
Śmierć ojca nawet go ucieszyła. Nigdy nie byli blisko, a Josh, nawet jako dorosły mężczyzna, czuł jego presję. Kolejne kilka miesięcy, które spędzał w domu, były chyba najszczęśliwszym okresem w jego życiu. Co prawda z żoną już od jakiegoś czasu mu się nie układało, ale nie wiedział, że śmierć ojca jest tylko preludium.
W tym samym roku w trakcie misji stracił brata. Otrzymawszy informację o śmierci Jacoba niemal dostał zawału; w trybie natychmiastowym został odsunięty od obowiązków służbowych. Nie pamięta tego, ale samodzielnie załatwił wszystkie formalności potrzebne do sprowadzenia ciała do Kanady i odprawienia pogrzebu.
Niecały miesiąc później ogarniał pogrzeb matki.
Jedyną pociechą w tym wszystkim była dla niego Meredith. Dobrze wiedział, że jedenastoletniej wówczas córce również jest ciężko, jednak odnosił wrażenie, że tylko ona rozumiała jego ból związany z utratą ważnych dla niego osób. Mimo to ona również, pod wpływem matki, zaczęła się oddalać. Bo przecież według ówczesnej żony powinien być silny i niewzruszony, jak na głowę rodziny przystało. Mniej więcej wtedy zaczął częściej sięgać po alkohol. Tylko trochę, tylko nocami, kiedy córka już spała; nie chciał, żeby widziała jego słabość. Podszedł parę razy na terapię, ale głupio mu było zwierzać się innemu człowiekowi. Obiecał sobie, że nadchodząca misja będzie jego ostatnią i nawet naszykował wniosek o przeniesienie do administracji. W trakcie swojego wyjazdu spisywał listę rzeczy, które chciał zmienić. Zmiana stanowiska, zero alkoholu, więcej czasu z córką. Ale po powrocie okazało się, że równie dobrze mógł zostać w Afganistanie. Od Meredith usłyszał, że jest mordercą i alkoholikiem, z plotek o tym, że żona doprawia mu rogi. Wniosek o przeniesienie i swoją listę polał wódką i spalił, bo życie w Toronto i tak już nie miało sensu.
W trakcie misji cudem uniknął śmierci. To wyrwało go z tego marazmu i choć po powrocie zastał pusty dom i papiery rozwodowe na stole, od razu wypełnił wniosek o przejście na emeryturę.
Ale pustka i samotność były nie do zniesienia. Smutek topił najpierw w whisky, z czasem w czymkolwiek, co miało procenty. Czasem w przypływie wściekłości demolował salon, a jak przetrzeźwiał, ogarniał chatę i próbował ogarnąć siebie, ale prędzej czy później koło się zamykało. Dopiero nagły powrót Meredith do domu dał mu do myślenia. Dziewczyna miała piętnaście lat, zrujnowaną psychikę i zerową stabilność. Jak się okazało, jej matka była bardziej zajęta ezoteryką i swoją nową rodziną. Choć wiedział że zawiódł i nie nadaje się na opiekuna, wiedział też, że córka musiała być zdesperowana, skoro wolała zamieszkać z nim. To skłoniło go do powrotu na terapię i poszukania specjalisty także dla córki.
Zaczęło się jakoś układać. Nie było łatwo - czasem byle co potrafiło wyprowadzić go z równowagi, ale nie wyżywał się na Meredith. Zamiast tego szedł pobiegać, albo zamykał się w warsztacie. Pomagały też treningi walki wręcz.
• Niecałą dekadę temu spotkał się z jakąś młodszą dziewczyną; do niczego nie doszło, przegadali całą noc o rzeczach, o których na co dzień się nie mówi. A przynajmniej ma wrażenie, że coś takiego miało miejsce, równie dobrze może to być jego pijackie delulu.
• Ma na oku policjantkę która wprowadziła się nieopodal, chociaż z wyglądu zupełnie nie jest w jego typie.
• Stary został memem.
