
Bo rodzinę Merlota łączy z winem o wiele więcej niż samo nazwisko. Tak właściwie, to związała się ona z winem na długo przed tym, jak jeden z przodków jego ojca zmienił nazwisko na Chardonnay, chcąc jeszcze bardziej wpasować się w klimat założonej winiarni i posiadanej od dekad rodzinnej winnicy.
I choć druga część jego rodziny, ta od strony matki, miała nieco mniej wspólnego z winem, to jako francuzi - mieli szczególne upodobanie do tego trunku, i prowadzili niewielką winiarnię w Colmar, w rejonie Alzacji. Merlot urodził się we Francji, ponieważ to właśnie tam poznali się jego rodzice, podczas targów wina "Foire aux Vins d'Alsace" w Colmar. Jego ojciec przyleciał na nie jako przedstawiciel rodzinnej firmy winiarskiej. Miał tam spędzić jedynie kilka dni i podpisać kilka korzystnych umów. Poznał tam jednak drobną, figlarną Francuzkę. Wspomnienia o niej tak uparcie siedziały mu w głowie, że wrócił do Colmar kilka tygodni później i został na dłużej.
Niespełna po roku na świat przyszedł Merlot. Krótko po ich ślubie, ale właściwie był wyczekiwanym i chcianym dzieckiem. Jego rodzice byli dla siebie stworzeni - kochali wino, sztukę, muzykę i teatr. Kochali siebie. I mieli podobne poczucie humoru. Stąd jego imiona; pierwsze po ulubionym winie ich obojga, drugie - na cześć ulubionego, mitologicznego bóstwa. Dzieciństwo mógł właściwie uznać za bajeczne. Jedyne dziecko i pierwszy wnuk, rozpieszczany zarówno przez rodziców, jak i dziadków. Od małego poznawał podstawy winiarstwa i uczył się wszystkiego, co z winem i winiarstwem związane. Lubił to. Gdy widzisz coś przez całe swoje życie - z czasem staje się to jego nieodłączną częścią. Merlot sam pokochał wino i winiarstwo. Kochał swoich rodziców i sam zaczął marzyć o miłości takiej, jaka ich połączyła. Mimo upływających lat, ojciec wciąż z uwielbieniem patrzył na matkę, nawet gdy ta wściekła rzucała na niego pod nosem wiązankę niezbyt finezyjnych, francuskich przekleństw. To było... piękne.
Jego ojciec został we Francji dokładnie na dwadzieścia lat. Właśnie wtedy, gdy Merlot miał dziewiętnaście lat, dostali wiadomość o śmierci jego dziadka. Choć chłopak był bardziej związany z rodziną matki, to mocno przeżył śmierć dziadka. Rodzinę ojca odwiedzał w każde wakacje, albo i częściej, i to właśnie oni uczyli go winiarstwa od bardziej... biznesowej strony. Poleciał do Stanów na pogrzeb razem z rodzicami, ale do Francji wrócił sam. Ojciec musiał zostać w Nowym Yorku, by razem ze swoim bratem zająć się rodzinną firmą, a matka nie chciała się z nim rozstawać. Merlot za to miał w Europie studia do zakończenia. Życie toczyło się dalej, choć przez pewien czas nieco smutniej niż zwykle. Po studiach dołączył do winiarni rodziny matki, jednocześnie robiąc kilka kursów winiarskich, by lepiej pasować do zawodu. Zaczął nawet myśleć o swoim własnym biznesie...
Ale plany przerwała mu wiadomość o wypadku ojca. Pięć lat po śmierci dziadka. Kraksa samochodowa sparaliżowała jego ojca od pasa w dół, i uniemożliwiła na dłuższy czas osobiste prowadzenie firmy, nawet z pomocą jego brata. Dlatego kilka dni później Merlot dołączył do rodziców w Stanach, i tam został na dłużej. Początkowo jedynie trochę pomagał ojcu z dokumentami i robił za jego chłopca na posyłki. W końcu ojciec niewiele spraw mógł załatwić osobiście. Jednak po jakimś czasie, gdy Merlot nabrał wprawy w samodzielnym załatwianiu interesów związanych z firmą, ojciec podarował mu sporą część udziałów w rodzinnej firmie. Początkowo niechętnie przyjął te zmiany, jednak po kilku miesiącach - naprawdę się w to wkręcił. Zrobił kolejne kursy, ślęczał po nocach nad papierami, proponował zmiany. Cała rodzina doceniła jego starania i postępy. Zyskał uznanie. I poczuł się w Nowym Yorku prawie jak w domu.
Spokój nie trwał jednak długo. Trochę ponad dwa lata po wypadku, jego ojciec doszedł do siebie. Nie odzyskał sprawności, ale przyzwyczaił się do nowej rzeczywistości i znów zajął się interesami. Oraz życiem prywatnym syna. I to w bardzo niefinezyjny sposób - zaczął mu szukać żony wśród córek swoich partnerów biznesowych. Merlot uznał to za znak, że czas na ewakuację z Nowego Yorku. Nie chciał jednak wracać do Francji. Czuł, że gdzieś tam w świecie coś na niego czeka. Rzucił więc kośćmi... i tak wylądował w Toronto.
# Zarabia też na sztuce. Kupuje ją i sprzedaje z zyskiem, robi za pośrednika. Przydają mu się przy tym znajomości w Europie.
# Uparcie powtarza, że cały świat jest jego domem. I naprawdę potrafi odnaleźć się właściwie wszędzie. Kocha podróże. Potrafi w kilka minut podjąć decyzję o wyjeździe, kupić bilet na najbliższy lot dokądkolwiek, spakować się i ruszyć w świat.
# Czasem sprawia wrażenie nawiedzonego. Z pasją może gadać nie tylko o winie, ale też o kosmitach. To nie żarty. Z Archiwum X widział chyba ze trzydzieści razy. Wierzy też w duchy. Uparcie twierdzi, że za dzieciaka miał przyjaciela-ducha na zapomnianym cmentarzu. Określić go można jako wierzącego. Wierzy w różne rzeczy, nawet te absurdalne. A za swojego patrona uznaje Dionizosa. Skąd mu się to wzięło? Nie wiadomo. Choć rodzina twierdzi, że to dlatego, iż za dzieciaka wpadł do beczki po winie, i opary za bardzo namieszały mu w głowie. Po owym wydarzeniu została mu też pamiątka - podłużna blizna nad brwią.
# Posiadał szopa o imieniu Cabernet. Zwierzak często chodził w bordowej muszce. Przed wyjazdem z NY zostawił go jednak u znajomej. Obawiał się, że mogą mu go odebrać w nowym mieście. Brakuje mu tego futrzaka.
# Uwielbia wino, sztukę (a jeszcze bardziej zarabianie na niej), podróże do rozmaitych zakątków świata i wydawanie pieniędzy na głupoty. Choć nie zawsze szasta kasą. Nie ma nic do zwykłego życia. Choć mógłby mieszkać w willi, lubi życie blisko zwykłych ludzi. Uważa to za ciekawsze.
# W zasadzie jest hetero... Ale sowicie zakrapiane imprezy studenckie dowiodły, że po pewnej ilości alkoholu niektóre ograniczenia mu się zacierają. Nieszczególnie się tym przejmuje. Jest romantykiem i uważa, że miłość jest piękna. Choć nie każdy jej rodzaj powinien być skierowany wobec dzieci, zwierząt i zwłok.
# Po przyjeździe do miasta kupił domek w Beaches. Uznał, że przyda mu się taka odmiana od przytłaczającej, rodzinnej rezydencji w NY. Miała to być jego samotnia, ale koniec końców jego potrzeba towarzystwa wygrała. Obecnie pomieszkuje u niego Cath, przyjaciółka, z którą zawsze wpada w jakieś dziwne akcje, a do tego Merlot wynajmuje wolne pokoje za symboliczną opłatę. Nic nie poradzi na to, że po prostu lubi towarzystwo.
