Na ten moment przeprowadzka zdawała się nieść za sobą więcej pozytywów niż negatywów. Zmiana otoczenia oraz pozbycie się z otoczenia toksycznych osób pozwoliło mu odetchnąć. Pierwszy raz od naprawdę dawna nie czuł na sobie presji rodziny. Ich niekończącego się niezadowolenia i wiecznych oczekiwań, których nie dało się zaspokoić. Przeprowadzka do Toronto pozwoliła mu się od tego odciąć. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów był sam ze sobą. Z początku to uczucie spokoju mimowonie go pochłonęły. Delektował się nowo odkrytą "wolnością", ale dość szybko zauważył, że coś mu w tym wszystkim nie pasowało. Nie potrafił jednak stwierdzić, o co dokładnie mogło chodzić. Nie chciał bowiem dopuścić do siebie świadomości, że po prostu nie potrafił żyć normalnie. Tak długo przebywał w chujowych warunkach, że teraz było mu najzwyczajniej w świecie dziwnie, gdy nie musiał się z tym wszystkim użerać. Pustkę tę miwowolnie zapełnił pracą. Brał na siebie tak dużo obowiązków, że po prostu nie miał kiedy myśleć o czymkolwiek, co nie było sprawami sądowymi. Wciąż się nie rozpakował, ale biurko w firmie zawsze bylo zawalone teczkami. Metoda ta zdecydowanie nie była zdrowa, ale z pewnością skuteczna.
Trzeba tutaj jednak zaznaczyć, że poza ryzykiem wypalenia zawodowego oraz zabałaganionym mieszkaniem, niosła ze sobą jeszcze inne problemy. Największym z nich było totalne zaniedbanie relacji i znajomości ze strefy prywatnej. Bo chociaż większość znajomych zostawił za sobą, to wciąż było kilka osób, z którymi kontakt utrzymywać mógł. Doskonałym tego przykładem mogła być poznana kilka miesięcy wcześniej Saffron. Ich drogi przecięły się na jednym z wielu sympozium, które organizowane były w Nowym Jorku. Zaczęło się od krótkich rozmów, zaproszenia na kawę, a później... cóż. Ich znajomość okazała się nad wyraz burzliwa. Spędzili razem kilka wyjątkowo przyjemnych dni, a gdy konferencja się skończyła, kobieta wróciła do Toronto. Zostawiła mu jednak swój numer z prostym przekazem, mieli zostać w kontakcie. Absolutnie mu to nie przeszkadzało, bo wpadła mu w oko, ale chaos związany z przeprowadzką sprawił, że mimowolnie o tym zapomniał. Poskutkowało to tym, że mimowolnie ją zghostował.
Żeby dodać sytuacji niezręczności, to własnie za jej sprawą złożył podanie do firmy, w której aktualnie pracował. Gdyby tego było mało, nie tak dawno temu spotkał ją na sądowym korytarzu. Już z pierwszych slów dalo się od niej wyczuć chłód i wycofanie. Było to nieco przykre, ale nie mógł jej też za to winić. W końcu to on był tutaj winny. Pomimo tego chłodnego powitania próbował ją zagaić przy kilku kolejnych sytuacjach, ale zawsze kończyło się na krótkiej wymianie zdań. Ewidentnie nie była już zainteresowana. Przynajmniej tak sądził jeszcze do dzisiejszego popołudnia. Dostał od niej bowiem niespodziewany telefon oraz zaproszenie na kolację.
Zgodził się bez większego namysłu. Nie chodziło już nawet o to, że mu się podobała. Po prostu nie chciał zostawić tego w taki sposób. Zjebał i chciał ją chociaż przeprosić. Liczył, że dzisiaj będzie miał ku temu okazję, ale z drugiej strony, hm. Nie do końca wiedział, czego powinien się spodziewać po tym spotkaniu. Na pierwszy rzut oka mogła wydawać się niewinna, ale Benjamin wiedział, że są to jedynie pozory. Idąc na spotkanie liczył się z tym, że wchodzi prosto w paszczę lwa, ale po prostu nie chciał przepuścić tej okazji. Było mu naprawdę głupio, a poza tym naprawdę dobrze spędzało mu się z nią czas.
Na umówionym spotkaniu pojawił się na kilka minut przed czasem. Planował przyjechać szybciej, ale dość skutecznie zablokował go korek przy wyjeździe z sądu. Nerwowym ruchem wszedł do środka, wręczając płaszcz konsjerżowi. Szybko poprawił lekkie wgniecenia na koszuli, po czym zerknął na zegarek. Trzy minuty. Okey, mogło być gorzej.
Rozejrzał się po lokalu i dość szybko zlokalizował Saffron. W pierwszym odruchu lekko się zawahał, zastanawiając się, czy na pewno chce się w to pakować. Zaraz jednak ochłonął i ruszył pomiędzy stolikami, docierając do ostatecznego celu na dwie minuty przed czasem. Podświadomie zastanawiał się jednak, czy nie lepiej by dla niego było, gdyby zjawił się tutaj godzinę przed. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ta rozmowa nie będzie łatwa. Niezależnie od tego, o czym mieli rozmawiać.
—
Saffron, miło cię wiedzieć — rzucił, stając przed nią z lekkim uśmiechem. Ubrany był odpowiednio, elegancko. Gustowna, szyta na miarę marynarka, a pod nią czarna koszula. —
Wyglądasz zjawiskowo — dodał, po czym, jeśli kobieta podsunęła mu rękę, cmoknął ją lekko w wierzch dłoni. Sam z siebie oczywiście tego nie sugerował, bo nie był aż tak wielkim samobójcą.
Gdy mieli już za sobą pierwsze powitania, usiadł na swoim miejscu, naprzeciwko niej. Lekko się poprawił, po czym rzucił jej nieco dłuższe, bardziej wnikliwe spojrzenie. —
Zanim zaczniemy, chciałbym cię przeprosić. Nie chcę się tutaj zasłaniac przeprowadzką czy pracą. Po prostu nawaliłem. Biorę na siebie całą winę. Powinienem był zadzwonić. — Czuł, jak lekko drżą mu dłonie, ale jednocześnie poczuł ogromną ulge. W końcu mógł to z siebie wyrzucić i chociaż wziąć mogła kazać mu iść do diabła, to przynajmniej mógł chociaż spróbować.
Cholera, w tej sukience wyglądała naprawdę dobrze.
Saffron Zimman