Wraz z pierwszym dotknięciem powietrza i smagnięciem go o ścianki krtani Miles zaciągał w płuca sterylny, niemal duszący zapach świeżo umytego, szpitalnego holu; tę charakterystyczną nutę mieszających się ze sobą ostrych detergentów, które skutecznie dominowały przestrzeń i stanowiły prawie clue szpitalnego życia. Zaraz potem dało się czuć cudze obecności – te dotyczące pacjentów, lekarzy i reszty personelu – które nigdy nie gasnęły przed jego spojrzeniem. Roziskrzone czasem jak płomień, widoczny dla oka aż nazbyt wyraźnie, innym razem jak prawie niedostrzegalne iskry ukryte w różnych częściach budynku, sylwetki krzątały się na granicy wzroku Howarda, stanowiąc albo punkty jego zainteresowania, albo obiekty, które Miles świadomie ignorował, w zależności od tego, czy obcy ze szpitala był jego pacjentem, współpracownikiem, czy może nikim
Dziś wyjątkowo chylił się ku tej ostatniej opcji.
Od wielu godzin funkcjonował wyłącznie siłą rozpędu, a jego zautomatyzowane ruchy, choć perfekcyjne w formie, pozostawały płaskie, wydarte z emocji. Zmęczenie ciążyło mu coraz bardziej, odbierając chęć do rozmów i sprawiając, że obecność innych ludzi stawała się dla niego niczym więcej, jak kolejnym źródłem znużenia. Gdy dochodziła prawie północ, ciała przestały mieć dla niego wartość. Wręcz przewijały się dla niego natrętnie między korytarzami i za pomocą cieni oraz odgłosów kroków odbijały swoje nachalne piętno, a on po niemal pełnym, nieprzespanym dyżurze, obfitującym w nagłe przypadki, marzył tylko o jednym: o możliwości zaśnięcia, choćby w dyżurówce.
Tylko jedna osoba postawiona mu na drodze nie drażniła go:
Horacy Bell.
Choć Miles nie miał w zwyczaju przyglądać się swoim współpracownikom z szerszej perspektywy, stawiając na twarde granice pomiędzy pracą, a prywatnością, ten jeden wyjątek w postaci lekarza medycyny ratunkowej uparcie pozostawał na marginesach jego uwagi. Z czasem nakreślił sobie nawet jego portret w głowie z zadziwiającą dokładnością. Widział w nim człowieka, który orbitował wokół innych, ale nigdy pośród nich; Horacy pozostawał pod tym względem pionierem outsiderstwa; samotną gwiazdą, zawieszoną nieco poza wspólną konstelacją. A to właśnie czyniło ich...
sprawnymi sojusznikami w tym pełnym chaosu szpitalnym rozgardiaszu.
Bell nie żądał cudzej uwagi, rzadko kiedy odzywał się do ludzi, i dzięki temu można było powierzyć mu sekret bez obaw o to, że obiegnie on cały oddział, czy nawet budynek.
— Też jesteś dziś tak zmęczony? Ja dosłownie padam z nóg — mruknął w zmęczeniu tuż po przekroczeniu progu do ciasnego pokoju dyżurujących, dostrzegając znajomą sylwetkę lekarza, siedzącą na skraju jednego z łóżek. Nie wiedział tylko, czy Horacy dopiero co tu wszedł, czy właśnie planował wyjść.
— Przypomnij mi... za co lubimy gorące prysznice?
Odłożył kartę obchodu na półkę przy łóżku, zerkając na towarzysza. Miał nadzieję, że dzięki skierowanemu do niego pytaniu (oraz odpowiedzi) strąci z siebie piżmo maruderstwa i w zamian odnajdzie tej nocy iskrę nadziei na lepsze czasy. Takie w których uda mu się zasnąć lub chociaż wrócić do domu po pracy i wziąć wspomniany w pytaniu długi, odprężający prysznic.
Horacy Bell