ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
184 cm
former legend at Aurora GP
Awatar użytkownika
I'm a motherf*ckin' starboy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracji3 os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

2
Może to jego arogancja, ale jest spokojny, gdy podjeżdża pod komendę policji. Wezwanie wprawdzie niespodziewane, ale wydaje się niegroźne. Ot – ostatnia rozmowa przed rozprawą, która pozwoli pani sierżant dopiąć sprawy, a jemu – przypieczętować przekonanie, że ma to w kieszeni. Przecież nie jest potworem; wszystko wydarzyło się dokładnie dlatego, że jest człowiekiem. Zła fama mogła negatywnie wpłynąć na przebieg procesu, ale MJ przecież nie ma nic do ukrycia, a detektyw przydzielona do jego sprawy musi doskonale zdawać sobie z tego sprawę – nawet jeśli nie może powiedzieć mu tego wprost.

Dlatego nie stresuje się. Wita uprzejmie pracownice recepcji, które nadal udają, że nie mają pojęcia, kim jest Murphy. Uśmiecha się do nich mimo piorunujących spojrzeń. Przyzwyczaił się. Nawet przed wypadkiem ciągnął się za nim przecież wizerunek Wreckwella, miał na to czas. Nie przełamuje przyjaznej maski nawet na moment; sprzyja mu humor.

W dni takie jak ten czyli kiedy urojenia władają jego wyobraźnią wręcz nie może się doczekać procesu, który przecież w y g r a. Wkrótce oczyści swoje imię, wróci na swoje prawowite miejsce w zespole, na tor, do łask.
Zobaczy swoją córkę.
Wszystko wróci do normy.

Jest o tym tak cholernie przekonany...

Drzwi windy prawie zamykają mu się przed nosem, ale zdąża zatrzymać je niemal mojżeszowym gestem dłoni. Wkracza do niej, jakby władał tymi czterema metrami kwadratowymi. Ściąga okulary przeciwsłoneczne, by przewiesić je przez kołnierzyk koszulki polo, a widząc z daleka burzę loków pani sierżant, ponownie wyciąga władczo dłoń, by zatrzymać drzwi windy, która tym razem dzwoni na niego ostrzegawczo, jakby była w stanie wykryć jego arogancję.
Wita Gonzalez uprzejmym skinieniem głowy, którą zaraz przekręca lekko, obserwując, jak ta wybiera na panelu inne piętro.

Nasze spotkanie jest na drugim — postanawia ją poinformować, jakby znacznie lepiej wiedział, gdzie zmierza Beatriz. Bo przecież zmierza na przesłuchanie, prawda? W końcu od początku prowadziła jego sprawę, która musiała być jedną z ważniejszych rzeczy, którymi zajmowała się pani sierżant. — Czy coś przegapiłem? — dopytuje na wszelki wypadek. Nie dlatego, że uważa, że się pomylił – przypomina sobie za to, że arogancja nie wygrywa przychylności strażników prawa ani sądowych spraw.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003.
Murphy J. Rockwell


Może właśnie tego najbardziej nie znosiła w tej sytuacji. Tego, że wszystko wokół niej nadal wyglądało dokładnie tak samo. Komenda działała swoim zwyczajnym rytmem – telefony dzwoniły, ktoś przemierzał korytarz z kubkiem kawy, drzwi kolejnych biur otwierały się i zamykały, a gdzieś w oddali czyjś śmiech przebił się przez gwar rozmów. Tylko Beatriz od dwóch tygodni znajdowała się jakby obok tego wszystkiego. Zamiast spraw, przesłuchań i pracy, którą wykonywała przez lata, dostała archiwum. Kartony, stare akta, kurz i dokumenty, które dawno przestały obchodzić kogokolwiek poza tymi, którzy mieli pilnować ich formalnego przechowywania.
Nie była zawieszona. Nie została zdegradowana. Oficjalnie nadal była sierżantem, ale jednocześnie odebrano jej wszystko, co sprawiało, że ten stopień miał znaczenie. Nie mogli jej go zabrać bez mocnych dowodów, więc znaleźli wygodniejsze rozwiązanie – zostawić odznakę i stanowisko, a jednocześnie odsunąć ją od bieżących spraw. Nie ufali jej na tyle, żeby pozwolić jej normalnie pracować, ale nie mieli też wystarczająco dużo, by zrobić z niej oficjalnie podejrzaną. Ta zawieszona gdzieś pomiędzy pozycja była chyba bardziej upokarzająca niż jakakolwiek formalna kara.
Daniel był tego powodem. Człowiek, z którym zaczynała karierę w Mississauga. Partner, którego znała przez lata, którego sposób działania potrafiła przewidzieć niemal bez słów i z którym pracowała ramię w ramię przez większą część swojego zawodowego życia. A przynajmniej tak jej się wydawało. Kiedy dwa lata temu wyszło na jaw, czym naprawdę się zajmował i z kim utrzymywał kontakty, wszystko, co wcześniej wyglądało na zwykłą zawodową relację, zaczęto oglądać z zupełnie innej perspektywy. Nagle długoletnia współpraca przestała świadczyć o zaufaniu i doświadczeniu, a zaczęła wyglądać jak potencjalny dowód na to, że musiała coś wiedzieć.
Nie wiedziała. Nigdy nie wiedziała nic o jego kontaktach z półświatkiem, o tym, co robił poza pracą ani jak głęboko sięgało jego drugie życie. Mogła powiedzieć to sto razy i za każdym razem prawda pozostawała równie prosta. Problem polegał na tym, że ludzie nie zawsze chcieli wierzyć w niewiedzę, kiedy łatwiej było założyć, że ktoś po prostu kłamie. Daniel wyszedł na warunkowe i zniknął. Od dwóch tygodni go szukali, a ponieważ najwyraźniej uznano, że jednym z miejsc, w których może się pojawić, będzie właśnie Beatriz, zaczęli obserwować również ją. Nie musiała długo się zastanawiać, żeby zauważyć samochody pojawiające się zbyt często, twarze mijane zbyt regularnie i tę ledwie wyczuwalną zmianę w zachowaniu ludzi z komendy. Nikt nie musiał jej tego wyjaśniać. Zbyt długo pracowała w policji.
Dlatego kiedy zobaczyła Murphy’ego, nie poczuła zdziwienia. Raczej krótkie napięcie, które pojawiło się pod skórą, zanim zdążyła nadać mu nazwę. Szedł w stronę windy z tą charakterystyczną swobodą człowieka, który nie czuje, że wchodzi do miejsca, gdzie jego przyszłość może zależeć od kilku zdań. Nie rozglądał się nerwowo, nie sprawiał wrażenia spiętego. Był spokojny. Zbyt spokojny, jak na kogoś, kto za chwilę miał rozmawiać w sprawie własnego procesu. Wyglądał raczej jak człowiek, który przyszedł zamknąć ostatnią formalność przed powrotem do normalności.
Drzwi windy zaczęły się zamykać, kiedy Murphy był jeszcze kilka kroków dalej. Przyspieszył i w ostatniej chwili wsunął dłoń pomiędzy metalowe skrzydła. Mechanizm cofnął drzwi z krótkim sykiem. Wszedł do środka, a Beatriz przesunęła się odrobinę, robiąc mu miejsce. Nie potrzebowała rozmowy. W tej chwili wystarczała jej świadomość jego obecności gdzieś obok.
Stanęła przy panelu i nacisnęła przycisk drugiego piętra. Potem oparła się lekko o ścianę i spojrzała przed siebie, na własne odbicie w metalowej powierzchni drzwi. Mundur leżał na niej tak samo jak zawsze. Włosy były spięte. Odznaka znajdowała się dokładnie tam, gdzie powinna. Z zewnątrz nic się nie zmieniło. To było chyba najbardziej absurdalne. Mogli odebrać jej sprawy, mogli posadzić ją w archiwum, mogli wysyłać za nią ludzi i doszukiwać się znaczenia w najdrobniejszym geście, a mimo wszystko nadal wyglądała jak ta sama kobieta, która jeszcze niedawno miała pełne biurko akt i ludzi przychodzących do niej po decyzje.
– Niczego nie przegapiłeś.
Wypowiedziała to spokojnie, niemal bezbarwnie. Odpowiedź była prosta. Drugie piętro. Wszystko się zgadzało. Tyle tylko, że przez ostatnie tygodnie Beatriz coraz częściej miała wrażenie, że to ona jest tą osobą, która przegapiła coś ważnego. Nie w pracy. Nie w sprawie. W człowieku, którego znała i z którym pracowała przez lata.
Winda ruszyła. Przez kilka sekund słychać było tylko cichy szum mechanizmu i ledwie wyczuwalne drżenie podłogi. Potem wszystko wydarzyło się naraz. Kabiną gwałtownie szarpnęło, światło zamigotało, a metal pod stopami zatrząsł się z głuchym, nieprzyjemnym zgrzytem. Beatriz odruchowo chwyciła poręcz.
– Co jest, kurwa…
Słowa wyrwały się z niej, zanim zdążyła je zatrzymać. Zaraz potem zapadła cisza. Kabina nie poruszała się już ani w górę, ani w dół. Drzwi pozostały zamknięte. Nacisnęła przycisk otwierania. Nic. Spróbowała ponownie, mocniej, jakby sam nacisk mógł zmusić mechanizm do współpracy. Bez efektu.
Dopiero wtedy poczuła, jak nieprzyjemnie ciasne stało się wnętrze windy. Jeszcze chwilę wcześniej była tylko przejściowym miejscem między jednym piętrem a drugim. Teraz miała metalowe ściany z każdej strony i świadomość, że nie może po prostu wysiąść. Nie mogła skrócić tej chwili, przerwać jej ani zdecydować, kiedy się skończy. Mogła tylko czekać.
A czekania ostatnio miała zdecydowanie za dużo.
Nacisnęła alarm, potem interkom. Odgłos zgłoszenia zabrzmiał zaskakująco głośno w zamkniętej kabinie. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał. Beatriz stała wyprostowana, nieruchoma, z dłonią nadal opartą o panel. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że zaciska palce zbyt mocno. Rozluźniła je.
Daniel zniknął. Ludzie, którym ufała, zaczęli jej się przyglądać. Sprawy zostały jej odebrane, choć nikt nie powiedział wprost, że jej nie ufają. Została zepchnięta do archiwum i jednocześnie postawiona w sytuacji, w której każdy jej ruch mógł zostać uznany za dowód na coś, czego nie zrobiła. A teraz jeszcze utknęła w windzie z człowiekiem, który jest zbyt uważny i bez wątpienia zacznie zadawać niewygodne pytania.
A teraz nawet winda postanowiła odebrać jej resztkę złudzenia, że przynajmniej przez kilka minut będzie mogła decydować o tym, co dzieje się wokół niej.
Spojrzała na Murphy’ego dopiero po dłuższej chwili. Nie potrzebowała długo, żeby ponownie wrócić do tego automatycznego, zawodowego sposobu obserwowania. Zauważała rzeczy, których wcześniej być może nawet nie rejestrowała, jak ułożenie dłoni, sposób, w jaki stał, kierunek spojrzenia. Nie szukała potwierdzenia żadnej teorii. Po Danielu nauczyła się po prostu patrzeć uważniej.
To było wszystko.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”