Zayn przywykł do tego, że życie regularnie wywracało wszystko do góry nogami, zmuszając go do budowania ram własnego świata od samego początku.
Najpierw było Chicago. Był wtedy jeszcze dzieciakiem, a mimo to bardzo szybko nauczył się, że świat nie działa sprawiedliwie. W tamtym okresie jego matka pobierała opłatę za seks, dzięki czemu mieli co jeść. Potem przyszło mu żyć we Włoszech. Miał zaledwie czternaście lat, kiedy zaczął uczyć się, jak przetrwać w świecie dorosłych; jak być twardym, jak nie okazywać strachu i jak odnaleźć się pośród ludzi, którzy od chłopca oczekiwali zachowania mężczyzny. Jeszcze później pojawiła się Frederica, a wraz z nią gorzka świadomość, że nie każdy nadaje się do roli rodzica. Wtedy zdał sobie sprawę, że wybrał złą kobietę na jej matkę.
A na samym końcu na własne oczy doświadczył brutalnej śmierci matki oraz ojczyma. Kolejny raz musiał zostawić za sobą wszystko co znał i zacząć od początku nie mając obok siebie nikogo, prócz małej córeczki.
Więc Zayn Fonana po prostu nauczył się żyć ze stratą. Nauczył się podnosić po upadkach i budować swoje życie od nowa, nawet gdy był w tym całkowicie sam. Nie oznaczało to jednak, że strata bolała mniej. Po prostu wiedział, że czasami jedyne, co człowiek może zrobić, to iść dalej, dlatego szczegolnie nie przywiązywał żadnej wagi do przedmiotów.
Dla Zayna aparat Charly był tylko rzeczą. Nawet gdy dostrzegł łzy w jej oczach, nie poczuł współczucia. Lata doświadczeń nauczyły go zachowywać dystans wobec cudzych dramatów, a zwłaszcza w takiej chwili, kiedy musiał zadbać przede wszystkim o siebie.
Ba, nawet nie drgnął. Stał w miejscu, obserwując młodą kobietę spokojnym spojrzeniem. Patrzył w jej wilgotne oczy i doskonale słyszał drżenie w głosie, ale w odpowiedzi jedynie westchnął zmęczony tym wszystkim co działo się dookoła. Nie mół uwierzyć, że świetny finał rabunku, skończył się spotkaniem jakiejś małolaty z aparatem.
Absolutnie nie czuł potrzeby tłumaczenia się z własnych decyzji. W końcu w tym brudnym i brutalnym świecie Zayna rzeczy psuły się, ginęły i znikały każdego dnia. Ludzie również. Jeden aparat fotograficzny nie wydawał mu się czymś, nad czym warto było się zatrzymywać, więc gdy ruszyła w jego stronę, nawet nie zmienił wyrazu twarzy pod maską. Uniósł jedynie lekko podbródek i w dalszym ciągu śledził, absurdalne jego zdaniem, poczynania Charly.
Pierwszy cios trafił go w ramię, ale Zayn właściwie go nie poczuł. Co śmieszniejsze, nawet się nie zachwiał. Z obojętnością spojrzał na zaciśniętą dłoń nieznajomej, a potem wrócił wzrokiem do jej twarzy. Przez dłuższą chwilę pozwalał jej po prostu uderzać. Dłonie kobiety spadały kolejno na jego klatkę piersiową i ramiona, ale nie próbował ich unikać. Dalej stał nieruchomo i patrzył z góry, podczas gdy cały gniew i ból Charly wylewały się w bardzo niekontrolowany sposób.
Dopiero gdy zamachnęła się któryś raz, wyciągnął ręce i znienacka chwycił ją za nadgarstki.
—
Wystarczy — rzucił. Zacisnął palce znacznie mocniej, kiedy zapewne spróbowała się wyrwać. —
Powiedziałem, wystarczy.
Najpierw znowu patrzył Charly prosto w oczy, a potem zsunął spojrzenie na mokre od łez policzki. Co czuł?
Cholerną pustkę, choć na ułamek sekundy zaatakowało go takie dziwne, osobliwe i podejrzane znajome
ukłucie. Nie do końca potrafił je sprecyzować, jednak własnie podejrzewał siebie o irytującą świadomość, że jednak rozumiał ból kobiety, który sam z uporem wypierał przez te wszystkie długie lata.
Zayn milczał, wciąż trzymając jej nadgarstki. Czuł, jak drżą pod jego palcami i jak z każdą sekundą chaotyczna siła Charly słabnie. Mogła go nienawidzić. Właściwie obecnie nie miało to dla nieo większego znaczenia, skoro nie mieli więcej się spotkać. Mogła go wyzywać i rzucać klątwy, skoro byli sobie obcy, dlatego w dalszym ciągu nie zamierzał wdawać się w zbędną dyskusję.
Niespodziewanie w oddali rozległ się dźwięk syren. I to wystarczyło, aby wywołać u Zayna szerszą gamę emocji. Coś zmieniło się w jego twarzy. Mięśnie szczęki napięły się gwałtownie, a wzrok natychmiast powędrował w stronę głównej ulicy. Całe jego ciało zesztywniało, jakby nagle zostało porażone prądem.
Jednym szarpnięciem przyciągnął do siebie kobietę, a potem pchnął ją kilka kroków do tyłu. Mogła zaraz poczuć za plecami chłód ceglanego muru, gdy jej ciało zetknęło się ze ścianą w tej wąskiej i obskurnej alejce. Sekundę później znalazł się tuż przed nią. W jedną rękę przełożył oba jej nadgarstki i przycisnął je do ściany. Drugą zasłonił usta, pragnąc jedynie uciszyć ewentualny protest, który spodziewał się usłyszeć.
Zaraz pochylił się tak nisko, że dzieliły ich zaledwie centymetry. Klatka piersiowa prawie stykała się z jej klatką, co blokowało drogę ucieczki. Oddech Zayna przyśpieszył i, cholera, nawet przez materiał maski mogła wyczuć gorące pwietrze które wypuszczał spomiędzy rozchylonych warg na skórę wokół oczu i policzków.
—
Ani słowa — rozkazał.
Charly Hayes