- potrafi ugotować trochę różnych pyszności, nie tylko z kuchni hiszpańskiej
- ma lekkie i przyjemne pióro
- gra na fortepianie i trochę brzdąka na gitarze
-
- nie wyobraża też sobie utraty mężczyzny swojego życia - uważa, że bez niego sobie nie poradzi i że jeśli nie umrze z tęsknoty maksymalnie kilka dni później, to odbierze sobie życie, wiedząc, że już nigdy nie będzie szczęśliwy
-
Chciałbym się wypierać tego, że mój rywal wkręcił mi się pod skórę, ale chyba nie umiem. Czuję się przy nim jak dzieciak. Gdy wczoraj złapał mnie za rękę podczas oglądania filmu na moment zapomniałem, że dla ludzi oddychanie jest jakkolwiek istotne.
Nie mogę jechać na zawody, bo się przetrenowałem i mój lekarz zabronił mi pływania wysiłkowego . Chciałem się spotkać z Irą - odkąd się poznaliśmy na tyle zawrócił mi w głowie, że śni mi się po nocach i były to niejednokrotnie sny z rodzaju tych intensywnych. Chciałem mu powiedzieć, że... sam nie wiem co chciałem powiedzieć, ale to że się nie zobaczymy i że nawet nie mogłem do niego zadzwonić, żeby poinformować go, że lekarz zabronił mi jechać... to sprawia, że czuję cholernie duży niepokój, graniczący wręcz z atakiem paniki.
Tym razem nic nie stanęło na przeszkodzie naszego spotkania. Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi , gdy dostrzegłem go na końcu korytarza hotelowego, pierwszego dnia zawodów, tuż po zameldowaniu się. Nie wiem czy on też mnie wtedy dostrzegł, ale jakieś pół godziny później zapukałem do jego drzwi, nie mogąc doczekać się momentu kiedy będziemy mogli porozmawiać na osobności. Uniósł brwi, gdy mnie zobaczył, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo chwilę później moje dłonie wylądowały na jego policzkach, a usta przycisnęły się do jego ust. Drzwi za nami zatrzasnęły się zamykając nasz mały sekret w czterech ścianach pokoju numer 215. Jego usta smakowały colą i wiśniami, a zapach jego skóry był jedynym, który chciałem czuć do końca życia.
Obaj zajęliśmy wtedy dwa najniższe miejsca na podium, ale nie oczekiwaliśmy, że w ogóle się na podium załapiemy. W każdym razie - ja tego nie oczekiwałem; byłem szczęśliwy, bo zyskałem właśnie coś ważniejszego, niż wysokie miejsce w zawodach.
Santiago zawsze był dla mnie wzorem do naśladowania, mimo że teoretycznie to ja jestem tym starszym z braci. Dzielą nas trzy lata, ale to on wychowywał się z ojcem i on zawsze był tym poważniejszym, tym uważniejszym, tym bardziej godnym zaufania, tym bardziej niebezpiecznym.
Nigdy nie zazdrościłem mojemu młodszemu przyrodniemu rodzeństwu, że mieszkali z ojcem pod jednym dachem; ja i Santiago byliśmy blisko, to prawda, ale czasem miałem wrażenie, że mogli mieć do mnie jakieś pretensje o to, że miałem lepiej, bo wychowywałem się z matką, a ojca widywałem jedynie w weekendy. Z czasem jeszcze rzadziej, bo spędzałem z nim połowę wakacji i ferii świątecznych, a gdy zacząłem regularnie brać udział w zawodach, to spotykałem się z nim raczej od święta.
A może jednak tych pretensji wcale nie mieli, może ja sobie trochę za dużo dopowiadałem...?
Irę, który w pewnym momencie trochę wymógł na mnie przyznanie na głos, że jesteśmy razem, rodzinie przedstawiłem jako swojego przyjaciela. Moja mama, Teresa, od razu go polubiła, ale też dość szybko zorientowała się, że łączy nas więcej, niż tylko przyjaźń. Początkowo miała spore wątpliwości co do tego, co było między nami. Mówiła że jeszcze jesteśmy młodzi, że pewnie nam się jeszcze odmieni, ale na szczęście w końcu jakoś się z tym pogodziła i przestała wątpić w naszą miłość. Uprosiliśmy ją, żeby nie mówiła mojemu ojcu; nie chcieliśmy, żeby dotarło to do niego, bo miał na temat homoseksualizmu dość radykalne poglądy.
Santiago natomiast nie powiedziałem, bo... Cóż, trochę się bałem, że gdy dowie się Santiago, dowie się też ojciec. Z drugiej strony - chyba podskórnie odczuwałem lęk przed tym, że przestanie uważać mnie ze swojego brata, gdy dowie się, że jestem gejem. Żałosne, tak, wiem o tym z perspektywy czasu i żałuję, że nie miałem odwagi, żeby mu powiedzieć, ale im więcej czasu upływało, im dłużej byliśmy w związku, tym trudniej było mi się za to zabrać.
Jeszcze będąc czynnymi zawodowo sportowcami postanowiliśmy razem zamieszkać, a nasz wybór padł na Nowy Orlean, który zawsze mój chłopak czuł w swojej duszy najmocniej.
Niekoniecznie chciałem okazywać mu jakieś czułości publicznie, bo początkowo bałem się, że dostanę w pysk albo że zostanę zaatakowany choćby werbalnie przez jakiegoś agresora, ale mimo to nigdy go od siebie nie odpychałem, bo chciałem żyć jak normalny człowiek z osobą, którą kochałem u boku. Bałem się też, że Nowy Orlean nie spojrzy na nas przychylnym okiem, że będziemy mieć wrogów wśród sąsiadów I że nigdy nie poczuje się tam bezpiecznie. Na szczęście znów okazało się że martwiłem się na wyrost, bo zostaliśmy całkiem ciepło przyjęci, a z czasem sąsiedzkie pogaduszki przy płocie i spotkania na grillu co rusz w ogródku u innego z sąsiadów stały się moim - a właściwie chyba naszym - ulubionym rytuałem.
Nie wiem ile łącznie lat tam mieszkaliśmy, ale było to miejsce, które uważałem za swój dom i żal mi było je opuszczać. Przepiękne French Quarter, zabytki w Jackson Square, cudowne pączki w Cafe du Monde, rozbrzmiewające muzyką jazzową uliczki, sklepiki z gadżetami voodoo, cmentarz St. Louis (tylko z przewodnikiem i zwiedzanie wyłącznie za opłatą!)... Nie sądziłem, że kiedykolwiek opuszczę te cudowne bagienne tereny, bo od lat Nowy Orlean był naszym domem i nie planowaliśmy wyprowadzać się nigdzie indziej.
W pewnym jednak momencie po znikających z kont bankowych mojego brata środkach zorientowałem się, że coś jest nie tak; gdy wyszło na jaw, że Santiago żyje i że mieszka w Toronto, nie zastanawiałem się długo, po prostu spakowałem się I wsiadłem w samolot do Kanady. Byłem wściekły, gdy dowiedziałem się o jego chorobie, o tym genialnym pomyśle upozorowania śmierci w czasie jednego z napadów, o tym że nie zaufał ani mnie, ani Alvaro i że nie wtajemniczył żadnego z nas w swój genialny pomysł i w swoją chorobę ogólnie. Nie mogłem się jednak gniewać na niego zbyt długo, bo bądźmy szczerzy - jakim musiałbym być dupkiem, żeby złościć się na umierającego brata i marnować czas, jaki nam został, na bezsensowne spory?