four
sink into the wasteland underneath
Był spóźniony. Oczywiście, że był, lecz nie była to żadna z problematycznych sytuacji. Nie spieszył się. Nie gnał. Nie wyszedł z posiadłości o właściwym czasie, ponieważ właściwy czas, podobnie jak większość rzeczy, które ludzie nazywali właściwymi, był pojęciem wymyślonym dla tych, którzy musieli prosić innych o pozwolenie na własne istnienie. Raphael nie musiał. Chciał, aby wszyscy byli już na miejscu, aby kelnerzy zdążyli napełnić kieliszki, aby pierwsze uprzejmości zostały wypowiedziane, pierwsze żarty wyśmiane z obowiązku, pierwsze porcje jedzenia zjedzone, a przede wszystkim — aby atmosfera zdążyła osiąść na stole niczym cienka warstwa kurzu. Chciał wejść dopiero wtedy, kiedy osiemnaście osób przestanie oczekiwać jego obecności. Wtedy wejście nabierało właściwego znaczenia. Nie było już przybyciem. Było zakłóceniem.
Jego miejsce przy stole miało pozostać widocznie puste. Celowo. Jedno krzesło więcej, jedna serwetka rozłożona przed talerzem, kieliszek, którego nikt nie powinien dotykać. Brakujący element w kompozycji, który przez pierwsze pół godziny miał wywoływać pytania, później irytację, następnie rezygnację, a na końcu — ulgę. Raphael niemal widział ten proces, zanim jeszcze wysiadł z samochodu. Najpierw ktoś zapyta, czy „pan Valencourt” rzeczywiście przyjedzie. Tamara Kent odpowie, że oczywiście, przecież potwierdził. Sędzia Black wzruszy ramionami. Carpenter rzuci coś o tym, że ludzie z sektora finansowego mają własne poczucie czasu. Ktoś się zaśmieje. Potem temat zmieni się na coś bezpieczniejszego. I właśnie wtedy, kiedy napięcie zostanie uznane za nieistniejące, drzwi się otworzą.
Nie przyszedł tam jednak dla Blacka ani Carpentera, choć obaj znajdowali się na liście osób, które warto było obserwować. Nie przebył drogi dla profesorów, którzy z osobliwą gorliwością wycierali sobie usta własnymi tytułami, ani dla partnerów kancelarii, których garnitury kosztowały więcej, niż niektóre rodziny zarabiały przez rok, lecz których twarze zdradzały tę samą nerwową potrzebę podobania się ludziom posiadającym jeszcze większe pieniądze. Nie interesowali go przedstawiciele fundacji, nie interesowali go finansowi, którzy przyszli tutaj udawać, że filantropia była ich prywatną formą moralności, ani nawet sama fundacja — jedna z tych instytucji, których oficjalne statuty były nieskazitelne, a genealogia finansowania tak skomplikowana, że człowiek rozsądny przestawał pytać po trzecim poziomie powiązań. Dla Raphaela wystarczyło, że znał kilka nazwisk znajdujących się na samym końcu tej historii. Nazwiska, które nigdy nie pojawiały się w materiałach przeznaczonych dla ludzi siedzących przy tym stole.
Tej nocy miał tylko jeden cel. Pani prokurator we wdowim akcie.
Znał jej referencje. Wygrane sprawy. Przebieg kariery. Harvard. Kontakty. Dokumenty, które sporządzała i które ktoś uznał za warte zachowania. Wiedział również o jej miłości do wody, o tym szczególnym rodzaju przywiązania, jakie ludzie czasem rozwijali wobec rzeczy pozbawionych intencji — morza, jeziora, rzeki — być może dlatego, że woda niczego nie obiecywała, a mimo to zawsze pozostawała. Wiedział o jej małżeństwie. O śmierci męża. O studentce, której nazwisko pojawiało się w historii zaledwie przez chwilę, a jednak wystarczająco długo, aby zostawić po sobie pęknięcie. Nie znał jeszcze wszystkich odpowiedzi. Nie potrzebował ich. Odpowiedzi były przecież najtańszą częścią każdego dochodzenia. Znacznie ciekawsze były pytania, które człowiek zadawał sobie wtedy, kiedy sądził, że nikt go nie obserwował.
Josephine była jednym z takich pytań. Nie zamierzał jeszcze wykorzystywać Harvardu jako dźwigni. Byłoby to zbyt oczywiste. Dźwignie powinno się przechowywać, nie wymachiwać nimi przy pierwszym spotkaniu. Miał wszak czas i zamierzał się nim rozkoszować.
Kiedy wszedł do restauracji, czarna marynarka poruszyła się lekko przy każdym kroku. Nie była przesadnie dopasowana; miała tę niemal bezczelną prostotę rzeczy, których ceny nie musiały być komunikowane. Pod spodem miał cienki, czarny golf, który podkreślał smukłość sylwetki i wydłużał szyję. Czarne spodnie o ostrym kroju, skórzane buty bez widocznych ozdób, zegarek schowany pod mankietem. Żadnej krawatowej deklaracji, żadnego sygnetu wyłożonego na stół, żadnego logo, które mogłoby krzyczeć za niego. Czerń była wystarczająca. Pochłaniała światło, a przez to sprawiała, że wszystko wokół wydawało się odrobinę bledsze.
Także ludzie. Zwłaszcza ludzie.
Kilka głów odwróciło się niemal natychmiast. Tamara Kent zauważyła go pierwsza.
-
Oh, Valencourt![
Jej głos był zdecydowanie zbyt głośny. Raphael zatrzymał na niej spojrzenie i uśmiechnął się zaledwie jednym kącikiem ust. Nie dlatego, że była mu niemiła. Właśnie przeciwnie. Ludzie tacy jak Tamara byli użyteczni, ponieważ ich emocje miały bardzo słabe zamki.
-
Proszę nie wstawać - powiedział łagodnie, zbliżając się do stołu. -
Kalmary wyglądają zbyt dobrze, żeby ktoś miał je porzucać z mojego powodu.
Kilka osób się roześmiało. Black nie. Raphael zauważył pot na jego czole, zanim jeszcze dostrzegł wymuszony uśmiech. Twarz sędziego wydawała mu się teraz jeszcze bardziej ciężka niż na zdjęciach z sali sądowej. Nie była to kwestia wieku. Starzenie się samo w sobie nie interesowało Valencourta. Interesowało go raczej to, jak człowiek nosił swoje ciało, kiedy przestawał wierzyć, że potrafił kontrolować otoczenie.
-
Już baliśmy się, że się pan nie pojawi - powiedział Black, próbując ukryć zmieszanie i niezadowolenie.
-
Naprawdę?
-
Oczywiście.
-
To miłe.
Raphael pozwolił, by cisza trwała sekundę dłużej, niż wymagała tego uprzejmość. Jego głos, leniwy, acz przyjazny wybrzmiewał także lekką drwiną, niemal chłopięcą w swej frywolnej naturze. Od zawsze miał talent do mieszania dobrych manier z okrutnym sarkazmem.
Potem ruszył wzdłuż stołu. Dopiero wtedy ją zobaczył.
Josephine siedziała przy końcu stołu, dokładnie tam, gdzie wskazywała przygotowana wcześniej karteczka z nazwiskiem. Nie miała na sobie niczego, co domagałoby się uwagi, i właśnie dlatego zwróciła jego uwagę natychmiast. Zdjęcia były jednym, rzeczywistość drugim. Fotografie potrafiły uchwycić twarz, proporcje, włosy, linię szczęki, lecz nie potrafiły uchwycić tego, co człowiek robił z własnym milczeniem. Jasna, harmonijna uroda, która mogła sprawiać wrażenie łagodnej, dopóki nie zatrzymało się na niej wzroku wystarczająco długo. Wtedy pojawiało się coś jeszcze. Nie twardość. Raczej świadomość. Jakby piękno było dla niej faktem, którego nie uważała za szczególnie interesujący.
Raphael zwrócił uwagę na oczy. To one powiedziały mu więcej niż dokumenty. Była zmęczona. Nie w banalnym sensie. Nie chodziło o cienie pod oczami ani o ten rodzaj melancholii, który można było wyprodukować odpowiednim makijażem. Jej zmęczenie miało charakter człowieka, który od dawna żył z pytaniem, na które nie otrzymał odpowiedzi, i nauczył się już nie pytać o nią głośno.
To było interesujące, lecz Raphael minął ją bez zatrzymywania wzroku. Nie chciał, żeby zobaczyła, że została zauważona.
Usiadł. Dopiero wtedy pozwolił sobie spojrzeć na nią ponownie, stwierdzając, że wdowieństwo jej służyło. Ich oczy spotkały się. Trwało to krótko. Sekundę, może dwie, ale wystarczyło, aby poczuł fizyczną pewność, że ta kobieta nie należała do ludzi, których można było łatwo przesunąć po planszy. A to było irytujące. I dlatego, rzecz jasna, interesujące.
Kelner nalał mu wina. Raphael podziękował skinieniem głowy, lecz nie wypił. Przyglądał się Josephine ponad krawędzią kieliszka, zastanawiając się, ile z tego, co przeżyła; o co walczyła na sali sądowej, naprawdę brała za prawdę? Bo czym właściwie była prawda w świecie, w którym każda instytucja posiadała własną kancelarię, każdego człowieka można było opisać przez jego kontakty, a każde nieszczęście dało się sprowadzić do kilku neutralnych zdań w oficjalnym dokumencie?
Raphael znał odpowiedź. Prawda była tym, czego nie trzeba było już nikomu udowadniać. A Josephine, jak podejrzewał, jeszcze nie wiedziała, że właśnie zaczynał się wieczór, po którym jej własna prawda mogła stać się dla kogoś bardzo cenna.
What brings you to the lost and found, dear?
Won't you pull up a seat?
Everybody got a price 'round here to play
Make me an offer, what will it be?
what will it be?