej powinności.
— Lekarz mówił także, że powinienem zadbać o własne nerwy, no i proszę — zjawiasz się dokładnie w momencie, w którym zdążyły się stępić — odpowiedział bez cienia złośliwości. Mówił ze szczerością, niewątpliwie bolesną do pewnego stopnia, jednak jej ciało wraz z myślami dawno zdążyło uodpornić się na pociski, bo właśnie takie mechanizmy obronne przejawiali, wciąż pamiętał i siebie, i Ją zaraz po pogrzebie matki.
Jeśli zaczęliby spisywać wszystkie dzielone ze sobą traumy wtłoczone ornamentami bólu w membranę serca oraz lęki zaległe nieprzyjemnym ciężarem pod powiekami, które Tolliver coraz częściej wolał zostawiać otwarte, bo w przeciwnym razie przychodziły koszmary przeżywane p o n o w n i e, to prawdopodobnie potrzebowaliby wielu kartek papieru. Takiego, który później potraktowaliby ogniem starej, zdezelowanej zapalniczki, jedynej namacalnej
r z e c z y
(jeśli zignorować fakt, że był jeszcze On — Ollie we własnej osobie)
pozostawionej tutaj przez ojca, za wyjątkiem Tary wpraszającej się właśnie bezpardonowo w progi nieswojego mieszkania, gdzie nieszczególnie wyczuwała
rodzinną atmosferę, chociaż mieszkanie należało wcześniej do
Niej, do kobiety noszącej miesiącami pod sercem. Przez ułamek sekundy zawiesił się nad myślą, czy dostrzegała tutaj cokolwiek z czasów łagodniejszej ręki, czy zazielenione kwiaty w glinianych donicach albo kolekcja klasycznej literatury przywoływała jakiekolwiek wspomnienia, czy może zdążyła zapomnieć te m o m e n t y, w których odnajdywali komfort w milczeniu matki pochłaniającej kolejne rozdziały Zbrodni i Kary.
Instynktownie sięgnął wzrokiem okładki nadgryzionej przemijaniem. Grzbiet książki wydawał się łypać złowrogo na niego, bo chociaż i on uwielbiał tę historię, przez całe pięć lat nie odważył się ponownie zajrzeć do środka, za bardzo bolało. Bardziej niż wszystko, co wydarzyło się podczas nieudanej akcji.
— Poza skalą — odparł z wyraźnym, teatralnym wręcz westchnieniem na pierwszą część pytania.
— Pamiętaj, że zawsze mogę cię oskarżyć o nękanie albo wystąpić o całkowity zakaz zbliżania się, wiec potraktuj tę wizytę jako… Spotkanie ostatniej szansy — zagroził jeszcze, otwierając jedno z okien dla przysłowiowego świętego spokoju. Przez sekundę rozważał, czy nie powinien właśnie demonstracyjnie przyjąć garści tabletek skropionych alkoholem, jednak nawet niechęć wywoływana obecnością Tary nie zdołałaby zagłuszyć zdrowego rozsądku; nie chciał tkwić w stanie zawieszenia dłużej niż to konieczne, dlatego obiecał sobie wrócić do pracy tak szybko, jak tylko było to możliwe. Musiał.
Wciąż czekały niedokończone sprawy.
— Tarianne.
Obrócił się do siostry w poszukiwaniu odpowiedzi.
— Dlaczego przyjechałaś? I nie, daruj sobie i mnie koślawe wymówki. — Uniósł dłoń, nie pozwalając jej natychmiast dojść do słowa.
— Dlaczego przyjechałaś teraz? — To nie pierwszy raz, kiedy odnoszę obrażenia. — Mogłaś zadzwonić. — Pewnie bym nie odebrał. — Co t u t a j robisz?
W Toronto.
W tym mieszkaniu.
W mojej obecności.
Tarianne Sullivan