ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
I’m drawn to you even when I know I shouldn’t be.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

#
One.
He found the chestnut man where the leaves had hidden everything else.

Wrzesień przywitał Toronto chłodem, mglistymi porankami ograniczającymi widoczność, opadami deszczu i spadającymi z drzew liśćmi. Życie toczyło się swoim rytmem, pory roku przychodziły, mijały... Zmieniały się jak ludzie, po latach znajomości nagle stający się sobie obcy. Niektórym być może sprawiłoby to przykrość — w końcu niektórzy przykładali uwagę do więzi i relacji. Pielęgnowali je jak kwiaty i robiło im się smutno, gdy te zaczynały więdnąć z tylko sobie znanej przyczyny. Z jesienią było podobnie — przynosiła cykliczne zmiany, zmuszając drzewa do pozbywania się wielobarwnej ozdoby. Ta, wirując na wietrze, opadała później na głowy i chodniki, tworząc ten niepowtarzalny klimat, za który kochano tę porę roku. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Po wyjściu z domu ciemnowłosego mężczyznę spotkała ściana deszczu. Gdy otwierał drzwi, na zewnątrz było ponuro, ale nic nie padało. Po kilku metrach zaczęło kropić. Po przejściu kolejnych przyszedł rzęsisty deszcz. Zignorował pierwsze oznaki załamania pogodowego. Uparcie szedł przed siebie, przymykając oczy, bo krople zacinały nieprzyjemnie, ograniczając widoczność. Zrezygnował z tego pomysłu, gdy poczuł na swoich włosach, że te zbyt mocno przesiąkały deszczem, a w pewnym momencie po prostu zaczęła spływać z nich woda. Ubrania także stały się nieprzyjemne. Lepiły się do ciała, wprawiając bruneta w dyskomfort i zaczęły uwierać, wywołując irytację.
Zatrzymał się na najbliższym przystanku autobusowym — miejsce postojowe znajdowało się naprzeciw parku, przez który musiał się przedrzeć, żeby dostać się do pracy. Samochód, którym jeździł, postanowił się ostatnio zbuntować. Stał trzeci dzień w garażu mechanika, czekając na swoją kolej. Riven odnosił wrażenie, że czymkolwiek było to, co nad nim zawisło, nie należało do zbyt przyjaznych. Wątpił w fatum czy przeznaczenie, podważał istnienie karmy, traktując ją jak dodatek do życia dla zbyt przesądnych osób. Traktował ostatnie sytuacje jak coś, czego nie mógł uniknąć. Nie miał wpływu na pecha. Musiał pogodzić się z tym, że życie nigdy nie było mu zbyt przychylne, więc i tym razem nie zaskoczyło niczym pozytywnym. Świat naprawdę go testował. Wystawiał na próbę jego cierpliwość i opanowanie. Wiedział, że zmiany, które na przełomie lat zaszły w jego osobowości przyszły wraz z czasem. Przestał się irytować i działać impulsywnie. Emocjonalność — jak zdążył się przekonać, będąc w Nowym Orleanie — przynosiła więcej szkód niż spokój. Niekontrolowany wybuchy gniewu, nieumiejętne radzenie sobie z uczuciami, brak wyczucia w mowie, mylenie szczerości z podłością. Przerabiał tego dużo. Aż za dużo. Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji było zachowanie spokoju.

Nawet jeśli deszcz nie przestawał padać, a on unosił wzrok w stronę nieba, przeklinając w myślach pogodę, wyjście spod zadaszonego przystanku autobusowego byłoby głupotą. Nie potrzebował kolejnych mililitrów wody lepiących się do ciała. Skórzana kurtka narzucona na ramiona i plecy osłoniła te zakryte części ciała. Lubił skórzane ciuchy. Nie tylko dobrze wyglądały, ale i nie zatrzymywały nadmiaru wilgoci — w sumie deszcz po prostu po nich spływał. Gorzej ze spodniami i materiałową bluzą. Westchnął ciężko, przeczesując palcami przydługą grzywkę i włosy, które mimo tego, że na chwilę zostały zaczesane do tyłu, zaraz wróciły na swoją poprzednią pozycję. Krople deszczu połyskiwały w kruczej czerni, wyraźnie się od niej odcinając, jakby były jedyną jasną rzeczą w jego życiu — w dodatku niewybraną z własnej woli.

Przylgnął ramieniem do przeszklonej ściany, niedbale podpierając bok głowy na uniesionej ręce. Ciężar ciała przeniósł na jedną nogę, drugą wysuwając luźno przed siebie, jakby nawet stanie w miejscu wymagało od niego jak najmniej wysiłku. Przymknął oczy, stukając palcami o szybę w leniwym, pozbawionym rytmu takcie. Po drugiej stronie szyby mała dziewczynka kręciła się pod rozłożystym kasztanowcem, zbierając z mokrej trawy lśniące od deszczu kasztany. Deszcz jej nie przerażał. Miała na sobie żółty płaszczyk przeciwdeszczowy, kalosze i tą fascynującą, dziecięcą radość z życia. Najwidoczniej wiodło jej się dobrze. On w jej wieku nie był zainteresowany szukaniem kasztanów. Był zbyt zajęty spuszczaniem narkotyków w kiblu, żeby matka nie mogła się tego wieczora naćpać. Dziecko zbierające kasztany, huh. Ot, kolejny obrazek, który na kilka sekund oderwał go od monotonii czekania.

The rain fell softly over everything they had destroyed.

Uwagę Rivena przykuło coś innego — palce chłopaka momentalnie zastygły na szybie, gdy w zasięgu jego wzroku pojawiła się kobieca sylwetka. Sądząc po wyrazie jej twarzy, podobnie jak on, próbowała na szybko schronić się przed deszczem. Dziewczynkę zbierającą kasztany zignorował dużo szybciej. Tym razem nie zamierzał ignorować obecności kobiety, której świadomie zniszczył samoocenę. Wiedział, że to, co robił, było złe. Zrozumiał dopiero po czasie, lecz prawda była taka, że gdy tylko ją zobaczył.... Mimowolnie przyłapał się na tym bezczelnym ocenianiu jej figury. Przesunął bezczelnie wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się na poszczególnych fragmentach tak, jakby oceniał coś, co już kiedyś znał aż nazbyt dobrze. Uniósł lekko brew, przekrzywił głowę i spojrzał na nią spod przymrużonych powiek. Chłodno, z ukosa, cholernie śmiało. Zaledwie dwa dni temu do niej pisał, a teraz stała nieopodal niego, manifestując się jak jakaś cholerna zjawa, która miała przypomnieć mu o przeszłości.
Tuż obok niego leżało kilka bardzo ładnych kasztanów, lecz nie zwrócił na nie od razu uwagi. Podobnie jak na spojrzenie dziecka, które ewidentnie chciało do niego podejść i poprosić, żeby się przesunął, bo chciało zebrać jesienne skarby. Nie ośmieliła się tego zrobić. Zamiast tego podeszła do kobiety — najwidoczniej Thalia wzbudziła w niej większe zaufanie, niż facet stojący na przystanku z miną tak grobową, jakby właśnie przyszedł na pogrzeb.
— Umm przepraszam? Mogłaby pani powiedzieć temu panu... żeby się przesunął? Bo ja się wstydzę. A tam są ładne kasztany — zaczęła nieśmiało, zatrzymując się przed Thalią z dłońmi splecionymi na brzuchu. W rękach trzymała koszyczek wypełniony kasztanami.

Riven dopiero po usłyszeniu słów dziecka, zwrócił uwagę na te nieszczęsne kasztany, których najwidoczniej potrzebowało. Spojrzał na nie, owszem i nawet po jednego sięgnął. Podniósł go z chodnika, oglądając przez chwilę okrągłą znajdźkę. Kasztan jak kasztan. Jego zdaniem wszystkie wyglądały tak samo — może był po prostu ograniczony? Tak czy inaczej, nie zamierzał się odsuwać.
Czekał, zerkając na kobietę spod uniesionych brwi.

Thalia

Odznaki do zdobycia — Tissues and autumn issues & Chestnut season
ODPOWIEDZ

Wróć do „York Mills Valley Park”