Ludzie mawiają, że wszyscy składamy się ze w s p o m n i e ń. Że tak jak biologicznie budują nas komórki, tkanki i organy, tak gdzieś głębiej, pod skórą, gdzieś głęboko w środku dokłada się coś jeszcze — drobne momenty, pojedyncze dni, całe lata, które powoli, uparcie składają się na n a s. Elsie Swanson była z tych osób, które miały w sobie pełną świadomość tego procesu. Jakby każde
wspomnienie było cegiełką — jedne wspomnienia drobną, cieniutką jak wykończenie czegoś, a inne większą, ciężką, jak te cegły, które budują fundamenty.
Pamiętała
dzieciństwo. Dom, który zawsze miał być bazą — miejscem, gdzie świat zwalniał i gdzie można było złapać oddech. Pamiętała
ojca: konsekwentnego, upartego, momentami surowego, ale sprawiedliwego. Człowieka od zasad, granic i porządku, który wierzył, że miłość najlepiej okazuje się stabilnością. Pamiętała
matkę — jasną, zaangażowaną, skupioną na tym, co kochała najbardziej. Podziwiała ją całym sercem, a jednocześnie czuła, jak z każdym rokiem coraz bardziej jej brakuje. Najpierw nieśmiało, potem już całkiem otwarcie zaczęła zazdrościć koleżankom matek, które były zawsze pod ręką, które znały sekrety, dramaty i imiona wszystkich znajomych. Z czasem irytowało ją, że wszystko w domu było na barkach ojca, a matka była jakby zawsze krok obok. Gdy rodzice zdecydowali się na rozwód, była już na tyle dorosła, by czuć więcej niż jedno uczucie naraz. Był
smutek, żal i
rozczarowanie, ale pod nimi czaiła się
ulga. Naiwna nadzieja, że teraz wszystko się poukłada, stanie się prostsze, mniej napięte, bardziej…
normalne. Minęły lata, a rodzinne relacje nadal przypominały coś, co nigdy nie do końca chciało się naprawić. Czasem śmiała się z tego, czasem bolało.
Najczęściej jedno i drugie naraz.
Pamiętała
szkołę. Zeszyty zapisane drobnym pismem, wieczne zmęczenie i to uczucie, że zawsze chce się robić trochę więcej, niż się powinno. Pamiętała, że od dziecka była tą, która pożyczała długopis, tłumaczyła zadania, zostawała po lekcjach, bo ktoś wyglądał na zagubionego. Nie było jednego wielkiego momentu, który sprawił, że zapragnęła pomagać innym — raczej setki małych sytuacji, które układały się w
oczywistość. Studia pielęgniarskie przyszły naturalnie. Były ciężkie, wykańczające, pełne chwil zwątpienia, ale nigdy nie odebrały jej poczucia
sensu. Nawet kiedy nie spała po nocach, nawet kiedy wracała do domu z głową ciężką od informacji i emocji, wciąż wiedziała, że jest dokładnie tam, gdzie powinna być. Poza uczelnią i pracą wpychała się jeszcze w wolontariaty i fundacje, jakby doba miała dla niej kilka dodatkowych godzin. Zawsze gdzieś się spieszyła.
Zawsze dla kogoś.
Pamiętała
ludzi spoza domu. Przyjaciół, którzy b y l i jak rodzina i tych, którzy z n i k a l i bez słowa.
Pierwszą miłość, która miała być na zawsze i
pierwsze złamane serce, które sprawiło, że płakała w łazience, żeby nikt nie widział. Pamiętała swój
pierwszy raz — więcej w nim było emocji i drżących rąk niż doświadczenia. Pamiętała momenty, w których była święcie przekonana, że to właśnie teraz trafiła na
miłość swojego życia. I momenty, w których okazywało się, że znowu pomyliła dobroć z czymś, co na nią nie zasługiwało. Miała serce na dłoni, zupełnie bez filtra. Każdemu chciała dać
szansę, każdemu
pomóc, każdemu coś
naprawić. Była naiwna — wiedziała o tym doskonale. Obiecywała sobie, że następnym razem będzie mądrzejsza, ostrożniejsza, bardziej zdystansowana. I za każdym razem kończyła tak samo: z nadzieją większą, niż rozsądek by pozwalał. Marzyła o prostym szczęściu — stabilnym związku, małżeństwie, dzieciach i labradorze albo goldenie, który zajmowałby pół kanapy. Czasem płakała przez dupkognojków, a potem śmiała się sama z siebie, bo przecież
Elsie, serio.
Pamiętała swoją
pracę. Dyżury na ER, które zaczynały się zwyczajnie, a kończyły kompletnym
chaosem. Pamiętała
zmęczenie, które powodowało że nogi żywcem wchodziły w dupę i
adrenalinę, która nie pozwalała usiąść nawet na chwilę. Pamiętała pierwszą
śmierć pacjenta — tę, po której zamknęła się w łazience i płakała wyjąc, opierając czoło o zimne kafelki. Pamiętała też małe
cuda: pacjenta, który wrócił do życia wbrew statystykom;
uśmiech kogoś, kto jeszcze godzinę wcześniej był przerażony; dłoń ściskającą jej palce z
wdzięcznością. Niektórych pacjentów nosiła w sobie do dziś — ich historie, twarze, imiona. Innych chciałaby zapomnieć natychmiast po tym, jak znikali za drzwiami oddziału, bo zostawiali po sobie coś ciężkiego do uniesienia. Pracowała dopiero od roku, a już wiedziała, że ta praca ją
zużywa i jednocześnie
buduje. Że daje jej wszystko i zabiera bardzo wiele. I mimo to każdego dnia wracała na oddział z tym samym uśmiechem, jakby wciąż wierzyła, że wystarczy być wystarczająco
dobrą, wystarczająco
obecną.
Elsie była właśnie taka. Zawsze dostępna. Nawet na ostatnich oparach. Uśmiechnięta, ciepła, dobra do granic rozsądku. Zachwycająca nie dlatego, że próbowała — tylko dlatego, że nie umiała być inna. I może świat jeszcze jej za to nie wynagrodził, ale ona wciąż wierzyła, że kiedyś to zrobi.
Ciekawostki
— Nie znosi ciszy — w domu zawsze coś gra: radio, podcast, playlisty z często losowymi piosenkami.
— Pije zbyt słodką kawę, zawsze obiecując sobie, że
następnym razem już mniej cukru. Następny raz nigdy nie nadchodzi.
— Ma słabość do zwierząt, szczególnie psów. Zatrzymuje się przy każdym labradorze i goldenie, nawet jeśli bardzo się spieszy.
— Zawsze nosi przy sobie plastry i chusteczki, nawet poza pracą. To odruch — ktoś zawsze może ich potrzebować.
— Lubi gotować dla innych, choć kiedy jada w samotności po prawdzie zwykle je
byle co. Gotowanie traktuje jako formę troski, nie obowiązek.
— Ma jedną ulubioną bluzę, zbyt dużą i spraną, której nie wyrzuciłaby zapewne nawet pod całkiem poważnymi groźbami.
— Nie potrafi mówić
nie, nawet kiedy bardzo powinna. Uczy się tego od lat i nadal jej nie wychodzi.
— Śpi z telefonem z wiecznie włączonym dźwiękiem, bo boi się, że ktoś będzie jej potrzebował.
— Zna angielski, ma podstawy francuskiego, których uczyła się w szkole i na studiach — wystarczające, by uspokoić pacjenta albo zapytać, czy coś boli. Rozumie pojedyncze zwroty w ASL (amerykańskim języku migowym), których nauczyła się z własnej potrzeby,
na wszelki wypadek.
— Czasem — po wyjątkowo ciężkim dyżurze — siada pod prysznicem i pozwala wodzie lecieć, aż zupełnie opadną z niej emocje. Po tych wyjątkowo ciężkich zdarza się, że zostaje
sprowadzona na ziemię, tym że zaczyna lecieć zbyt ciepła lub zimną woda.