ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Nie był złym człowiekiem. Był… skomplikowany.
O poranku czuł tę złożoność najsilniej.
Słońce, przesączające się przez ramę okna, w jasnej poświacie zamykało wtedy pewną stałość i prostotę tego miejsca. Powszechność poszczególnych elementów pokoju sypialnianego sprawiała, że własny temperament wydawał mu się przy tym groteskowy, wykrzywiony przez nawyki i spiętrzone w nim, natrętne myśli. Jakby pewne ich piętro, zbyt ciężkie i zbyt żelazne w swych poglądach, miażdżyło w nim fundament normalności.
Nie był złym człowiekiem z jeszcze jednego powodu: zanurzając dłonie w prozaiczności codziennych obowiązków — pomimo przekroju nie zawsze słusznych i niewinnych pragnień — działał z przeciwnie do tego bezpieczną intencją. Nigdy nie zrobił nikomu krzywdy (tak mu się przynajmniej wydawało). W przeważającej większości czasu, dla uproszczenia dnia, chciał być przecież zwyczajny, chciał być jak inni. Poza kontrowersjami, które zawierał w powieściach, w życiu pozostawał przykładnym obywatelem Toronto. Wtapiał się w otoczenie, jak nadworny nudziarz, i zupełnie tak się najczęściej zachowywał.
Nawet jego profil na portalu randkowym był do znudzenia t y p o w y.
Pierwsze zdjęcie? Selfie z uśmiechem. Drugie w domu bez koszulki. Trzecie na tle gór, zrobione przez przechodnia jeszcze przed wspinaczką. Kolejnych nawet nie pamiętał. A mimo tego świat wydawał się lubić tego typu powszechność, bo wciąż mówił mu między wierszami, że dowozi jakąś wartość, gdy karmił ich — ludzi z otoczenia — namiastką tego, co kryła głowa.
Czasem wystarczyło dobrze wyglądać lub czymś małym kogoś zaciekawić — nie potrzeba było przy tym dużo słów, by chcieć się spotkać. Dokładnie tę myśl wydawało się wyrażać dzisiejsze, umówione przez nich spotkanie. Wymienili ledwie kilka wiadomości między sobą, nim zdecydowali się spotkać w prestiżowym klubie golfowym o absurdalnie wręcz wczesnej porze.
Kiedy nogi po wstaniu posłusznie uniosły jego ciężar, stawiając go przed szafą w sypialni, przez chwilę jeszcze zastanawiał się, jaki ubiór byłby na tę okazję najodpowiedniejszy. Co mogło przyciągnąć wzrok, jednocześnie nie wskazując na akt desperacji z jego strony, którym się kierował?
Lennart Richardson był spragniony towarzystwa. Samotny.
Nie widział innego sposobu, by zalepić tę pustkę, niż spotkanie z kimś zupełnie mu o b c y m. Z kimś, kto na pierwszy rzut oka nie dostrzegał jego wad i kto był zwyczajnie… łatwy. Na tyle łatwy, by nie wymagał od niego wysiłku: ani w poznawaniu się, ani w budowaniu relacji, których mury zawsze stawiało mu się z pewną trudnością.
Może starał się za mało? Albo za dużo.
Miał problem z wyważeniem dobrych proporcji.
Po wyborze miejsca spotkania czuł się jednak pewnie. Pole golfowe miało wszystko, czego w przekonaniu Lennarta potrzebowali: dużą przestrzeń zewnętrzną, strefę restauracyjną, gdyby tylko zapragnęli w międzyczasie coś zjeść, a także pokój brydżowy i salon członkowski z klimatycznym kominkiem, który mógł im posłużyć za cichą strefę, z czego zresztą często korzystali biznesmeni, traktując kameralny wypoczynek i spotkanie biznesowe jako synchroniczną całość.
Lenny wyobrażał sobie wręcz, że budynki klubowe projektuje się specjalnie z myślą o zachowaniu pewnej p r y w a t n o ś c i, której sam dziś potrzebował. Której łaknął. I za którą byłby w stanie… zabić? Zdecydowanie nie, to było zbyt brutalne i bezcelowe nawet dla niego.
…stracić godność.

Już wcześniej, przy jeździe taksówką do miejsca docelowego, nim jeszcze zdążyli wyznaczyć kierunek ich wspólnej relacji, widział się oczami wyobraźni na kolanach. Nie dlatego, że na coś liczył w tym aspekcie, a z czystej potrzeby seksualizacji tegoż spotkania. Z chwilą jednak, gdy oczy Lenny’ego zbiegły się ze znajomą mu ze zdjęć sylwetką, docierając do oczu i twarzy przystojnego Nieznajomego, był już pewien, że pragnienie to szeptało mu nad uchem ciche, erotyczne wiersze.
Krok Lenny’ego tymczasem przeciął przestrzeń w salonie członkowskim, stając przed fotelem zajmowanym już przez, jak mu się wydawało, jego randkę.
Chris…? — upewnił się, samemu siadając naprzeciwko.
Dzielił ich tylko stolik. I tylko jedna myśl dzieliła go przed powiedzeniem czegoś niepokojącego:
Nie bądź dziwny.

christopher moore
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. George's Golf and Country Club”