p i ę ć.
it is opportunity that makes the thief
Kłopoty wciąż do niej lgnęły – nawet takie, z którymi nie miała i nie powinna mieć do czynienia. Bo tym razem pech nie trafił w nią, wycelował w kogoś zupełnie innego. Kogoś nieznajomego, kogo teoretycznie powinna mieć w głębokim poważaniu, bo miała zbyt wiele swoich własnych problemów by niepotrzebnie angażować się jeszcze w czyjeś. Ale była też pełna sprzeczności i na każdym kroku sama się o tym uświadamiała. Nic dziwnego, że ostatecznie zaangażowała się w czyjś problem, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Ale od początku...
Celem była inna kobieta – wszystko stało się tak szybko, że trudno było jakkolwiek sprawnie zareagować. Złodziejaszek wykorzystał to, że po chodniku przetaczała się masa ludzi. Wykorzystał lukę, chapnął za torebkę i przeciskając się między przechodniami utorował sobie idealną drogę ucieczki. Większość osób była jedynie obserwatorami tego drobnego rabunku, ale Yvonne przechodziła na tyle blisko tego
zdarzenia, że nie mogła po prostu zignorować okradzionej kobiety. Zwłaszcza, że niespełna miesiąc wcześniej doświadczyła czegoś bardzo podobnego – wtedy też znalazła się w nieodpowiednim miejscu i czasie. I też straciła torebkę. Teraz musiała się w niej odezwać ta sławetna
solidarność jajników.
Najpierw ciszę przeciął krzyk poszkodowanej. Dosłownie sekundy później Yvonne był ja w pościgu, rozpychając się łokciami i próbując obrać jak najszybszą drogę między pieszymi. Nie było to łatwe, gdy oczami musiała również stale obserwować zbiega, którego w tłumie łatwo mogła stracić z pola widzenia.
Szybko we znaki dała jej się kondycja – powietrze łapała z coraz to większym trudem, a nogi zdawały się wyhamowywać swoją dynamiczność. Kiedyś przebiegłaby podobny dystans bez problemu, ale zbiegiem lat te sportowe zacięcie się w niej uspokoiło, więc nie była już tak wysportowana jak za dzieciaka. Dawała radę za nim biec tylko dlatego, że była silnie motywowana. I skoncentrowana na celu – odzyskaniu torebki tej biednej babeczki, która nawet zrzuciła ze stóp szpilki, by rzucić się za złodziejem, ale niestety odpadła w przedbiegach.
Wdech i wydech.
Nie zatrzymywała się, choć serce biło jej jak szalone. Mknęła przed siebie, wymijając wszystkich, którzy stawali na jej drodze. W pewnym momencie myślała już, że go zgubiła. Jakby rozmył się w powietrzu, a przecież wciąż go wypatrywała i śledziła go wzrokiem. Dopiero po chwili dostrzegła boczną uliczkę, która wydawała się być idealną drogą ucieczki. Wpadła w wąski przesmyk z impetem i właśnie wtedy ponownie go namierzyła. Nie dała sobie nawet chwili na odpoczynek – nogi niemal od razu wpadły znów w ruch, jak u zaprogramowanej maszyny.
Nieznajomy w końcu wpadł na drzwi, a ona za nim. Nic ją nie obchodziło, miała ochotę złapać go za fraki i wyrwać mu z rąk tę cholerną torebkę. Tak naprawdę nawet nie wiedziała gdzie dokładnie się znajdowała i że może właśnie wparowała komuś do mieszkania. Ale to nie miało znaczenia, bo skumulowała w sobie wszystkie siły, które jeszcze w sobie miała i czym prędzej ruszyła w stronę windy, która zaraz miała zamknąć się jej tuż przed twarzą. Ale była szybsza niż te
żelastwo. Wpadła do niego z hukiem. Dosłownie.
„Ale zajebałaś.”
Z trudem łapała oddech.
—
Ciesz się, że nie w ciebie — wychrypiała tylko wyraźnie zmęczona tym
maratonem. Nawet nie miała siły zagrodzić mu drogi, by jej nie uciekł, ale na szczęście drzwi windy się zakleszczyły. Nagle dostała torebką w brzuch, bo nawet nie była gotowa na złapanie jej, a ten chłopak odskoczył w naprzeciwległy kąt.
Spojrzała na niego unosząc brew, bo gadał tak niedorzecznie, że aż nie mogła uwierzyć w to co słyszy.
—
Żartach? — zapytała, starając się unormować oddech. —
Kradzież to żart? — ponowiła, bo gdy wypowiadała te słowa absurd całej tej sytuacji stawał się jeszcze bardziej namacalny. —
Nie wyjdziesz stąd, po moim trupie — Zbliżyła się do niego, chwytając do ręki torebkę, która chwilę wcześniej leżała na ziemi. Palce drugiej dłoni szybko odnalazły materiał jego bluzy i wkręciły się w niego w taki sposób, by trudno było ich się pozbyć. W tym ruchu nie brakowało impulsywności – najchętniej naparłaby na niego całym ciałem albo wymierzyła jakiegoś kopniaka w krocze, żeby upewnić się, że nie zwieje.
Winda zawyła przeraźliwe, jakby wciągała ich z niewyobrażalnym trudem. Można było wręcz odnieść wrażenie, że całość giba się na boki. Aż w końcu stanęła. Byli zamknięci w tym metalowym
pudełku.
—
Ty tępoto, kto ci kazał wciskać wszystkie przyciski, to stara winda... — powiedziała, gdy kątem oka dostrzegła, że każdy z guzików się świeci. Pewnie to, że wparowali do środka z takim impetem też mogło być powodem awarii, ale o tym już na głos nie powiedziała.
Ash Kurtz