Zakołysał papierowym kubkiem z czarnym płynem na dnie, po czym wyrzucił go do śmieci i cmoknął krótko, sięgając za ucho po zwiniętego kilka chwil wcześniej papierosa. Lura, którą kupił na rogu w niewielkim kiosku była paskudna, ale za to mocna i spełniała swoje zadanie pobudzenia go po krótkiej nocy. Wrócił do domu późno, czekając aż Gabriel zamknie pub i odprowadził go do domu. Była chyba około pierwsza w nocy, kiedy wrócił do domu, a druga kiedy mógł przyłożył głowę do poduszki i zamknąć na chwilę powieki. Zaledwie cztery godziny później obudziła go niespodziewanym telefon była żona, przypominając, że ich córka, Emily, ma dzisiaj swoje pierwsze solo na wiolonczeli na niezwykle prestiżowej gali w Oakville.
Pewnie nikogo już, włącznie z nim, nie dziwił fakt, że zupełnie o tym zapomniał. A żeby tego było mało, oszacował na szybko, że nie uda mu się tam tego dnia być. Nie tylko nie zdążyłby na czas, ale nawet nie brał pod uwagę, że miałby próbować, zważając na fakt, że musiał być w pracy, a nie znalazłby tak szybko zastępstwa. Zdecydowanie musiał zacząć prowadzić kalendarz. Wiedział, że były różne aplikacje, na których absolutnie się nie znał, ale może Gabriel mógłby mu podpowiedzieć co nieco. Zanotował w pamięci, aby go o to po południu zapytać.
Tymczasem musiał wymyślić coś, aby wynagrodzić córce swoją nieobecność, co nie było dla niej pewnie niczym nowym, ale podejrzewał, że i tak ją ukłuło, stając się kolejną pinezką na tablicy rozczarowania. Nie był najlepszym ojcem, koncentrując się głównie na pracy, ale miał swoje zobowiązania, poza tym starał się, żeby Emily miała wszystko. Nie pomijał także byłej żony, bo chociaż ich drogi się rozeszły, to pamiętał co jej przyrzekał. Kupił im dom, płacił za zajęcia dodatkowe córki i regularnie dokładał do funduszu na jej dalsze wykształcenie i start w dorosłym życiu.
Nie chciał, żeby musiała tak ciężko pracować i nie daj boże spłacać po nim długi albo zobowiązania, bo w jego świecie oprócz pieniędzy krążyły jeszcze
przysługi i chociaż sam posiadał ich u innych wiele, to i wielu jeszcze sam nie wypełnił i w każdej chwili ktoś mógł się o swoją u niego upomnieć.
Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to coś słodkiego. Coś mu się kiedyś obiło o uszy, że słodycze podnosiły poziom szczęścia, a cukier dodawał energii (miał nadzieję, że pozytywnej), więc ulubione czekoladki Emily mogły być dobrym początkiem. O ile w ogóle będzie chciała się z nim spotkać, jak już wróci z Oakville następnego dnia.
Nie mógł już spać, dlatego postanowił wpaść do SOMA niedługo po otwarciu, kiedy pierwsza wycieczka turystów zniknie w głębi lokalu. Dopalał papierosa, myśląc o kilku najważniejszych obecnie sprawach, poza Emily i Gabrielem była to jego kontrola zdrowotna, która miała mieć miejsce dokładnie za tydzień. Nie przepadał za tym, zdecydowanie wolał nie wiedzieć czy cokolwiek mu dolega, bo to znaczyło o jedną rzecz mniej do przejmowania się. Co będzie, to będzie. Jego lekarz był jednak innego zdania i jako że znali się lepiej, niż przeciętny doktor z przeciętnym pacjentem, to ten wręcz zażądał pojawienia się w gabinecie Grahama, jako że ostatnio był u niego całe trzy lata wcześniej, a w jego wieku to wręcz niebezpieczne.
Chuja się zna, siwy zrzęda.
W głębi wiedział jednak, że trochę racji miał.
Wewnątrz zapytał o Felixa i z nikim innym nie chciał załatwiać swoich interesów (kupowanie dziecku słodyczy też do nich należało). To on własnoręcznie wykonywał te czekoladki i chyba był ich pomysłodawcą i tylko jemu w tej kwestii ufał. Dlatego czekał i to całkiem cierpliwie, bo cierpliwości akurat musiał mieć pod dostatkiem. Impulsywne działa zawsze kończyły się gównem na podeszwach, a śmierdzących spraw nie tykał się od bardzo dawna.
Cichy pomruk wyrwał się z jego gardła, podobny do warknięcia psa. Może mieli z Felixem trochę wspólnego? Na pewno nie wzrost, bo wielkie było z czekoladnika bydle. Grim nie miał jednak nigdy kompleksów związanych ze swoim niskim wzrostem. Świetnie nadrabiał za to atutami, jak mocną głową (i do picia i nokautowania nawet większych od siebie typów. Wystarczyło dobrze wycelować).
一
Mam za duże palce do tych maleńkich klawiszy. Nie wiem jak wy w to trafiacie 一 mruknął niepocieszony, sięgając po czekoladowego cukierkach, który był jednym z wielu w półmisku, przeznaczonych na poczęstunek dla klientów. 一
Poza tym nie znam Nancy. Znam ciebie 一 dodał, rzucając mu znaczące spojrzenie. Odwinął papierek i położył sobie słodycz na języku, a potem przekręcił ją w buzi, uderzając twardą skorupką o zęby.
Trudno było powiedzieć czy miał na względzie to, że chłopak może nie odpuścić, czy może chciał się wygadać, ale w końcu skrzywił się lekko i przesunął szeroką dłonią po karku.
一
Emily. Ma dzisiaj jakiś występ… gdzieś w Oakville 一 mruknął, ociągając się trochę z dalszą, najważniejszą, częścią opowieści. 一
Wyleciało mi z głowy. Pewnie jest wściekła. Może rozżalona. Albo wszystko naraz 一 dodał trochę ciszej i wzruszył ramionami, dłoń z karku przenosząc na brodę i krótką, szorstką szczecinę. 一
To chyba będzie to, co zwykle 一 dodał zrezygnowanym tonem, mając na myśli i swoją kolejną porażkę rodzicielską i zamówienie na konkretne czekoladki.
Felix Hathaway