drowning in denial
Mówią, że czas potrafi cholernie zasuwać… zwłaszcza wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa, no nie? Tak właśnie było w przypadku panny Winters. Od dwóch lat była w remisji. Nie miała na siebie najmniejszego pomysłu. Jedynymi rzeczami, które wywoływały uśmiech na jej twarzy, były kwiaty i wypieki, no ale przecież nie była na tyle zwariowana, żeby otworzyć coś swojego, right? Poza tym wymagało to pieniędzy, których jej rodzina na tamten moment najzwyczajniej w świecie nie posiadała.
All thanks to her.
Kto by pomyślał, że leczenie w świecie korupcji potrafi być tak kurewsko drogie?! Anyways, zamiast siedzieć i użalać się nad własnym losem, spojrzała na Szeryfa, który był rozwalony na kanapie, na pleckach, z brzuchem wystawionym do góry i parsknęła pod nosem. - Dobra, koniec tego dobrego - rzuciła sama do siebie, ale po części też do swojego rozpasionego, czteronożnego, kociego współlokatora. Musiała nareszcie wyjść do ludzi. Wizyty po szpitalach, fizjoterapia i spotkania z jej najlepszym przyjacielem Alexem sprawiały, że czuła się o niebo lepiej, ale potrzebowała tak po prostu wyjść gdzieś dla siebie. Zaczerpnąć świeżego powietrza. Może zrobić coś, o co nigdy by siebie nie podejrzewała?
Wstała, rozciągając się i ziewając, gdy jej wzrok padł na ulotkę leżącą na blacie. Siłownia. Wcale nie tak daleko od niej. Hm. Uniosła brew ku górze, przyglądając się papierkowi marketingowemu, zanim podeszła do lustra i przejrzała się w nim. Stanęła bokiem, przyglądając się długiej, grubej bliźnie przejeżdżającej wzdłuż uda, a potem odsunęła koszulkę ku górze, żeby zobaczyć kolejną parszywą bliznę przechodzącą wokół jej biodra. Winters nie należała do osób, które jakoś szczególnie przejmowały się wyglądem, jednak sam fakt, że już raczej nigdy nie pozbędzie się z ciała przypomnienia o tym cholerstwie, doprowadzał ją do mini załamania nerwowego. No ale nic. Zsunęła koszulkę od piżamy w dół, choć była już jakaś trzynasta, i poszła wziąć szybki prysznic, zanim wrzuciła na siebie legginsy, jakąś luźną koszulkę i ruszyła w siną dal. Prosto do budynku przepełnionego sprzętem do ćwiczeń, z którego za cholerę nie wiedziała, jak się korzysta. No może poza bieżnią. Zapłaciła za wejście. Jednorazowe, oczywiście, bo jak ośmieszy się na amen, to przecież tutaj nie wróci????
Nie była (no może troszkę) m a s o c h i s t k ą.
Zagubiona weszła w głąb pomieszczenia, w którym dudniła muzyka - mieszała się z metalicznym stukotem maszyn i odgłosami ciężarów odkładanych na stojaki. W oddali od razu rzucił jej się w oczy wysoki… umięśniony blondyn. - Fuck me -
Położyła się na ławce, poprawiła barki, uniosła dłonie i złapała gryf tak, jak jej się wydawało, że było prawidłowo. Nadgarstki miała wygięte pod okropnym kątem, łokcie rozjechały się na boki, a stopy, zamiast stabilnie opierać się o podłogę, przesuwały się nerwowo po posadzce. Zdjęła sztangę ze stojaków. Iiiii bardzo szybko tego pożałowała. Ciężar zachwiał się nad jej klatką piersiową, raz w lewo, raz w prawo. Zacisnęła zęby, próbując opuścić go powoli, ale ruch wyszedł urwany. Metal jęknął cicho, jej ramiona zadrżały, a ona zamarła na sekundę, zdając sobie sprawę, że cholera… To metalowe badziewie zaraz ją udusi...
jakiś hot johnny bravo