ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
176 cm
zajmuję się pogrzebami, po godzinach rozkładam karty
Awatar użytkownika
in these promises broken
deep below
each word gets
lost in the echo
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwszystkie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

jeden
like an army falling one by one by one
Pewne słowa nigdy nie chodziły ze sobą w zgodnej parze, a już na pewno nie wyglądały jak coś, co można było osiągnąć. Jak na przykład: "spokojny wieczór". I to nie tak, że Ezra na to w jakiś sposób narzekał, ależ skąd! Wolał ten chaos związany ze współlokatorami, który urozmaicał mu życie od porządku i ułożenia w domu, w którym nie było za bardzo miejsca na wulkany energii, mniejsze czy większe dramaty, czy nawet coś tak prostego, jak dialog, bo jednostronnego monologu nie mógł przecież nazwać rozmową. Tutaj te ich konwersacje były codziennością; pokusiłby się nawet o określenie, że koniecznością, ale tak to już jest, kiedy łączyły się trzy różne charaktery i starały się żyć w balansie, a nie dominować jedno nad drugim. I było w tym piękno, które, miał taką nadzieję, nigdy nie zniknie. Bo brakowałoby mu tych łapań myszy, przykrywania Archiego kocem, kiedy ten znowu zasnął na kanapie, czy wysłuchiwania o tym, jakie mangi ostatnio przeczytała Tally i jak bardzo jest niezadowolona z ich fabuły. Stało się to jego codziennością, od której ciężko byłoby mu się teraz oderwać.
Nawet kiedy czasami prosta prośba o wejście po trzy składniki zamieniała się w pełen koszyk zakupów, z którymi będzie musiał coś zrobić, bo szkoda, zeby zaraz to wszystko się popsuło. Był w trakcie gotowania; cicho wtórował wokalom do in my remains, a zdjęcie w konwersacji skutecznie wybiło go z rytmu. Początkowo nawet nie wiedział, jak zareagować. Przybliżył kilka razy na produkty, które były w wózku, jakby chciał się upewnić, że nie będzie musiał sam się jeszcze zawracać, a potem tylko skręcił moc kuchenki, złapał za klucze i buty ubrał w chodzie, rzucając jeszcze gdzieś w korytarz, że "zaraz będzie". Szybkie wyjście po odbiór Thalii z torbami, a potem szybki powrót do obiadu, zanim szlag to wszystko trafi. I nie pytał dziewczyny, czemu tyle nabrała, ani czy będzie w stanie coś nieść sama. Zostawił ją może z paczką jakichś chipsów (może był to popcorn, czy inne tortille?) i kwiatami, a samemu zabrał się za całą resztę, w miarę równo rozkładając ciężar pomiędzy obydwie ręce. I pozwolił sobie tylko słuchać o jej dniu, samemu tylko kiwając głową, czy pomrukując proste "mhm" na znak, że słuchał. Zawsze słuchał, rzadziej mówił. A teraz nawet nie wyglądał, jakby zatracił się w myślach, co przecież też często miał w zwyczaju.
- To "Mumia", czy zdecydowałaś na coś innego? - odezwał się dopiero pod drzwiami, gdzie odłożył na moment torby z jednej ręki, żeby sięgnąć po klucze i otworzyć dom. Wolał się upewnić, czy cokolwiek się nie zmieniło. Film był dostępny najpewniej na jednym ze streamingów, na które się zrzucali, a nie wiedział nawet, czy pomysł B, C czy Z będą w pakiecie. Przepuścił ją przodem, żeby zaraz pójść za nią, zamknąć drzwi i skręcić do kuchni, zaraz po skopaniu butów ze stóp. - Robię chilli, bo za oknem powoli robi się chilly - tu chciał tylko uprzedzić potencjalne pytania o zapach, czy też to, kiedy to wszystko będzie gotowe. Niedługo, brakowało mu pomidorów i wykończył sól, a jak już teraz wszystko miał, to wrócił do pracy. Zakupy też już były na swoim miejscu; w torbach zostało to, co nie miało miejsca w kuchni. - Za jakieś dwadzieścia minut będziemy jeść - przez moment się zastanowił, czy mówił to bardziej do siebie, czy do przyjaciół. Nie zapytał, czy są głodni, ani czy cokolwiek jedli. Trochę jakby stawiał ich przed faktem dokonanym i liczył, że nie będą narzekać. Ale czy było na co? Z jego telefonu na blacie leciało już roads untraveled, przyciszone, żeby słyszał, czy i co się do niego mówi. Nawet nie pamiętał, czy mieli dzisiaj wolne; z odruchu wstawił więcej, żeby ewentualnie mieli co do pracy barmańskiej zabrać. Ewentualnie będzie na jutro, a to też nie było złe.

księżniczka i śniący królewicz
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mordeczko
byle nie ai no i oddzielaj postać od autora, raczej się dogadamy
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

to be free baby,
free within yourself


Dobra, żeby to było jasne. Jasne jak słońce...mkay? Ekhm... No to ten. Rosenhall bardzo szybko, mieszkając z tymi dwoma wariatami, przekonała się, że naprawdę mogła czuć się bezpiecznie i komfortowo w towarzystwie mężczyzn, którzy stali się dla niej dosłownym safe space. Mogła się w nich wtulać. Wpakowywać im do łóżka, oczywiście w ten kulturalny sposób. Wparowywać do łazienki, kiedy któryś sikał, bo akurat przypomniało jej się, że zapomniała wygłosić na głos swojej pełnej recenzji ostatniej mangi, która ostatecznie okazała się totalnym chłamem i stratą czasu. Albo raz po raz przypadkiem wparować do ich pokojów, kiedy coś tam działo się pod kołderką...

Nie oceniała, dobra?

Naturalne rzeczy. Jej też już raz zdarzyło się, że była akurat po zrobieniu sobie dobrze, ten teges, finfarara, kiedy nagle Ezra wparował do pokoju, oznajmiając, że miała zajebistą żarówkę-lampkę do czytania. Problem w tym, że ta lampka była niczym innym jak słodko wyglądającym wibratorem. Ale nieważne. Miała tylko nadzieję, że jej wykrzywiona twarz i uniesione brwi dały mu do zrozumienia, żeby może nie zachwycał się nim aż tak bardzo. Chociaż chyba najbardziej wymowne było to, jak szybko wyrwała mu go z ręki. No albo ten moment, kiedy Archibald wparował jej do pokoju akurat wtedy, gdy próbowała zapiąć stanik. Cóż. Przynajmniej ją wyręczył i pomógł.. Ale dobra. PRZECHODZĄC DO SEDNA.

BYLI NICZYM TRZEJ MUSZKIETEROWIE.

I mogła na nich liczyć. Może nie dzieliła się jeszcze z nimi swoją traumą ani prawdziwym powodem, dla którego wróciła do Toronto, ale na to przyjdzie pora, co nie? Kiedyś się otworzy. Wiedziała jednak, że pierwszą osobą, która pozna całą historię w szczegółach, będzie nikt inny jak Albert.. whatever, that's enough about him. Teraz Thalia była zdecydowanie bardziej przejęta tym, że Izzi poprosił ją o kupienie kilku produktów, a ona, podekscytowana faktem, że W KOŃCU mogła wykorzystać swoje kupony ze zniżkami, pojechała trochę za mocno po bandzie.

Czekając przed marketem, uśmiechnęła się szeroko, kiedy tylko zobaczyła przyjaciela. - MÓJ RYCERZUUUUUUU! - rzuciła radośnie, od razu wciskając mu większość toreb. No bo halo. Była jego księżniczką, co nieeeeeee? Wink, wink. Kiedy weszli do domu, od razu ściągnęła buty. - Taaak, oglądamy. Trzeba świerszczybalda trochę doedukować, bo jeszcze będzie nam siarę robił - rzuciła, wsuwając domowe obuwie. Podeszła do kuchni, żeby odłożyć torby na blat, po czym parsknęła śmiechem na komentarz Ezry. - Woooaahhh, co to za dad joke? - prychnęła pod nosem. - Zajebiście. Umieram z głodu. Ty też, Archie, co nieeeeee? - Podbiegła do niego i przytuliła go z boku. - Przyznaj się, że tęsknisz za tym, że już z tobą nie śpię, odkąd myszki eksmitowano. - Zerknęła na niego z dołu z szerokim uśmiechem, po czym niemal od razu odbiła znowu w stronę Izziego i usiadła na stołku przy kuchennym blacie. - Izzi, lubię patrzeć, jak gotujesz. Wyglądasz wtedy, jakby kierował tobą ten szczurek z Ratatouille. Słodko. - Uśmiechnęła się, opierając ramiona o blat i układając twarz na dłoniach. - Cho, Archie, oglądamy! - dodała z rozbawieniem. I no... odetchnęła z ulgą... bo z nikim innym nie chciałaby spędzać takiej HOAHOAHOA weather niż właśnie z nimi.

świerszczybald kuchcik księżunio
ODPOWIEDZ

Wróć do „#7”