Pierwszy miesiąc minął niebezpiecznie szybko — w zasadzie nim Aiden zdążył się obejrzeć, tak już spoglądał w kalendarz i przypominał sobie o ich pierwszej,
oficjalnej miesięcznicy. To co, że w teorii spotykali się od trzech miesięcy. Datę ustalili zdecydowanie później, więc nawet powinni nadrobić pominięte świętowanie. O’Cahallan nie był szczególnym romantykiem, a przynajmniej zawsze mu się tak wydawało. Poznając Vitę i tworząc z nią już coś o wiele bardziej poważnego, miał gdzieś wewnątrz siebie potrzebę, aby zaskakiwać ją drobnostkami i pamiętać o szczegółach, do których większość facetów nie przyznałaby się. Może to wszystko dlatego, że on nie był jak większość? Zwracał uwagę na
pierdoły, o których mu opowiadała, chłonął wszystkie informacje, nawet jeśli zdawało się, że nie słuchał albo robił to wybitnie nieuważnie. Mógł z małą dozą skromności powiedzieć, że chyba był całkiem dobrym chłopakiem — a przynajmniej jego dziewczyna dobrze okazywała to, spoglądając w niego zahipnotyzowanym spojrzeniem i będąc tak szczęśliwą. Naprawdę realnie widział różnicę między tym, jak zaczęli się spotykać na ich niby-randki, a teraz, gdy już kilka miesięcy żyli obok siebie. Dałby sobie rękę uciąć, że Holloway z dnia na dzień stawała się bardziej
beztroska.
Ich data nie-pierwszej miesięcznicy wypadała dość niefortunnie, bo w dzień, w którym odbywała się dla niego ważna rozprawa. Ważna i ciężka, nad którą siedział naprawdę wiele, analizował wszystko po kolei i prowadził długie burze mózgów ze swoim mentorem, żeby upewnić się, że to wygra. Z jednej strony nie lubił takich spraw, a z drugiej wiedział, że zrobi absolutnie wszystko, aby wrzucić gościa za kratki na możliwie najdłuższy okres. Dziadkowie wychowali i nauczyli go bezwzględnego szacunku do kobiet i respektowania ich granic — cholera, miał siostrę, która była jego oczkiem w głowie i teraz również dziewczynę, o którą dbał jak o swój najdroższy skarb. Skręcało go na myśl, że jakiś obrzydliwiec mógłby zachować się w podobny sposób właśnie wobec nich. Nie było takiej, kurwa, opcji.
Dlatego tak strasznie denerwował się, gdy Vita tak uparcie próbowała postawić na swoim, aby odwiedzić go w pracy i ze wszystkich możliwych dni oraz rozpraw, uparła się na tę. Potrafił zrozumieć to, ponieważ widziała, jak długo nad nią ślęczał. Rozumiał, że chciała być kochana i wspierać go w ciężkim dniu, ale nie teraz, nie z tym zbrodniarzem. Nie chciał, aby była chociażby w zasięgu jego wzroku i mogłaby stać się jego łatwym kąskiem, gdyby Aidenowi poślizgnęła się noga i przypadkiem nie wpierdzieliłby go za kratki. Wtedy musiałby ją wywieźć z Toronto — nie pozwoliłby jej chodzić tak beztrosko po ulicach, kiedy była narażona.
Ubrany w togę wszedł jako pierwszy na salę, zaraz za nim prokurator i oskarżony. Ofiara weszła chwilę później, przywitał się z dziewczyną i wiedział, że obawiała się tej konfrontacji; był przekonany, że aż drżała ze strachu przed mężczyzną siedzącym naprzeciwko nich. Uspokoił ją słowami, że nie groziło jej tutaj żadne niebezpieczeństwo i ledwo skończył zdanie, a musieli wstać — Sędzia wchodził na salę.
Pora rozpocząć zabawę.
Nie spoglądał na widownię i nie przyglądał się, kto na niej siedział — mało go to interesowało, chyba że potrzebował to do wyższych celów i wygłaszał poruszającą mowę, aby pobudzić serca nie tylko ławy przysięgłych, ale również osób postronnych. Był dobrym mówcą i w gruncie rzeczy również dobrym manipulatorem, chociaż rzadko kiedy pokazywał tę swoją broń. Podejrzewał, że jednak dzisiaj będzie musiał przyaktorzyć. Cała rozprawa wymagała od niego takiego wysiłku i podczas przesłuchiwania świadków, i podczas zadawania pytań własnej klientce, bo wiedział, że Cosgrove miał tendencje do sugestii, które wprowadzały ofiary w zakłopotanie. Kilka razy musiał zgłosić sprzeciw, czasami sąd hamował prokuratora, a Aiden miał naprawdę dość. Spojrzał na Knoxa w momencie, kiedy pod koniec sprawy utkwił wzrok w tłumie. Podążył za jego spojrzeniem i wtedy dostrzegł ją.
Vitę, jego kochaną dziewczynę, którą teraz miał ochotę zamordować. Średnio te myśli wypadały na tle sprawy, w której teraz uczestniczył, ale dziewczyna musiała wyczuć jego spojrzenie na sobie i zaraz nawiązali kontakt wzrokowy. Jego twarz zdecydowanie miała napisy i gdy tylko przeniósł wzrok z powrotem na Knoxa, ten z uśmiechem przeskakiwał między nimi spojrzeniem.
Kurwa.
Sprawa się skończyła. Bez wyroku, ale Aiden wiedział już od początku, że będzie to jedno z kilku jakże przyjemnych spotkań. Sędzia wyszedł, zaraz jako pierwszego wyprowadzono oskarżonego i adwokat widział, że patrzył się w kierunku Vitki. O’Cahallan zacisnął mocno szczękę, wymieniając kilka zdań ze swoją klientką i umówił się z nią na jutro do biura, aby omówić dzisiejszą sprawę. Wszyscy poszli przodem, Vita też musiała już wyjść przed salę, więc zgarnął akta i wszystkie papiery, wychodząc na korytarz, gdzie dojrzał dziewczynę, która uśmiechała się do niego. Cieszył się, że ją widział, ale… nie było mu do śmiechu. Podszedł do niej w kilku długich krokach, chwytając ją za nadgarstek — nie mocno, ale stanowczo, specjalnie nie splatając ich palców razem. Wszedł do pomieszczenia, które było jakimś pustym gabinetem i zamknął za nimi drzwi.
— Czy możesz mi wyjaśnić, co ty tu do cholery jasnej robisz? — zapytał, siląc się na najspokojniejszy ton głosu. Nie chciał krzyczeć, mało kiedy to robił, bo nie czuł potrzeby, ale teraz był potężnie zirytowany.
— Czego nie zrozumiałaś w zdaniu, nie przychodź na moją rozprawę? — dodał po chwili, zaplatając ręce na piersi i patrząc na nią wyczekująco. Wiedział, a przynajmniej spodziewał się, jaka będzie odpowiedź — dzisiaj jest ich rocznica, chciała go wesprzeć, ale Aiden zastanawiał się, czy miała świadomość, jak ważna to była sprawa. I jeszcze Knox spoglądający w jej kierunku…
…Jezu Chryste.
troublemaker