Spodziewała się, że pytanie o robotę w monopolowym prędzej czy później miało paść, ale i tak nie do końca była na nie przygotowana, niezupełnie pewna, na ile miała ochotę przyznawać się Lucasowi do tego, że tej pracy nie rzuciła, tylko straciła. Nie świadczyło to dobrze ani o niej, ani o tym, jak wyglądały aktualnie jej priorytety, czy raczej ich porażający brak, więc zawahała się lekko przed udzieleniem odpowiedzi, zastanawiając się, czy był sposób na to, aby z tego pytania wyjść obronną ręką. No i nie było, tak poza cofnięciem się w czasie i podjęciem kilku lepszych wyborów, ale tego jeszcze zrobić nie potrafiła, niestety.
—
Nic — odparła zatem z lekkim wzruszeniem ramion, jakby było jej to zupełnie obojętne, ale z jakiejś przyczyny wcale nie czuła się z tą odpowiedzią dobrze, więc finalnie po krótkiej chwili ciszy jednak westchnęła cicho, kręcąc głową z czymś, co najłatwiej chyba było przyrównać do dezaprobaty, ewentualnie jakiejś łagodnej formy rozczarowania. Samą sobą, rzecz jasna. —
Wyjebali mnie, też wczoraj — poprawiła się. Ewidentnie nie była z tego faktu dumna, ale jak zawsze nie życzyła sobie żadnej litości, współczucia ani innych nikomu niepotrzebnych okazów miłosierdzia, więc choć cała sprawa nie była jej ani trochę obojętna, zadbała o to, aby nie zdradzał tego jej ton. Nie miała najmniejszego zamiaru uzewnętrzniać się przed kimkolwiek, a już
zwłaszcza przed Lucasem. Ani na ten, ani na jakikolwiek inny temat.
Nawet nie skomentowała jego prychnięcia, znów ograniczając reakcję do wymownego zmarszczenia brwi, którym wyraziła swoją dezaprobatę, ale kolejne słowa Lucasa prawie ją z tego względnego spokoju wyprowadziły.
Czy się mylę? Niewiele rzeczy było dla Indie trudniejszych od okazjonalnego ugryzienia się w język, ale to właśnie zrobiła — nie pozwoliła sobie odpowiedzieć na to pytanie, dobrze wiedząc, że pewnie odpyskowałaby jakąś głupotę i powiedziała coś, czego powiedzieć wcale nie chciała. Bo nie mylił się wcale, ale prawda uwierała w winne sumienie trochę za mocno, żeby przyjąć ją z honorem, tak więc najbezpieczniejszą możliwą strategią było nie dawać sobie szansy na wejście w zbędną dyskusję. Przysłowiowe zamknięcie mordy znacznie ułatwił fakt, że Lucas sam chyba jednak nie do końca był pewny, czy chciał ten temat podejmować — porzucił go prawie tak szybko, jak zaczął, w którymś momencie po prostu odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie, za co Indie w duchu była mu w sumie ogromnie wdzięczna, nie mając pojęcia, ile wytrzymałaby zanim nieuzasadniony gniew odebrałby jej kulturę.
Bez słowa ruszyła za Millerem, przez całą trasę poważnie rozważając przerwanie całej misji. Nie było jeszcze za późno na to, żeby bezkarnie wymaszerować teraz z Fox Theatre i nigdy tutaj już nie wrócić; wręcz przeciwnie — był to najlepszy moment na zniknięcie bez jakichkolwiek konsekwencji. Tylko że
naprawdę nie było ją na to stać, tak szczerze mówiąc, więc wbrew tym myślom dotrzymała kroku Lucasowi, starając się skoncentrować na tym, co mówił i pokazywał, a nie na... no, całej reszcie tego gnoju, która zajmowała jej myśli dużo skuteczniej niż głupia półka w socjalnym.
—
Okej — potwierdziła, że przyjęła, przytakując krótko zanim zgodnie z instrukcją zrzuciła swoje rzeczy na pierwszą lepszą z wolnych półek. Przy okazji spojrzeniem jeszcze raz obrzuciła całe pomieszczenie, rozglądając się z umiarkowanym zainteresowaniem zanim wzrok natknął się na Millera, który w międzyczasie znów pojawił się w progu pracowniczego.
Za wszelką cenę chciała (i zamierzała) zachować neutralność, ale nie mogła nie uśmiechnąć się blado w mimowolnej odpowiedzi na jego słowa. Dziwne. Strasznie, kurwa, dziwne — uciec tak daleko od samej siebie i swojej przeszłości, a teraz nagle znów mieć w swoim otoczeniu nie tylko kogoś, kto znał ją
dobrze, ale kto jeszcze do niedawna znał ją
najlepiej. Zbita z tropu podziękowała odrobinę półprzytomnie, po czym kiwnęła twierdząco głową, gdy Lucas zlecił przebranie się i obiecał zaczekać pod szatnią.
O jej powrocie jako pierwsze oznajmiło teatralne stęknięcie, z którym Indie opuściła pracowniczy, przebrana w cały ten pożal się Boże mundurek.
—
Wykurwiste te ciuchy, serio. Zawsze marzyłam o tym, żeby wyglądać jak pół dupy zza krzaka — podsumowała elegancko z śmiertelnie poważną miną, w międzyczasie otrzepując pomięty materiał tu i tam jakby miało to realną szansę na poprawienie sytuacji. —
No dobra, już. Metamorfozę w Willy Wonkę z dyskontu mamy za sobą, pokazuj tą kasę czy inny chuj — poprosiła.
Lucas Miller