ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
166 cm
nauczycielka przedszkolna, baristka Przedszkole, kawiarnia
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjiNarracja trzecioosobowa
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Nigdy nie lubiła towarzystwa nudnych ludzi uważając, że takie osoby w ogóle nie powinny zabierać jej czasu. Sama potrzebowała adrenaliny do życia, impulsu, który pchał ją przez kolejne dni sprawiając, że chociaż na chwilę cichły głosy w jej głowie. Tylko czy faktycznie chciała się ich pozbyć? Wystarczył przecież jeden krzyk, jedno polecenie, a wszystko nagle by zniknęło. Lycoris za to uparcie pchała się w łapska szeptów wydobywających się z ust jej młodszej siostry. Tej samej, której ciało już dawno zostało strawione przez robaki. Ach, jak bajecznie musiałaby teraz wyglądać.
Przeciągnęła się, uśmiechając fałszywie w stronę jednej z koleżanek w pracy. Po kilku godzinach słuchania dziecięcych wrzasków, odpowiadania na pytania, na które nikt normalny nie powinien oczekiwać odpowiedzi, i pilnowania, żeby żaden z małych potworów nie postanowił przypadkiem zjeść plasteliny, Lycoris miała serdecznie dość. Szczególnie że jej koleżanka z pracy najwyraźniej uznała, że najlepszym sposobem na przetrwanie kolejnego dnia jest nieustanne trajkotanie. Dziewczyna była tak głupia, że prawdopodobnie nie zauważyłaby nawet, gdyby ktoś podpalił jej włosy. Lycoris ograniczyła się więc do kilku wymuszonych uśmiechów i potakiwania, chociaż w głowie zdążyła już kilkukrotnie wyobrazić sobie, jak bardzo satysfakcjonujące byłoby zszycie jej ust.
Czasami zastanawiała się kto jest bardziej męczący, dorośli czy dzieci, z którymi pracowała i to tylko dlatego, że miały w sobie jakąś dziwną niewinność, która czekała na zniszczenie. Gdyby tylko nie musiała opłacać rachunków zapewne oddałaby się znacznie przyjemniejszej zabawie, jak chociażby patrzenie na płonący świat. Nie dosłownie, ale przez ostatnie tygodnie Toronto pogrążyło się w prawdziwym chaosie spowodowanym przerwami w dostawie prądu oraz ciemnością, która spowiła niektóre dzielnice. Jakie to było piękne! Widok ludzi, którzy miotali się codziennie nie wiedząc, jak mają odnaleźć się w owej rzeczywistości. Byli tak beznadziejnie uzależnienie od technologii, że ich mózgi nie umiały przełączyć się na bardziej prymitywne działania, w których internet nie mówił im, co mają robić. Jaka szkoda, że ten społeczny eksperyment dobiegała końca i Toronto wracało do normalności.
Z tym, że dla Reagan normalność oznaczała kolejną porcję nudy, która zupełnie się jej nie imała. Nic dziwnego, że postanowiła coś z tym zrobić. Pomysł wkradł jej się do głowy w chwili, w której przechodziła akurat obok sklepu z przyborami artystycznymi. Weszła do środka i już po chwili była szczęśliwą posiadaczką kilku puszek z farbami w sprayu - jej zdaniem Toronto potrzebowało koloru, który utraciło na przestrzeni ostatnich dni, a który tak usilnie próbowało odzyskać. Teraz potrzebowała jedynie miejsca, w którym mogłaby uwiecznić własne fantazje.
Wybór padł na jeden z ładnie prezentujących się starszych budynków o szerokiej ścianie. Takie pole do popisu.
-No to się zabawimy. Jakieś specjalne życzenia? - spytała dziewczynki stojącej obok niej. Tej samej, która istniała jedynie w jej głowie.
-L. nie powinnaś tego robić - zauważyło dziecko, krzyżując na piersi drobne ramiona.
-Nie jesteś moim sumieniem, a towarzystwem, więc nie zamęczaj mnie - westchnęła. Bella nigdy nie potrafiła się bawić, za bardzo szanując zasady. Nuuuda.
Na przekór swojej towarzyszce zabrała się do pracy, szybko prezentując pierwsze linie bohomazów. Nie była szczególną artystką, ale nie wygrywa ten, kto nie próbuje.
Zanim jednak zdążyła całkiem rozwinąć swoje zdolności i dać upust fantazji, kątem oka dostrzegła charakterystyczny błysk policyjnego radiowozu. No oczywiście, że tak. Ci to zawsze mieli jakiś dziwny radar na głupoty, zamiast zajmować się morderstwami lub innymi cięższymi i zapewne bardziej fascynującymi przypadkami. Lycoris zmrużyła oczy, obserwując przez chwilę pojazd wolno sunący w jej kierunku. Nie zamierzała jednak dać się złapać na tak banalnej głupocie jak malowanie ściany. A jeśli już, to nie utknie w tym sama, ktoś inny również mógł zapłacić.
Jej spojrzenie padło na przypadkowego mężczyznę, który znalazł się akurat tuż obok niej, mijając ją myślami będąc we własnym świecie. Coś w jego wyglądzie wyjątkowo ją sprowokowało, chociaż nie potrafiła nawet powiedzieć co dokładnie. Może sposób, w jaki się poruszał, może jego twarz, a może po prostu fakt, że istniał i akurat znalazł się na jej drodze.
-Trzymaj, Picasso! - uśmiechnęła się do niego i zanim zdążył zareagować, wcisnęła mu do ręki jedną z puszek z farbą dbając o to, by trochę niebieskiego koloru znalazło się na jego palcach. Ostateczny dowód współudziału w pięknym wandalizmie.

Riven Morrow
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ The Junction”