Martwi powinni pozostać martwi.
W The Painted Lady powietrze było gęste. Mimo nielicznej obecności, gwar rozmów wystarczał, by zagłuszyć natrętne myśli. Cassandra kochała występować, być w centrum uwagi. Na scenie, oświetlona reflektorami, zdawała się być najszczęśliwszą wersją siebie. Lubiła to miejsce. Znała każdy jego zakamarek, wiedziała nawet, którą whisky mogłaby wypić tak, żeby nikt nie zauważył braku pół litra. Nie mogła być teraz sama. Za bardzo bała się tego, co mogłaby sobie zrobić. Ostatnie wydarzenia obudziły zjawy z przeszłości, widma, których istnienie spychała w najgłębsze czeluści własnej podświadomości.
Martwi nie powinni nawiedzać żywych.
W głowie układała słowa, które powiedziałaby kobiecie, gdyby jeszcze kiedykolwiek miały okazję porozmawiać. Rzeczy, których nigdy nie miała odwagi wypowiedzieć na głos. Chciała przeprosić za swój niewyparzony język, za to, że tak bardzo się buntowała, zamiast od razu posłuchać tego, co tamta próbowała jej przekazać. Miała nawet oddać szminkę, którą kiedyś pożyczyła i której nigdy nie zwróciła, a po jej śmierci ani razu nie pomalowała nią ust. Musiała też podziękować za każdą radę, której wtedy nie słuchała, a którymi c z a s a m i kierowała się teraz, pamiętając, że tamta zawsze chciała dla niej jak najlepiej.
Zamiast tego mówiła do kamiennego nagrobka, bo tyle właśnie po sobie zostawiła. Kamień był zimny, szary, niedostępny — zupełnie jak myśli o niej. Nigdy nie odpowiedział, a Cassandra nie potrafiła już nawet wyobrazić sobie, co mogłaby od niej usłyszeć. Powoli zapominała, jak brzmiał jej głos. Jak głośno potrafiła na nią krzyczeć. Jak pomysłowo umiała wytykać jej wszystkie głupoty, które robiła.
Powinna tu być z nią. Nie miała prawa odejść. A skoro już odeszła, to przynajmniej powinna była obiecać, że zaopiekuje się nim. Cassandra jej potrzebowała, ale nie chciała też, żeby ojciec błąkał się samotnie po zaświatach. Skoro odeszła razem z nim, skoro miała czelność ją opuścić, to jej zadaniem było się nim zająć. Dopilnować, by ponownie nie zboczył na złą ścieżkę, a jeśli już zboczy — przeprowadzić go przez mrok. Uchronić go przed złem, tak jak przed laty chroniła ją. Cassandra miała jeszcze Carlosa, ale i on ostatnio próbował odejść, a ona musiała go zatrzymać pośród żywych.
Martwi wcale nie byli mile widziani.
Otarła nos, ścierając resztki białych drobinek osadzonych przy nozdrzach niczym kurz. Uniosła głowę — i tam była ona, pochylona nad kieliszkiem, jak gdyby nic się nie stało. Cassandra widywała ją już wiele razy, ale to były tylko obrazy podsuwane przez stęsknione serce, które nie potrafiło pogodzić się ze stratą. Była przekonana, że to kolejna halucynacja. Może diler ją oszukał. Może podmienił towar. Widziała, jak barmanka coś do niej mówi, więc przetarła oczy, bo może ona też była tylko wytworem jej wyobraźni.
Podeszła bliżej, a serce zaczęło wyrywać się z piersi. Ściany sali zdawały się poruszać. Nagle nie było tu już dla niej miejsca, choć większość krzeseł wciąż stała pusta. Nie mogła nabrać powietrza. Stawiała ostrożne kroki, tracąc czucie w nogach, które uginały się pod nią coraz bardziej. Walczyła z własnym ciałem, odmawiającym posłuszeństwa, jakby za wszelką cenę nie chciało dopuścić jej bliżej.
Mogła powiedzieć tak wiele, a jednak z jej ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Zamiast tego ogarnęła ją złość. Nie chciała jej tutaj. Tamta wtargnęła w jej przestrzeń, w jej bezpieczne miejsce, kompletnie nieproszona. Jej miejsce było sześć metrów pod ziemią — i tam powinna była zostać. Skoro teraz stała przed nią, to znaczyło, że mogła pojawić się w każdej chwili, ale czekała. A jeśli czekała, to znaczyło, że ją opuściła, a nie dlatego, że piekło się po nią upomniało. Cassandra zawsze to czuła. Zdradziła ją. Po prostu. Czy on o tym wiedział i jej nie powiedział? Jeśli tak, będzie tak samo winny, zrobił coś czego nie będzie mogła mu wybaczyć.
Opętało ją. Siła wyższa przejęła nad nią kontrolę tak, że rzuciła się na kobietę, powalając ją na ziemię i przewracając krzesło, na którym jeszcze przed chwilą siedziała. Dopiero wtedy się odezwała, wykrzykując po hiszpańsku wyzwiska, których najpewniej nauczyła ją właśnie ona. Nikt nie wydawał się szczególnie poruszony jej wybuchem. Nikt nie oczekiwał już od Cassandry normalności. Uderzała na oślep, wkładając w to całą swoją siłę, której miała zdecydowanie więcej, niż można było przypuszczać. Chyba zadrapała ją ostrym brziegiem paznokcia, bo polała się krew — choć równie dobrze mogła to być jej własna. I nikt się nie spieszył, żeby je rozdzielić, bo wszyscy wiedzieli, że próba interwencji mogłaby skończyć się źle także dla nich.
Paloma Cortés