Naprawdę nie trudno było nie zauważyć bojowego nastawienia kobiety, dlatego słysząc jej opryskliwą uwagę, Zoya postanowiła nie ciągnąć tematu. Właściwie, sądząc po opisie Luciena, wyobrażała sobie panią Spencer trochę inaczej, więc z każdą kolejną minutą spędzoną w jej towarzystwie coraz bardziej odczuwała rozczarowanie.
A po nim pojawiła się złość.
Nadal stała przed kobietą, mimowolnie coraz bardziej zirytowana tą osobliwą konfrontacją, a jednocześnie niepewna tego, co właściwie powinna powiedzieć. Na szczęście właśnie wtedy pojawił się Lucien, a po skupionej dotąd twarzy Zoi przemknęła ulga.
Drgnęła, gdy usłyszała z jakim wyrzutem kobieta odpowiedziała na pytanie mężczyzny. Dostrzegłszy jego przepraszające spojrzenie, posłała mu w zamian pokrzepiający uśmiech. No... wpadli.
Korzystając z okazji, pośpiesznie odsunęła się od pani Spencer i tylko z pozoru zajęła się rozpakowywaniem zakupów, które Lucien ułożył na kuchennym blacie. Przez krótką chwilę zerkała z ciekawością na ozdobne pudełko, ale ostatecznie postanowiła nie poświęcać mu więcej uwagi, bo tuż za kuchenną wyspą zaczął rozgrywać się prawdziwy
dramat.
Wpierw jedynie obserwowała całe zajście, a jednocześnie nieśpiesznie włożyła warzywa do zlewu. W końcu jednak znowu drgnęła i ponownie odwróciła się w stronę matki Luciena. Niewyparzony jezyk Zoyki najwyraźniej nie zamierzał dłużej milczeć.
—
Przyjaciółkę — sprostowała
bardzo uprzejmie. Kiedy spojrzenia jej i Isobel na moment się spotkały, uśmiechnęła się łagodnie, po czym wróciła do przerwanej czynności.
Odwrócona do nich plecami, przez chwilę stroiła sobie głupie miny. Próbowała choć odrobinkę rozładować napięcie, które nieprzyjemnie zaczęło kisić się w jej wnętrzu.
Czemu mi nie powiedziałeś, Lucien? Na dźwięk tych słów znów drgnęła. Tym razem odwróciła się już przodem do rozmówców i oparła dłonie na biodrach, przenosząc wzrok z Luciena na Isobel. Do pani Spencer, o zgrozo, ponownie się uśmiechnęła, po czym czym prędzej schowała przyprawy do szuflady.
W rzeczywistości ani na moment nie przestawała śledzić rozwoju sytuacji, a jej największą uwagę przykuł oczywiście
Lucien. Chciała jakoś go wesprzeć, ale doskonale wiedziała, że mogłaby dolać oliwy do ognia, który Isobel Spencer mnistrzowsko rozpalała właśnie w
i c h salonie.
Zainteresowała się sytuacją jeszcze bardziej, gdy kobieta nakazała Lucienowi podłączyć pendriva. Intuicyjnie opuściła więc swoją bezpieczną, kuchenną strefę i stanęła obok telewizora tuż przy mężczyźnie. Na widok dobrze znanej posesji mimowolnie uniosła brwi i rozchyliła usta, posyłając Lucienowi krótkie spojrzenie.
W tym momencie juz wiedzieli, co za chwilę pojawi się na ekranie. Najpierw był Lucien, a potem seria spektakularnych upadków. Na ten widok Zoya nadymała policzki, po czym powoli i głośno wypuściła z ust powietrze.
Wbrew oczekiwaniom pani Spencer, która co jakiś czas zerkała na nią spode łba, wcale nie czuła się jednak zdegustowana. Owszem, było jej wstyd, ale bardziej za Luciena niż za samą siebie. Trochę też korciło ją, aby się zaśmiać, bo oba upadki wyglądały bardzo widowiskowo, ale na szczęście zdołała się opanować.
Cholera. Wystarczyło jedno spojrzenie na Luciena, aby zrozumiała, że jemu daleko było do rozbawienia. Pobladł, więc Zoya delikatnie trąciła go łokciem w łokieć.
Poniekąd nadal nie docierała do niej powaga tego przewinienia. Wszakże nie mieli po dziesięć lat, aby wysłuchiwać matczynej tyrady. Była bezmyślna i niepokorna, a przynajmniej dopóki Isobel nie kontynuowała swojego wywodu. Dopiero wtedy na jej twarzy również zagościł niepokój. Kiedy jednak padło pytanie o to,
co Lucien robił ze swoim życiem, ledwie powstrzymała się przed rzuceniem komentarza. Miała ochotę odpowiedzieć, że
po prostu żył.
Słuchała jednak dalej, choć tym razem odwróciła wzrok od trajkoczącej kobiety i utkwiła go w czarnym ekranie telewizora, a następnie ponownie przeniosła spojrzenie na Luciena. Z rosnącym niedowierzaniem obserwowała, jak własna matka wbija w niego kolejne szpileczki. I znowu, z każdą kolejną uwagą rosła w niej ochota, aby stanąć między nimi i uświadomić kobiecie, że jej wypowiedzi były pozbawione taktu.
Zacisnęła pięści, a jej oddech stał się cięższy. Nie potrafiła odgadnąć, co dokładnie działo się teraz w głowie Luciena, ale miała wrażenie, że w jego jasnych oczach dostrzegła smutek pomieszany z ogromną porcją zdenerwowania. Sam ten widok sprawił, że ścisnął ją żołądek.
Jak ona mogła? Uchyliła usta. Chyba była wreszcie gotowa się wtrącić, ale, cholera, nie zdążyła, bo Isobel niespodziewanie zwróciła się bezpośrednio do niej.
—
Przecież go stamtąd zabrałam — odparła natychmiast, mocno oburzona samym, że kobieta śmiała zarzucić, że
mu na to pozwoliła. Tamtej pieprzonej nocy zrobiła przezcież wszystko, aby Lucien nie wywołał żadnego skandalu. Nagranie zresztą wyraźnie pokazywało, że to właśnie ona zabrała go spod posiadłości Ellie.—
Uważam, że pani przesadza. Nic takiego się nie stało. Jest dorosły i po prostu się napił — Rozłożyła ręcę. Przez moment patrzyła kobiecie prosto w oczy z wysoko uniesionym podbródkiem, po czym zbliżyła dłoń do dłoni Luciena i delikatnie zacisnęła na niej palce. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale miała okropnie dobijające wrażenie, że czuł się paskudnie po tym wszystkim co usłyszał. —
Może zaparzyć pani melisy? — zapytała nagle. I tak. W ten bezczelny sposób zasugerowała, że przydałoby jej się trochę ochłonąć.
Lucien Spencer