W takich chwilach - Ollie wiedział to o sobie aż za dobrze - potrzeba mu było ciszy. Przestrzeni, powietrza. Chwili wytchnienia, która pozwoliłaby mu zebrać myśli i ukoić nerwy; uspokoić trochę galop rozkołatanego nerwami serca.
Gdy był dzieckiem, wystarczyło mu wyjść na dach - oczywiście wbrew wszelkim przestrogom i nakazom ze strony zatroskanej matki, która finalnie chyba straciła nadzieję na jakiekolwiek przemówienie synowi do rozumu, i zaprzestała powtarzania tych tyrad, akceptując, że któregoś razu Ollie po prostu skręci sobie kark.
Jako nastolatek, spokoju szukał podczas samotnych wypadów za miasto - po długiej przejażdżce
Ale w ostatnich latach wszystkie te rytuały Oleandra stanęły pod znakiem zapytania dokładnie w tej chwili, w której cały jego świat zatrząsł się w posadach.
Od wypadku nic już nie było takie samo; poza tym Oleander mógł tylko śnić o prowadzeniu samochodu, o wspinaczce na dach nie wspominając.
Gdyby ktoś go o to spytał - choćby jutro - Oleander nie byłby chyba w stanie wytłumaczyć, skąd wziął mu się cały ten pomysł by opuścić ciepłe mieszkanie, opatulić się wszelkimi możliwymi warstwami swetrów i grubej, puchowej kurtki, i - wykorzystując najnowszą promocję, bo przecież w innym razie nie byłoby go stać na podobne luksusy - udać się na przystań, wyłącznie z termosem w kieszeni, i telefonem w dłoni.
Tegoroczna zima w Toronto była ostra i szczera; podmuchy chłodnego wiatru nie miały litości, malując policzki Everharta żywym karminem rumieńców, i wprawiając palce w stan na wzór kompletnego zlodowacenia. A mimo to, Oleander stał na przystani niemalże na skraju miasta, w miejscu, gdzie światło latarni rozrzedzało się na tyle, by niebo mogło wreszcie dojść do głosu. Śnieg pod butami skrzypiał cicho, a zimno osiadało w ciele warstwami — najpierw na dłoniach, potem w karku, w końcu w tkankach nogi: na wysokości kolana, w łydce, wreszcie w kostce.
Ollie poprawił szalik, przeniósł ciężar ciała na zdrową stronę, pozwalając sobie na chwilę bez pośpiechu. Nie było alarmu. Nie było wezwania. Nic nie wymagało natychmiastowej reakcji.
To wciąż było dla niego czymś nowym. Czymś, do czego jego umysł jakby nie mógł się przyzwyczaić.
Nadciągającą od strony przystani towarzyszkę, brunet poznał od razu — po krokach; po sposobie, w jaki zatrzymała się na moment, jakby upewniając się, że to aby na pewno on, a nie nieznajomy, którego obecność oznaczałaby wyłącznie niepotrzebne tarapaty. Oleander odwrócił się przez ramię, powoli przenosząc wzrok z bezkresu nieba na kobiecą sylwetkę.
- Jesteś - trochę stwierdził, trochę spytał, jakby upewniał się, że jej sobie nie uroił. Everhartowy terapeuta nie miał wątpliwości: Ollie nie doświadczał halucynacji, nie był szalony, nie miał problemu z odróżnieniem produktów własnej wyobraźni od rzeczywistości. Problem leżał tylko w tym, że ta jego rzeczywistość wprawiała niekiedy bruneta w stan kompletnej rozpaczy. Częściej, niż chciałby się do tego przyznać przed kimkolwiek: nawet przed własnym psychoterapeutą. Pociągnął zaróżowionym od zimna nosem, uśmiechając się do blondynki sponad krawędzi grubego szalika - Mówiłem, że będzie warto!
I miał nadzieję, że towarzyszka - którą, bądź co bądź, wyrwał z ciepła jej własnych czterech ścian - będzie tego samego zdania. Wystarczyło w końcu jedno zerknięcie w górę - na wielobarwny spektakl świateł, zieleni, błękitów i różu niczym rozmyta wąskim pędzlem akwarela - by stwierdzić, że natura szykowała dziś dla nich niezwykły spektakl.